Reklama

Reklama

Kim Dzong Un - odważny przywódca czy szalony dyktator?

13 lutego 2017 roku na malezyjskim lotnisku doszło do zabójstwa Kim Dzong Nama, przyrodniego brata północnokoreańskiego przywódcy Kim Dzong Una. Czy dwie sprawczynie, które wtarły Kim Dzong Namowi truciznę w twarz, zostały wynajęte przez reżim? Co ta zbrodnia mówi o rodzinie koreańskiego dyktatora i sposobie sprawowania władzy przez samego Kim Dzong Una?

Sun Heidi Sæbø przeprowadza dziennikarskie śledztwo, próbując naświetlić szersze tło sprawy i szkicując portret obecnego przywódcy Korei Północnej. Na podstawie wywiadów przeprowadzonych z uciekinierami z Korei Północnej, wysoko postawionymi dyplomatami i badaczami, a także czerpiąc z literatury i publicystyki chce nie tylko dotrzeć do motywu zbrodni, ale też zrozumieć reżim Kimów.

Reklama

Wraz z Wydawnictwem "Czarne" przygotowaliśmy dla Państwa trzy egzemplarze książki "Kim Dzong Un. Szkic portretu dyktatora". Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe. Wcześniej polecamy lekturę wragmentu książki.

FRAGMENT:

"Sun Heidi Sæbø

Kim Dzong Un

Szkic portretu dyktatora

Przełożyła Iwona Zimnicka

Kilka miesięcy po zabójstwie Kim Dzong Nama zainteresowanie międzynarodowych mediów mniej lub bardziej przygasło. Zniknęły kamery telewizyjne i setki dziennikarzy. Organizowanie konferencji prasowych przestało być konieczne. Po tamtym zamieszaniu pozostały jedynie wciąż trwające śledztwo i przyszły proces karny przeciwko dwóm młodym kobietom, których nazwisk nikt już nie pamiętał. To było zabójstwo, które wydawało się oczywiste i wyjaśnione. Poza tym Kim Dzong Un podburzaniem do wojny i zintensyfikowaniem prób rakietowych zadbał o pojawienie się zupełnie innych nagłówków. Latem i jesienią groził amerykańskiej wyspie Guam na Oceanie Spokojnym, wypuścił pocisk średniego zasięgu nad Japonię i przeprowadził szóstą, dotychczas najsilniejszą próbę atomową. Ta eskalacja retoryki i działań kompletnie usunęła w cień sprawę tamtego zabójstwa. 

Nienagabywani przez media obrońcy Đoan Thị Hương i Siti Aisyah niestrudzenie pracowali nad przygotowaniem dowodów mających uratować ich klientki od śmierci przez powieszenie. Prokuratura przekazała im czterdzieści cztery dokumenty, o wiele mniej, niż prosili1, ale tylko to mieli do dyspozycji. Były to raporty toksykologiczne, które należało ocenić niezależnie, przesłano je więc dalej aż do Danii. Obrońcy przyjęli inną niż ta oficjalna tezę dotyczącą sposobu zabójstwa Kim Dzong Nama. Na poszukiwanie istotnych ich zdaniem śladów wysłali ludzi do Wietnamu. Z jakiegoś powodu reszta zdjęć z monitoringu na lotnisku kazała na siebie czekać. Ku wielkiej irytacji obrońców prokuratura poprosiła o więcej czasu na wypalenie materiału na płytach CD, jakby była to skomplikowana operacja. Udostępnione już nagrania z monitoringu poddano, rzecz jasna, drobiazgowemu badaniu i omówieniu. Poza tym obrońcy pragnęli przed sądem przedstawić własne nagrania wideo na poparcie wyjaśnień składanych przez kobiety.

- Tak, to nagrania mniej więcej takich samych jak w Kuala Lumpur dowcipów telewizyjnych zrealizowanych w Hanoi - mówi Naran Singh, obrońca Đoan.

Do procesu zostało zaledwie pięć dni i prawnik bardzo uważa, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Chce najpierw zobaczyć, jakie dowody i świadków przedstawi strona oskarżająca. Co interesujące, o zmarłym mówi "Kim Czol", tak jak Koreańczycy z Północy. Kiedy ostatni raz spotkał się z Đoan Thị Hương w więzieniu, wydawała się "całkiem spokojna" i "stabilna" - relacjonuje. Jego klientka pragnie wrócić do Hanoi, kiedy to wszystko się skończy. Adwokatowi nie wydaje się, aby ktokolwiek ją odwiedzał, odkąd została przeniesiona do osławionego więzienia Kajang. Dni dzielące ją od procesu spędza z innymi osadzonymi w tej samej celi. Jeśli wynik rozprawy okaże się najgorszy z możliwych, wie, że to się stanie w piątek. To ten dzień w tygodniu, podczas którego zwalniają się łóżka. To dzień, w którym skazane na śmierć są zabierane z celi, aby już nigdy do niej nie wrócić. Na razie jednak, uwzględniając okoliczności, Đoan Thị Hương - według słów jej obrońcy - miewa się dobrze.

Z Siti Aisyah spotkały się w sądzie trzy razy. Przybyły osobno eskortowane przez czarne SUV-y, które zaparkowały około dziesięciu kroków od wejścia. Obie kobiety ubrane w kamizelki kuloodporne pospiesznie wprowadzono do budynku sądu, pilnowane przez zamaskowanych policjantów uzbrojonych w ciężką broń automatyczną. Wyraźnie widać, że władze obawiają się o  bezpieczeństwo tych dwóch aresztantek. Również z tej przyczyny ostatnie posiedzenie sądu odbyło się na terenie więzienia.

Przez osiem miesięcy podczas spotkań z obrońcami Đoan Thị Hương i Siti Aisyah dalej twierdziły, że są niewinne. Młode kobiety pochodzące ze wsi - Nghĩa Binh w Wietnamie i Rancasumur w Indonezji - podtrzymywały swoje wyjaśnienia, mówiły, że kiedy atakowały Kim Dzong Nama, sądziły, iż biorą udział w niewinnym żarcie przed ukrytą kamerą.

- Ona nic więcej nie wie. Miała jedynie zrobić ten dowcip. A tych, którzy ją zwerbowali, tych, których poznała w Hanoi, a którzy później przywieźli ją do Kuala Lumpur, już nie dopadniemy. Oni zniknęli - mówi adwokat Naran Singh.

Ten element miał się przewijać przez całe śledztwo. Podczas szukania dowodów i motywów, które pomogłyby doprowadzić do skazania obu oskarżonych o zabójstwo kobiet, wyłoniła się grupka innych podejrzanych. Co najmniej trzech z nich odleciało z lotniska w Kuala Lumpur w ciągu zaledwie kilku godzin po morderstwie. Dalszych czterech wywinęło się w wyniku absolutnie niezwykłych politycznych targów i nie dało się ich ścigać z uwagi na immunitet dyplomatyczny. Ale to właśnie za sprawą tych mężczyzn, z czasem zidentyfikowanych, wszystkie ślady tak wyraźnie wskazywały na Pjongjang i Kim Dzong Una. Faktycznie samego zabójstwa dokonano tak bardzo po amatorsku, że - pomimo swojej brutalności i tragicznego skutku - zbrodnia została również ośmieszona. Koreańczycy z Północy równie dobrze mogli zostawić w miejscu zbrodni wizytówkę. To było zabójstwo dokonane bez szczególnej finezji. Koreańczycy z Północy przy likwidacji powszechnie znanej osoby zdecydowali się na wykorzystanie dwóch, z pozoru zwyczajnych, niewyćwiczonych kobiet. Można było zadać sobie pytanie, dlaczego Korea Północna podobno poświęciła miesiące na przygotowanie ich do tego ryzykownego zadania, skoro reżim dysponował zapewne całą armią agentów zdolnych zabić w bardziej dyskretny sposób. Poza tym powracała jeszcze jedna kwestia: dlaczego ze wszystkich możliwych miejsc wybrano lotnisko, a nie jakąś ciemną uliczkę? I dlaczego nie opracowano lepszej trasy ucieczki dla tych kobiet? Dlaczego musiały poświęcić czas na pójście do toalety i umycie rąk, a następnie ustawić się w kolejce do taksówek? W dodatku jedna miała na sobie tak łatwo rozpoznawalną bluzę z napisem LOL. W szeregu pytań, które mogły wydawać się banalne, jedno stało się najważniejsze: dlaczego w chwili, gdy doszło do zabójstwa, tak wyraźna była na lotnisku obecność Koreańczyków z Północy mających oczywiste powiązania z reżimem? Przecież w tym czasie powinni trzymać się jak najdalej od miejsca zdarzenia. Tymczasem zostali uchwyceni przez kamery monitoringu, podobnie jak sam moment zabójstwa. Na wszelki wypadek jeszcze porozumiewali się gestami i odlecieli dalej tym samym samolotem, jakby dla podkreślenia, że razem konspirowali.

Sprawa nie stała się mniej dziwna, gdy jedenaście dni po zabójstwie protokół z sekcji zwłok stwierdzał, że użyto trucizny paraliżującej nerwy o nazwie VX: przezroczystej żółtopomarańczowej cieczy o oleistej konsystencji, nieposiadającej zapachu ani smaku. VX została uznana za broń chemiczną i w 1983 roku zakazano jej stosowania. W niewielkich dawkach może powodować osłabienie widzenia, zawroty głowy i mdłości. Jedna kropla na skórze wystarczy, aby zabić człowieka w ciągu kilku minut. Kim Dzong Nam umarł po dwudziestu minutach cierpienia. Trucizna wywołała niekontrolowane skurcze mięśni, a ostatecznie zabiło go porażenie mięśni oddechowych. Kim Dzong Nam poniósł śmierć w wyniku uduszenia. Użycie tej trucizny na tłocznym lotnisku poza granicami Korei Północnej wywołało lawinę nowych niepokojących pytań. Reżim przekroczył "czerwoną linię", a więc normy prowadzenia wojny, do których często odwołuje się polityka międzynarodowa.

Czy likwidacja Kim Dzong Nama była najbardziej nieudolnym spiskiem wszech czasów? Czy też w śmiertelnym pocałunku Kim Dzong Una kryło się zamierzone podwójne przesłanie, którego nie zrozumieliśmy? Liczne źródła twierdzą, że dyktator - żegnając się w ten sposób z przyrodnim bratem - nadał niepokojący komunikat przeznaczony dla świata zewnętrznego. Badacz odpowiedzialny w Korei Południowej za strategiczne studia nad Koreą Północną twierdzi natomiast, że miała to być "zbrodnia doskonała", lecz się nie powiodła. Koreańczycy z Północy uknuli plan, który byłby genialny, gdyby Đoan Thị Hương i Siti Aisyah nie wygłupiły się w jednym punkcie. Chociaż miały wyjść na jaw informacje o tym, że przed zabójstwem tygodniami ćwiczyły atak, to jednak w momencie realizacji zawiodły.

Najwyraźniej nie wszystko w związku z tym zabójstwem odkryto. Pytanie tylko, czy kiedykolwiek zdołamy w pełni zgłębić motywy, którymi kierował się Kim Dzong Un, lub czy Đoan Thị Hương i Siti Aisyah zabiorą ze sobą decydujące informacje do grobu, jeśli zostaną skazane na śmierć.

Sama Korea Północna uparcie twierdziła, że zmarłym jest Kim Czol, będący nie wiadomo kim, że zmarł na zawał serca, a wszelkie inne oskarżenia wynikają ze sprzymierzenia się Malezji z wrogimi mocami."

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje