Reklama

Reklama

Prośba, która zmieni całe życie...

Oto Benek. Bernard, nie Benedykt. Scenarzysta, alkoholik i lekoman. To najgorsza chwila w jego życiu. Ma 40 lat. Nie ma ochoty na seks. Zapchał mu się zlew. Mieszka w Warszawie, jest zima. I jeszcze ktoś wali do jego drzwi.

Za chwilę warszawska lala na wycieraczce okaże się łapówką, a prosta prośba od Rygla - napakowanego sterydami rapera - stanie się morzem problemów, które zmienią Benka na zawsze.

Przyjaźń kontra sława, miłość kontra koks. Eskortki, modelki, celebrytki. Pieniądze, ścianki, prochy, kolorowe drinki, social media i gwiazdy showbizu.

Świat o którym marzysz i którego nie chcesz poznać.

Warszawa jest kobietą, która nocą pokazuje swoje tajemnice.

Zobacz, komu zazdrościsz.

Piotr C. - jeden z najpopularniejszych polskich blogerów, nigdy nie ujawnił swojej tożsamości. Autor czterech powieści, sprzedanych w łącznym nakładzie 430 tysięcy egzemplarzy. Nominowany za "Brud" w konkursie Bestsellery Empiku 2016. Korporacyjny szczur, któremu udało się wywalczyć niezależność. Mieszka na warszawskiej Ochocie. Nie czuje potrzeby bycia rozpoznawalnym.

Reklama

(Powyższy opis pochodzi od wydawcy)

Wraz z Wydawnictwem Novae Res przygotowaliśmy dla państwa trzy egzemplarze książki "Gwiazdor"

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"Sobota, 25 stycznia

Warszawa Ochota, godzina 13.42

Spóźnisz się - pouczam się w myślach. Kobieta o imieniu Marcelina napisała mi, że może się spotkać o czternastej. Ryj musi mieć z nią naprawdę dobry układ. Wysłałem jej eskę zaraz jak przesłał mi jej numer.

Odpowiedziała od razu:

"Jasne, wpadaj, mam dzisiaj czas o 14.00, bo później idę do fryzjera."

Niżej był adres, Residence coś tam coś tam, czyli wielki blok na Ochocie.

Kręcę wściekle kierownicą już od kwadransa, robiąc kolejne kółko po okolicy, żeby znaleźć choć kawałek miejsca, w którym można by postawić samochód. Wolnych miejsc nie ma nawet na pobliskiej stacji benzynowej BP.

Nigdy nie rozumiałem zamiłowania niektórych znajomych do tego specyficznego fragmentu Warszawy. To miasto nigdy nie wyglądało jak metropolia. Już przed drugą wojną światową nie było zbyt ładne, a po niej były tu tylko ruiny, w które nawtykano trochę brzydkich socrealistycznych budynków i bloków z wielkiej płyty. Ulica Grójecka jest idealnym przykładem tego architektonicznego śmietnika. Pozostałości po wielkim bazarze z jednej i brzydkie budynki z drugiej strony.

"Ballada o Januszku". "Dziewczyny do wzięcia".

W końcu znajduję miejsce na Dickensa, obok latarni. Jest tu tak ciasno, że nie mogę otworzyć drzwi od strony kierowcy, więc przepycham się na siedzenie pasażera, usiłując nie zahaczyć kroczem o wystającą dźwignię od automatycznej skrzyni biegów. Otwieram drzwi i ląduję butem w wielkiej kałuży. Zimna woda z chlupotem wlewa się do środka. Teraz przynajmniej rozumiem, dlaczego miejsce było wolne. Śnieg się roztapia. Jest cieplej niż wczoraj. Albo po prostu chodzi o to, że w Warszawie jest zawsze cieplej niż poza miastem. Od ludzi, tramwajów i klimatyzacji. 

Mijam bazar. Dookoła czuć specyficzny zapach. To od starych kobiet, które krążą tu, szukając jędrnych warzyw i kawałka mięsa na pieczeń. Starzy ludzie pachną inaczej. Jak przejrzałe owoce. Tego zapachu nie da się niczym przykryć. Nikt już nie chce twojego ciała. Nawet ty. A jedyne, co cię łączy z twoim zdjęciem z młodości na ścianie, to data urodzenia i linie papilarne.

- Niedługo będziesz jak oni - myślę.

Przy przejściu dla pieszych widzę kobietę koło osiemdziesiątki w dużych, plastikowych okularach. Ma twarz jak ziemniak po zimie spędzonej w piwnicy. Siedzi na wędkarskim krzesełku. Przed nią w trzech plastikowych wiaderkach, przykrytych czarnymi workami na śmieci, stoją kwiaty. Czerwone, żółte i różowe bukiety róż. Starannie poukładane. Na chodniku są jeszcze dwie doniczki bazylii w plastikowych koszulkach. Babka zaczepia ludzi, ale nikt się nie zatrzymuje. Kobieta ma na sobie brudno beżowy płaszcz. Głowę obwiązała niebieską chustką.

Wiek, brzydota i kiepskie ubrania przypominają mi babcię Lodzię, która przez prawie sześćdziesiąt lat wytrzymała z dziadkiem Mańkiem i - cud prawdziwy! - nie zatłukła go przy tym choćby kością od kurczaka. A miała liczne powody, bo był na starość straszną marudą i nic mu nie pasowało. Lodzia była jednak kobietą wielkiego ducha i równie wielkiego gestu. Nawet jak byłem już na studiach i wpadałem ją odwiedzić, dawała mi stówę albo i dwie. "Baw się, wnusiu - mówiła. - Życie w Warszawie jest drogie. A ty bawić się powinieneś, póki młody jesteś, bo później będzie cię już tylko wszystko bolało".

Zatrzymuję się, czekając na zielone.

- Kawalyrze, kup pan kwiatka narzeczonej - chrypi do mnie babinka. - A może żonie? - Spogląda badawczo, jakby tym spojrzeniem mogła wybadać mój stan cywilny.

- Nie mam. Ani żony, ani narzeczonej - mówię.

- Bo nie kupuje pan kobietom kwiatów - odpowiada filuternie.

Uśmiecham się, mimo że nie jest mi do śmiechu.

- Wolę alkohol, szanowna pani. Znacznie większe prawdopodobieństwo zwrotu inwestycji - odpowiadam.

- Panie kochany, wódkę to pan kupuje codziennie, a kwiatka już nie - zauważa rezolutnie babcia. - Panowie są teraz skąpi, strasznie skąpi. Na ... im te pieniądze? Trumna kieszeni nie ma. Jak kilka lat temu jeden młody człowiek kupił ode mnie sto jeden róż, tak teraz chodzi tutaj z małym dzieckiem!!!

Sprawdzam godzinę na zegarku. 13.48.

- To jest argument za dzietnością. Długo pani tak z tymi kwiatami siedzi? - pytam.

- E, nie tak długo... - Staruszka macha ręką. - Od siódmej, a skończę przed ósmą wieczór. Tylko do domu, do Raszyna trzeba jeszcze wrócić. Ale połączenie mam dobre, naprawdę dobre. Dziewiątką albo siódemką trzeba jechać do końca, potem cztery przystanki autobusem i już jestem na miejscu.

Patrzę na nią. Kobieta mruży małe, kleiste oczy. Światła zmieniają się na zielone.

- To co, weźmie pan bukiecik? - proponuje. - Tanio. Sztuka dwa złote. Teraz mam tylko róże, wiosną są też tulipany, z różami więcej roboty, bo trzeba je z kolców oskubać. - Babcia stęka, nachylając się nad wiaderkami.

Ech, Lodzia. To była kobieta.

- A za te wszystkie kwiaty ile będzie? - Macham ręką, wskazując na wiadra.

- Oo, oo, to będzie dużo - mówi babcia. - Może nawet dwieście pięćdziesiąt - wypowiada kwotę z wyraźnym szacunkiem.

Wyciągam z portfela trzy banknoty po sto złotych.

- Reszty nie trzeba, szanowna pani.

Dłonie kobiety trzęsą się lekko, kiedy bierze pieniądze, a później wpycha mi w ręce jakieś sto dwadzieścia róż.

- Do widzenia, kawalyrze, niech te kwiatku panu szczęście przyniosą. Szczęść Boże.

- Najlepszego. Zdrowia, pani szanowna, życzę.

Biorę naręcze kwiatów i znowu czekam na zielone. A kobieta wylewa wodę z wiaderek do studzienki ściekowej, składa swoje wędkarskie krzesełko, wkłada do torby z Ikei dwie bazylie i z całym tym tarabanem idzie powoli na przystanek tramwajowy, lekko przy tym kulejąc na prawą nogę.

Przez krótki moment, dosłownie przez ułamek sekundy, czuję się lżejszy.

Tylko na ... mi te kwiaty?"


Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne