Reklama

Reklama

Cudotwórcy czy oszuści? Prawda o bioenergoterapeutach

Rocznie umiera kilka tysięcy chorych na nowotwór – bo przerwali leczenie za namową uzdrowicieli. Dlaczego niektórzy tak bardzo im ufają? Co sprawia, że zawierzają swoje życie komuś, kto uzdrawia przez telefon? Albo leczy raka witaminami?

Choć oficjalnie polegamy tylko na medycynie konwencjonalnej, na spotkaniach z bioenergoterapeutami gromadzą się tłumy. Dla niektórych jest to jednorazowa przygoda, inni jeżdżą na nie regularnie przez kilkanaście lat...

W Polsce zarejestrowanych jest ponad sto tysięcy uzdrowicieli. Żadna nisza, biznes jak każdy. Kilka tytułów prasowych, profesjonalne strony internetowe, kursy i sklepy z gadżetami. Katarzyna Janiszewska dociera do pacjentów i ich uzdrowicieli. Rozmawia z etykami, duchownymi oraz lekarzami. Przygląda się mechanizmom stojącym za przemysłem uzdrowień.

Kim naprawdę są bioenergoterapeuci? Cudotwórcami? Rzemieślnikami Pana Boga? Oszustami?

Reklama

Wraz z wydawnictwem Otwarte przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki "Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów". Aby zdobyć jeden z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT:

"II. I wtedy wchodzi on, cały na biało...              

Jak jest potężna moc, to bardzo szybko działa
   

Gdy tylko przekraczam próg, słyszę za plecami suchy trzask zasuwanej rolety. Drzwi zostały zamknięte. Na razie nikt więcej tutaj nie wejdzie. Ani stąd nie wyjdzie. Ale ja jestem już w środku. Salka jest niewielka, wypełniona ludźmi. Stoją. Czekają na to, co zaraz się tutaj wydarzy. Trochę jak w jakimś podziemnym kręgu, tylko dla wtajemniczonych. Oni już tu byli, widać to po nich. Wiedzą jak wygląda ceremonia, dobrze znają jej przebieg. Ja nie.  

W pomieszczeniu nie ma okien. To piwnica. Przyjemny chłód kontrastuje ze skwarem, jaki leje się z nieba na zewnątrz.  

- A wie pani, ta watka jest bardzo dobra - zagaduje starszy mężczyzna o lasce. - Ja tu miałem cały palec zmiażdżony, ręka sina, paznokieć zszedł. Taki kloc drewniany mi spadł. Owinąłem rękę watką, wszystko się wygoiło.  

Dołącza kobieta, elegancka szatynka:  

- Ja też w watkę bardzo wierzę. Naprawdę. Mnie pomogła. Nigdzie się bez niej nie ruszam. Jak tylko gdzieś coś wyskoczy, to przykładam.  

Drzwi otwierają się nagle i staje w nich ON. Wszyscy milkną. ON uśmiecha się do nich nieskazitelnie białymi, równymi zębami, świdruje spojrzeniem oczu błękitnych tak, jak błękitne bywają tylko chabry wczesną wiosną. Te niesamowite oczy odcinają się od bieli bujnych włosów. Ma na sobie białą koszulę, czarne spodnie i czarne eleganckie buty w szpic, wypastowane tak, że można się w nich przeglądać. Energia, która od niego bije, udziela się   zebranym.  

- Dzień dobry państwu! Kto odpowiedział, będzie uleczony. Kto jest u mnie pierwszy raz? Ręka do góry!  

- Ta pani. - Starszy pan wypycha mnie do przodu. Bąkam coś, że nie, że ja w innej sprawie... Ale ON mnie nie słyszy. 

- A kto jeździ od dawna? Ile jeździsz, 20, 30 lat? To ci nie pomogłem, po co ty do mnie przyjeżdżasz? Jak ktoś chce, żeby mu po dwóch wizytach pomogło, to proszę kupić gazetkę "Uzdrawiacza". Są tam adresy naprawdę świetnych bioenergoterapeutów. Ja nie dam na siebie jednego dobrego słowa powiedzieć. Zapraszam! Ceremonia wkracza w kolejną fazę. Zebrani przechodzą do wąskiego korytarzyka. Stąd droga ku zdrowiu jest już bardzo krótka: na końcu korytarza znajduje się gabinet. Niektórzy wchodzą pojedynczo, są tacy, co parami. Cisi, skoncentrowani, wsobni. Wychodzą odmienieni: pełni energii, werwy, roześmiani, wręcz rozanieleni. Wizyta nie trwa nawet trzech minut. Ale w środku - najwidoczniej - dzieją się cuda.  

Zaraz moja kolej. Nerwowo ściskam w rękach torebkę. I w końcu nadchodzi ten moment, kiedy przekraczam próg oddzielający mnie od krainy wiecznej szczęśliwości. Tak to w każdym razie wygląda. Na środku pokoju stoi Ryszard Bąk z synem Adrianem, uśmiechają się serdecznie, kojąco, a światło sączące się z okna sprawia, że wyglądają, jakby spływała na nich jakaś anielska poświata.  

- No i co byś chciała o mnie wiedzieć? - pyta Ryszard Bąk, ale zanim zdążę dojść do słowa, on już dosiada rumaka i galopuje równinami żartów, frazesów, niedopowiedzeń. - Co ja mogę powiedzieć, jak ja nic o sobie nie wiem. Pacjentów zapytaj, oni wszystko o mnie wiedzą. Dam ci moje filmy, to sobie obejrzysz. Tylu masz naprawdę dobrych bioenergoterapeutów: Nowak, Cegliński, Kamska z Krakowa - wylicza kolegów po fachu. - Ja to ci tylko zepsuję książkę. Nikt nie będzie chciał o mnie czytać.  

Tak naprawdę to tylko element gry. Rodzaj flirtu. Bąk się droczy, kryguje, ale w rzeczywistości doskonale zna swoją wartość. Pacjenci płyną do niego nieprzerwanym strumieniem - to przecież o czymś świadczy.  

- No chodź, to cię dotknę - mówi. I zanim zdążę zaprotestować razem z synem przystępują do działania. Dotykają mojej głowy, ramion, pleców, klatki piersiowej, brzucha, co mnie jednak trochę krępuje. Ich ręce drgają, obaj stoją tak blisko, że czuję delikatną woń ich wody kolońskiej. 

- Porozmawiaj sobie z pacjentami. Ze mną to później, później. Bo tam ludzie na mnie czekają, pełny korytarz.   

 Goczałkowice Zdrój toną w słońcu. Z jednej strony wieś otaczają pasma Beskidów, z drugiej - rozległe Lasy Pszczyńskie i faliste płaskowyże. Jest pięknie, malowniczo. Droga do uzdrowiska biegnie między szpalerem drzew, po obu stronach złocą się pola pszenicy, promienie błyszczą w zielonych liściach kukurydzy, która ciągnie się aż po horyzont. Można tu skorzystać z dobrodziejstw zdroju, napić się solanki, odpocząć, wybrać się na spacer deptakiem lub koroną zapory wzdłuż Jeziora Goczałkowickiego.  

Przed szarym, kamiennym gmachem zakonu Sióstr Salwatorianek siostrzyczka w habicie siedzi na traktorku-kosiarce i kosi trawę w ogrodzie. Tuż obok znajduje się restauracja "Relax". Budynek w kształcie klocka ma intensywnie pomarańczowy kolor. Pogoda sprzyja temu, aby usiąść na zewnątrz, w kawiarnianym ogródku, pod białym parasolem z reklamą koncernu piwnego.  

Dochodzi godzina 15. Ulica z obu stron zastawiona jest autami tych, którzy przyjechali się leczyć do sanatoriów i domów uzdrowiskowych. Ci, którzy wybierają się do Bąka, parkują na tyłach restauracji. Widać rejestracje z całej Polski, ale też z Czech, Niemiec.

Spotkanie z uzdrowicielem odbywa się w piwnicy.  

Pacjenci Bąka różnią się od pacjentów innych bioenergoterapeutów przede wszystkim tym, że są. Że jest ich tak wielu. I że chcą rozmawiać. Mówią o swoich chorobach i o tym, jak wdzięczni są panu Ryszardowi. Kiedyś koczowali dniami i nocami, żeby się do niego dostać. Dziś jest łatwiej, spotkania odbywają się regularnie, co miesiąc, w różnych częściach Polski.   Żeby wejść na spotkanie trzeba kupić bilet za 15 zł. To na pokrycie kosztów wynajmu sali. Nie ma cennika za wizytę. Jeśli ktoś chce zapłacić, daje tyle, ile uważa, co łaska. Można też kupić książki Bąka, filmy z jego udziałem, watę, mieszanki różnych dobroczynnych ziół.  

- Nikt mi nie zarzuci, że przez te 30 lat choć jednej złotówki zażądałem - mówi Bąk. - Przychodzą do mnie, bo leczę za darmo. Wstydziłbym się żądać od matki pieniędzy, jak ja nie wiem, czy ona będzie miała na bułeczkę dla dziecka. Lekarz bierze tyle i tyle za amputację piersi. To ile ja miałbym brać? Tyle samo? Mniej? Jak bym miał brać pięć złotych, to wolę nic nie brać. Ja to po prostu uwielbiam. Uzdrawianie to jest moje hobby. Większą mam radość z dawania niż z brania - dodaje skromnie.  

Z wykształcenia jest elektrotechnikiem. Pochodzi z Ostrowa Wielkopolskiego. Ma 61 lat. Bioenergoterapią zajmuje się od 30 lat. Na początku przyjmował pacjentów we własnym mieszkaniu. W każdą środę przed drzwiami ustawiała się długa kolejka chorych.  

Zaczęło się to wszystko w latach 80-tych. Wtedy jeszcze pracował jako murarz na zagranicznym kontrakcie w Czechosłowacji. Jeden z robotników spadł z rusztowania na budowie i mocno się poturbował. Bąk chwycił go pod pachy, ramię mężczyzny zarzucił sobie na szyję i zaczął holować do ambulatorium. Poszkodowany nagle poczuł się lepiej. Na tyle dobrze, że nie potrzebował już interwencji lekarza i mógł wrócić do pracy.  

On sam początki wspomina tak: psy, koty zawsze do niego lgnęły, już jak był mały. Ludzie dobrze się czuli w jego towarzystwie, jego obecność wpływała na nich kojąco. Miał 19, może 20 lat, gdy obejrzał program "Sześć kontynentów" o uzdrawiaczach z Filipin. Zobaczył kobietę, której groziła amputacja nogi, ale pojechała na Filipiny i nogę udało się uratować. Pomyślał, że też by tak chciał, że też tak może! Ale nie wiedział, jak do tego dojść. Przez 16 lat modlił się i modlił , aż w końcu przyszło. - Pamiętam taki moment, kiedy spotkałem sąsiadkę, która szła do śmietnika wyrzucić zwiędnięte kwiaty - opowiada. - Dotknąłem tych kwiatów i one nagle ożyły, stanęły w tym wazonie. A syn na przykład miał tę moc od początku, uzdrawiał już jako 5-letnie dziecko, gazety na całym świecie o nim pisały. Później to on mnie uczył, a nie ja jego. Skończył psychologię i zaczął pracować ze mną. To on wymyślił watkę. 

Z watką sytuacja wygląda tak, że ma właściwości cudowne, lecznicze, nawet magiczne. Ludzie przywożą swoją albo kupują opakowanie na miejscu. Później jeden z panów Bąków w nią dmucha. I już można ją przykładać na bolące miejsca, jątrzące się rany, zmiażdżone palce, ugryzienia po psie, zatykać nią dziury w nogach po żylakach. Wszystko się goi raz dwa, rany znikają bez śladu. Szok, nie? 

Tadeusz z Pszczyny, gospodarz rolny, jeździ do Bąka regularnie, co miesiąc. Ani jednego spotkania nie opuścił. Pierwszy raz przyjechał ze zmiażdżoną ręką 25 lat temu, a ta po wizycie momentalnie się zagoiła. Później pojawiały się kolejne schorzenia, z których uzdrowiciel go ratował.  

- Nigdy nie miałem problemów z jedzeniem, aż nagle zaczęło mi szkodzić. A to jajecznicy nie mogłem, a to po schabowym było mi źle. Pan Ryszard pogłaskał po brzuchu i przeszło. Pan Adrian też ma swoją moc. Ja się tak dobrze dzięki tym wizytom czuję. Mam 84 lata i   jeszcze na rowerze jeździłem, i nie kulałbym, jakbym się nie przewrócił. 

 Hana z czeskiego Cieszyna przyjeżdża już szósty rok. Ma 63 lata. Dostała kiedyś takiego ataku reumatyzmu, że musiała chodzić o kulach, później jeździła wózkiem, bo stan się pogarszał. Czekała ją operacja, ale się na nią nie zgodziła. Dziś nie ma żadnych problemów z chodzeniem, dolegliwości ustąpiły. Przywiozła ze sobą zdjęcie wnuczka, chłopczyk choruje na autyzm.  

- Po tych wizytach naprawdę lepiej kontaktuje - mówi Hana"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy