Reklama

Reklama

Co jest w stanie zrobić matka, by uratować własne dziecko? Poruszające historie dzieci Holocaustu

Fanni podała cyjanek swojemu synowi Jurkowi. Mama Biety, dziewczynki urodzonej w warszawskim getcie, uśpiła ją luminalem, umieściła w drewnianej skrzynce i w ten sposób przemyciła na aryjską stronę. Do skrzynki włożyła jeszcze srebrną łyżeczkę z wygrawerowanym imieniem i datą urodzin. Inna matka w czasie likwidacji łódzkiego getta zażyła cyjanek, a córkę wyrzuciła za okno – miała tylko jedną porcję trucizny. Dziewczynka przeżyła, bo spódniczką zahaczyła o latarnię. Hanę trzy razy ratowała służąca rodziców, Zosia. Potem, gdy dobrze sytuowani krewni chcieli wziąć Hanę do siebie, nie potrafiła porzucić polskiej matki.

Patrycja Dołowy wydobywa - bo kopanie w takich wspomnieniach to ciężka praca - historie żydowskich matek, które by ratować swoje dzieci, stawały przed tragicznymi wyborami, przybranych matek, które nie zawsze potrafiły rozstać się z ocalonymi dziećmi, i dzieci, często już na zawsze rozdartych pomiędzy dwiema tożsamościami, dwiema rodzinami, między poczuciem winy, wdzięcznością i żalem.

Reklama

"Ta książka jest o szczęściu w nieszczęściu. Autorka przynosi nam historie ludzi, którzy żyją, bo ponad siedemdziesiąt lat temu zostali obdarowani drugą mamą. Patrycja Dołowy zabrała mnie w najgłębsze rewiry samotności i opuszczenia, ale nie porzuciła na dnie - dała szansę wynurzenia się, ale już w zupełnie innym miejscu". Mikołaj Grynberg

Wraz z wydawnictwem "Czarne" przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki "Wrócę, gdy będziesz spała". Aby zdobyć jeden z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe. Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT:

Patrycja Dołowy

WRÓCĘ, GDY BĘDZIESZ SPAŁA

ROZMOWY Z DZIEĆMI HOLOCAUSTU

Podróże z obrazem mamy

Spotkanie w Nowym Jorku (Ala, Włodek i ja).

Ala: Gdy w Sosnowcu wysiedlali nas do getta, mama ukryła mnie pod stołem, przykryła obrusem i tak zostawiła. Pomyślała, że sama pewnie nie przeżyje, ale niech chociaż dziecko ocaleje. Tylko jak już szła, to myśl o tym, że będę sierotą, że nie wiadomo, co mnie spotka, a jej przy mnie nie będzie, była tak nieznośna, że wróciła po mnie. Opowiedziała mi o tym raz. Mnie nie wolno było pytać. Jeśli czasem to robiłam, odpowiadała: "Jeśli nie pamiętasz, to znaczy, że nie powinnaś pamiętać". Śniło mi się, że byłam na drabinie i ktoś mnie spychał w siano, widziałam cholewkę wysokiego buta. Pytałam ją, skąd te złe sny, dlaczego tak wielu rzeczy się boję. Odpowiadała: "Ta wiedza jest ci w życiu niepotrzebna".

Cały czas rozmawiamy o kobiecie, której portret wisi u mnie w domu, w Nowym Jorku, w pokoju, który nazywam jej pokojem. Ten portret ma zresztą swoją bardzo ciekawą historię.

Opowiesz?

Ala: Mama była osobą bardzo praktyczną. Ojca szybko zabrali, ona została sama, w ciąży, nie miała na życie. Zapisała się na kurs krawiectwa w Sosnowcu. Prowadziła go niejaka Stypułkowska. Kiedy wysiedlili nas do getta, Stypułkowska poszła do naszego mieszkania i zabrała wszystko to, co myślała, że nam się kiedyś przyda. Między innymi portret mamy, który mój mąż uważa za bohomaz i być może nie miał on wcześniej żadnej wartości, ale w chwili, gdy Stypułkowska zwinęła go w rulon, wyniosła i dla nas przechowała przez całą okupację, stał się niezwykle cenny. Wisiał potem u nas w Warszawie na ścianie i kiedy w 1968 roku wyrzucili mnie z Polski, tym razem to ja wyjęłam go z ramy, zwinęłam w rulon i zabrałam ze sobą. Jest różnica pomiędzy moim mężem a mną. On zabrał z Polski całą encyklopedię, kilkanaście tomów, które stoją gdzieś u nas w piwnicy (bo po co nam w Stanach polska encyklopedia z lat sześćdziesiątych minionego wieku?), a ja zwinęłam w rurkę portret mamy i jej suknię ślubną, też wcześniej uratowaną przez Stypułkowską. Mama była wtedy u brata w Sztokholmie. Zadzwoniłam do niej: "Nie masz po co wracać, my wyjeżdżamy".

Włodek: To był jedyny raz, gdy słyszałem teściową zupełnie załamaną. My w 1968 jechaliśmy do Wiednia przez Berlin. Przez Pragę nie mogliśmy, bo była właśnie atakowana przez nasze wojsko w ramach bratniej pomocy. Mieliśmy ze sobą po pięć dolarów, tylko tyle było wolno, i cały ten majątek przepuściliśmy na telefon do Szwecji, do mamy. Obie panie przez całą rozmowę płakały w słuchawki.

Ala: Prosto z dworca pobiegliśmy szukać budki telefonicznej. Wiedziałam, że muszę zadzwonić do mamy, żeby wiedziała, gdzie jestem, że jestem po drugiej stronie żelaznej kurtyny.

Włodek: Poza tą jedną sytuacją moja teściowa Halina nie okazywała smutku, niepewności czy strachu. Była silną kobietą, o mocnym charakterze. Potrafiła przyjechać do nas znienacka ze Szwecji, a następnego dnia wyruszyć w podróż po Stanach. Uwielbiałem ją! Kiedyś powiedziała mi, że w czasie wojny najboleśniejsze były dla niej chwile, kiedy musiała dokądś pójść, a Ala zostawała sama. Miała stać w oknie, machać mamie ręką, mimo że robiła w portki ze strachu. Wyuczyła ją tego. Charakter nie z tej ziemi.

Czy można przygotować dziecko do strachu?

Ala: Mam trochę widoczków, filmów zachowanych w pamięci. Dziecko się boi, że mama odejdzie. Ja wciąż czułam strach. Kiedy mama wychodziła z domu, chciałam z nią iść. Ona nie mogła mi powiedzieć, dokąd ani po co idzie. Raz zaczęłam ją łapać za płaszcz, strasznie płakałam. Zbiła mnie. W dzisiejszych czasach to by się nazywało przemoc wobec dzieci, ale to była sprawa życia i śmierci. Miałam jakieś cztery lata. Nauczyła mnie, że jak ona wychodzi z domu, mogę stać w oknie, mogę nawet płakać, mogą mi lecieć łzy, byle po cichu. Musiałam machać ręką, by pokazać, że jest w porządku, że to normalne, że mama wychodzi.

Ukrywałyście się?

Ala: We wsi Jeleśnia. Wczoraj sprawdziliśmy z mężem, to jest Beskid Żywiecki. Mama uratowała mnie i babcię. W czasie wojny nieważne było, czy miało się pieniądze, byleby tylko znaleźć się, jak to się mówi po angielsku, in the right place at the right time - w odpowiednim miejscu we właściwym czasie. Ginęli też bogaci ludzie - na nic im się zdały pieniądze. Myślę, że mama uratowała mnie, bo byłam jedynym, co jej pozostało po ukochanym mężu. Nie wiem, nie chcę tego rozdrapywać, nie ma po co. Wszyscy uważali ją za wariatkę, bo inne kobiety w getcie skakały, żeby się pozbyć ciąży, a ona nie.

Jak się poznali?

Ala: Nie pytałam jej, bo to były dla niej sprawy zbyt bolesne. Wiem tylko, że pobrali się tuż przed 1 września 1939 roku. Ślub odbył się w Krynicy w hotelu Patria, który należał do Jana Kiepury. Ojciec był niemieckim Żydem. Nie znał polskiego ani żydowskiego. Mama dobrze mówiła po polsku, po żydowsku i po niemiecku.

Urodziłam się 19 listopada 1940 roku w mieszkaniu mojej babci na stole. Mężczyzn już wtedy nie było. Bracia mamy się ukrywali. Babcia nad ranem poszła po najstarszego syna, by mnie zobaczył, bo byłam jej pierwszą wnuczką. Dzięki moim narodzinom wuj wyszedł z kryjówki i się uratował, bo akurat tej nocy była obława na ich bunkier, wszystkich wywieźli na śmierć. Nie wiedziałyśmy, gdzie jest tata. Mama nigdy się nie dowiedziała, co się z nim stało. Szukała jakiegoś śladu po nim, gdy się otworzyły archiwa w Niemczech. Oni wszystkich,  których wpuszczali do pieca, mieli dokładnie zapisanych. Niestety, nie miałyśmy pojęcia, gdzie ojciec zmarł. Wiele lat później napisałam do Czerwonego Krzyża. Odpisano mi, że Heinz Heinrich Simenauer mieszka na Queensie w Nowym Jorku. Pojechałam tam, ale to nie był mój ojciec.

Urodziłam się jako Sulamita Simenauer. Ala to spadek po wojnie. Gdy się ukrywałyśmy, zmieniałyśmy papiery, raz byłam na przykład Kristin Kołodziejczyk. Mama nie wiedziała, jak mi - dwu-, trzy-, czterolatce - wytłumaczyć, że dziś jest Marysią, a jutro Basią, więc zawsze zwracała się do mnie "Lala". Potem "L" zniknęło i została "Ala".

Momentu wysiedlenia do getta nie pamiętam. W domu, w którym się urodziłam, mieszkała jeszcze druga rodzina. Dziewczynka z tej rodziny była ode mnie dwa lata starsza. Jej matka po prostu wyskoczyła przez okno i zostawiła troje dzieci. Mam to w pamięci, ale nigdy o tym z mamą nie rozmawiałyśmy.

Mama miała aryjski wygląd, wyszła z getta jak gdyby nigdy nic, a mnie ktoś wyniósł w koszu z brudną bielizną. Nie wiem kto. Ani kto znalazł nam kryjówkę, ani jak się dostałyśmy do Jeleśni. Ktoś to zaplanował. Potem pojawił się u nas mężczyzna. Skądś miał przecież adres. Mama go nie znała. Może to był przyjaciel młodszego brata mamy? On miał "zły" wygląd i był obrzezany. Spędził okupację za piecem. Gospodyni nic o nim nie wiedziała.

Najmłodsza siostra mamy była w żydowskim ruchu oporu. Zginęła w pociągu. Dużo się mówi o powstaniu w getcie warszawskim, a w sosnowieckim też był ruch oporu. Raz ta siostra zapytała mamę, czy może ukryć i przewieźć broń w moim wózku, razem ze mną. Mama się nie zgodziła i doszło między nimi do scysji. Ciotka uważała mamę za egoistkę, która myśli tylko o własnym dziecku.

Wynajęłyśmy pokój u gospodyni. Uwierzyła, że mama choruje na suchoty i mąż wysłał ją w góry, by zmieniła klimat. Potem dołączyła do nas babcia, a jeszcze później wspomniany mężczyzna.

Jak twoja mama was wszystkich wykarmiła?

Ala: Umiała robić na drutach. We wsi wszystkie góralki miały owce. Jak mama zrobiła góralce sweter, dostawała kartofla albo cokolwiek innego. Mój mąż uratował się w Związku Radzieckim. Przeżył głód. Ja nie odczuwałam głodu, tylko permanentny strach. Dlatego nie lubię o tym mówić, ale spojrzałam na to, co robisz, twoje zaangażowanie i bardzo mi się to podoba.

Często słyszę od ludzi, którzy byli wtedy dziećmi, że nic nie pamiętają. Albo pytają mnie z troską: "Po co ty to chcesz wiedzieć, dziecko?".

Ala: Bardzo szanuję matkę za to, co dla mnie zrobiła. Urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą i teraz możesz ze mną rozmawiać. Wiele pamiętam. Na przykład to, jak mama złamała sobie nadgarstek i nie mogła pracować, co oznaczało, że mogłyśmy pomrzeć z głodu. Poszłam razem z nią do kobiety ze wsi, felczerki. Związała mamę, a dwóch mężczyzn nastawiało jej rękę. Krzyczała. Gdy wróciłyśmy do domu, babcia zapytała mnie, czy mama krzyczała po polsku, czy przypadkiem nie wykrzyczała czegoś po żydowsku. Mama chyba dlatego mnie ze sobą zabrała - jako świadka. Wiedziała, że gdyby poszła sama, mogłaby z powodu bólu i szoku niechcący nas zdradzić.

Raz było w Jeleśni bombardowanie. Wszyscy biegliśmy się gdzieś schować. Mnie i drugą dziewczynkę wsadzili pod wannę, żeby nas ochronić w razie pożaru. Gdy wróciłyśmy do naszej chałupy, była nietknięta ogniem, ale okazało się, że wszystkie święte obrazy pospadały ze ścian. Gospodyni załamywała ręce, że to wróży niechybne nieszczęście.

I w nocy rozległo się pukanie do drzwi. Niemcy zwykle przychodzili nad ranem. Ktoś pewnie naopowiadał im, że u góralki mieszkają dwie kobiety i dziecko. Mama kazała mi zostać w łóżku, a sama stanęła w drzwiach. Dwóch Niemców. Zapytali ją, czemu tak zbladła, mama wyszeptała tylko: "Gruźlica". To nas uratowało. Niemcy niczego nie bali się bardziej niż choroby.

Zaraz potem przyszedł ksiądz. Mama nie czuła się przy nim bezpiecznie, ani przy nim, ani przy rodzinie Nowotarskich, bo to była inteligencja - jako jedyni mogli się zorientować, że jesteśmy Żydami. Nasza wieś była zabita dechami. Gdy ten młody ksiądz szedł, stare góralki padały przed nim na kolana i całowały go po rękach. Zapytał mnie o coś, chyba o nic złego, ale ja odpowiedziałam: "Gówno!". Mama natychmiast przeprosiła i dodała, że ja się tego nauczyłam od miejscowych dzieci. Ani babcia, ani mama nie chodziły do kościoła. W niedzielę szły do lasu. Nauczyły mnie, że jak gospodyni zapyta, dlaczego nie idziemy do kościoła, to mam odpowiadać, że mama i babcia chodzą do kościoła w innej wsi, bo tam ksiądz ma lepsze kazania. Nie wiedziałam, że jestem Żydówką. Dowiedziałam się tego dopiero po wojnie. Przylatywałam czasem do chałupy i krzyczałam: "Żyd idzie! Żyd idzie!". Pewnie powtarzałam to po miejscowych dzieciakach, gdy szedł ktoś obcy.

A tymczasem w chałupie trzy Żydówki na aryjskich papierach i jeden Żyd ukryty za piecem.

Ala: Dla mnie ten człowiek za piecem to było normalne. Wiedziałam, że o tym się nie mówi, ale się nie dziwiłam. Czy wspominałam, że nasze ostatnie papiery były na folksdojczki? Kiedy Rosjanie w końcu przyszli do Jeleśni, musiałyśmy natychmiast uciekać. Nie wiem, co się stało z tym mężczyzną, czy zdecydował się zostać. My zapakowałyśmy się na furę do Bielska-Białej. Chciałyśmy wrócić do swojego nazwiska. Mama zarejestrowała nas w Komitecie Żydowskim w Bielsku, ale to nic nam nie pomogło. Dokument, który miała w ręku, był na Marię Kołodziejczyk. Chciałyśmy jechać do Palestyny, lecz nas, o ironio, wtedy z Polski nie wypuścili... Musiałyśmy wracać do Sosnowca. Trzeba było pójść do sądu, przynieść papiery. Mama miała udowodnić, że nie jest Marią Kołodziejczyk, tylko Chaną Frymetą Simenauer. Sędzia nie wiedział, o czym mama mówi. Myślał, że zwariowała. Przychodzi kobieta z kawałkiem papieru, bardzo polskim, bardzo porządnym, a nie dość, że chce być Żydówką z niemieckim nazwiskiem, to jeszcze się postarzyć o dwa lata!

W Sosnowcu spotkałyśmy panią Stypułkowską. Powiedziała do mamy: "Halinka, mam coś dla ciebie". I oddała jej dobytek, który dla niej przechowywała. Mama płakała i pytała: "Dlaczego to dla mnie zrobiłaś?". A ona na to: "Bo wiedziałam, że jeśli uratuję twoje rzeczy, to ty przeżyjesz".

Z papierami i rzeczami pojechałyśmy do Warszawy, by już nigdy więcej nie wrócić do Sosnowca. To było dla mamy miasto umarłe. Gdy później odwiedzałyśmy Katowice, prosiłam: "Chodź, pojedziemy do Sosnowca, pokażesz mi dom, w którym się urodziłam". Odpowiadała: "Nie mogę, tam cienie umarłych chodzą po ulicach".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy