"Emigracja ambicji" - obraz młodego pokolenia Polaków w Wielkiej Brytanii

Wyjechali z kraju, bo nie było tu dla nich nadziei na godny byt, na dobrze płatną pracę i rozwój zawodowy. Niejednokrotnie musieli schować swoje ambicje do kieszeni, zakasać rękawy i zamiast karierą, zająć się harówką - Edyta Hołdyńska w książce pt. "Emigracja ambicji" kreśli portret młodego pokolenia Polaków w Wielkiej Brytanii. Dla czytelników Interii przygotowaliśmy kilka egzemplarzy jej publikacji.

Młodzi, wykształceni i bez pieniędzy. To skoncentrowany obraz młodego pokolenia emigrantów. Tak zwanej nowej emigracji, która, co prawda może raz na miesiąc wrócić do Polski, bo połączenia lotnicze są tańsze i bardziej dostępne niż przed laty, ale wcale nie chce.

Reklama

Wyjechali z kraju, bo nie było tu dla nich nadziei na godny byt, na dobrze płatną pracę i rozwój zawodowy. Niejednokrotnie musieli schować swoje ambicje do kieszeni, zakasać rękawy i zamiast karierą, zająć się harówką. Pracą w obcym kraju, gdzie upokorzenie i odmienne traktowanie przez rodzimych mieszkańców Zachodu zawsze kiedyś dawało o sobie znać. Jedni z tego powodu wrócili, inni mimo wszystko zostali, prawdopodobnie na zawsze. Wszyscy bezpowrotnie się zmienili.

Warto poznać prawdziwe historie ludzi, którzy emigrację poznali od podszewki. Ludzi, którzy zawsze będą tęsknić. Na obczyźnie - za domem, w Polsce - za możliwościami wielkiego świata.

***

Dla naszych czytelników przy współpracy z wydawnictwem Zysk i Spółka przygotowaliśmy kilka egzemplarzy książki Edyty Hołdyńskiej. Aby móc zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z niżej opisanym zadaniem konkursowym. Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

***

Fragment książki "Emigracja ambicji"

1 Czerwca 2004

Dzień Dziecka. Stolica Warmii, nie Mazur. Najpiękniejszy w kraju kampus akademicki położony nad jednym z szesnastu jezior zachęca do przyjazdu i nauki. Uniwersyteckie życie jest uznawane za jedno z najbarwniejszych w kraju. Studenci, dopóki tutaj mieszkają, nie martwią się przyszłością. Żyją z dnia na dzień i bawią się z dnia na dzień. Uczą się głównie w czasie sesji. Zazwyczaj nie myślą o przyszłości. A ta zapowiada się raczej nieciekawie...

Olsztyn to stolica regionu z najwyższą od lat stopą bezrobocia. W 2004 roku w województwie warmińsko-mazurskim wynosiła ponad 29 procent. Najgorzej, jak zawsze, mają młodzi absolwenci szkół wyższych. Okres poszukiwania pierwszej pracy po dyplomie jest dla nich często wydłużony do kilku lat. Nie inaczej było w przypadku Marcina. - Gdyby nie otworzono granic w 2004 roku, Polacy ze złości już dawno wyszliby na ulice - uważa Marcin. To dość niskiego wzrostu trzydziestosześciolatek z dźwięcznym, radiowym głosem, który zaraz po studiach wyjechał do Anglii.

W Olsztynie ukończył studia dziennikarskie. Co prawda jego pasja i zawód jednocześnie sprawiły, że nie siedział na zasiłku z Urzędu Pracy. W kraju był już nawet wiceszefem jednej z lokalnych rozgłośni radiowych. Mimo to nie miał etatu i bywały miesiące, kiedy zarabiał mniej niż 2 tysiące złotych miesięcznie. - Jak to jest, że w Polsce pracujesz całymi dobami, ale zarabiasz grosze, nie masz ubezpieczenia i jeszcze dostajesz w tyłek od rządu? - zastanawiał się.

Zdenerwowało go to do tego stopnia, że upchnął swoje rzeczy w jedną walizkę i tanimi liniami lotniczymi odleciał z Olsztyna. Myślał, że będzie mu żal. Że zatęskni za każdym kawałkiem swojej małej ojczyzny już w samolocie. Ale poczuł ulgę. Wreszcie nie musiał się zastanawiać, co będzie dalej. Miał dziwne przeczucie, że wszystko się ułoży. Pobyt w Wielkiej Brytanii rozpoczął od pracy na lotnisku London Stansted. To lądowisko głównie dla tańszych linii lotniczych. Zadaniem Marcina była pomoc techniczna na płycie lotniska. Prościej mówiąc, kierowanie małymi technicznymi samochodzikami do samolotów, przywożenie paliwa, ustawianie schodów dla pasażerów i tym podobne.

Na angielskiej ziemi

Od razu zarabiał cztery razy więcej niż w kraju. To był 2004 rok. Za Olsztynem nie tęsknił, zwłaszcza kiedy odbierał koperty z tygodniówką. Nie miał jeszcze rachunku w tamtejszym banku, a nie chciał obracać wirtualnymi pieniędzmi z dotychczasowego konta. Nie widział w Londynie żadnego polskiego bankomatu i obawiał się przeliczeń kursu walut. Banki od zawsze na takich operacjach zarabiały. Kosztem klienta.

Mimo tych drobnych niedogodności przez pierwsze tygodnie Marcin był w szampańskim nastroju. Pracę miał pewną od początku, bo załatwił mu ją kolega ze studiów. Niejeden dzień ze sobą przegadali i niejedną noc przepili. Znali się jak łyse konie. Wiedzieli, że zawsze mogą na sobie polegać. I zgodnie przyznawali jedno: tutaj łatwiej żyć. Jeśli pracujesz i płacisz podatki, to masz wszystko. Jesteś ubezpieczony, masz na jedzenie, masz na zabawę, masz na wakacje, na założenie rodziny.

Marcin wolał 1500 funtów w Anglii niż 1500 złotych w Polsce. Bez względu na patriotyzm. Bo za patriotę, owszem, zawsze się uważał.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje