Reklama

Reklama

Przerażające tajemnice rosyjskiej supermafii

Ich charakter kształtowały sowieckie łagry i obozy karne. Gdy z nich wyszli, stali się najbardziej przerażającą rosyjską klasą przestępczą. Przetrwali stalinizm, zimną wojnę, Afganistan i upadek ZSRR. Świetnie się odnaleźli w nowej rosyjskiej rzeczywistości.

Przestrzegają surowego kodeksu. Tylko im wolno nosić charakterystyczne tatuaże. Tylko dla nich zarezerwowana jest nazwa wor w zakonie, która może i brzmi egzotycznie, ale w państwie Putina wzbudza strach i szacunek.

Reklama

Poznaj elitę rosyjskiej mafii, która brutalnością przewyższa japońską yakuzę, włoską camorrę czy narkotykowe kartele Pabla Escobara. W świat mafiosów ze Wschodu wprowadzi cię Mark Galeotti, specjalista do spraw przestępczości zorganizowanej w Rosji, który temu tematowi poświęcił dwadzieścia lat. Z jego wiedzy korzystają rządy i policja na całym świecie.

Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Wraz z wydawnictwem "Znak" przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki "Wory. Tajemnice rosyjskiej supermafii". Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

Fragment:

"Złodziejskie życieDo życia w piekle można się przyzwyczaić.

- przysłowie rosyjskie

Coś kuszącego mają w sobie rytuały, tajemna wiedza, poufny żargon. Dają poczucie wyjątkowości, budują wspólnotę i przenoszą do świata wzajemnych, niełatwych i niebezpiecznych zobowiązań. Gangster względnie niskiego szczebla znany jako Lew Jurist opisał mi kiedyś, jak się czuł, gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych został przyjęty do przestępczego bractwa[1]. Nie wdawał się w niektóre szczegóły ("to nie dla postronnych"), ale pewne aspekty był skłonny omawiać. Przede wszystkim musiał się uwiarygodnić, przez rok lojalnie i sumiennie służąc jako szestiorka, czyli goniec, oraz wykonując kilka ryzykownych zadań. Niektóre były zapewne związane z popełnianiem przestępstw, inne - na przykład kradzież płaszcza w szatni restauracji prowadzonej przez Czeczenów - wymagały wykazania się odwagą i werwą. Musiał też mieć trzech uznanych przestępców, którzy za niego ręczyli, oraz nauczyć się na pamięć jakiejś deklaracji w slangu przestępczym (zgaduję, że chodziło o przysięgę lojalności wobec grupy). Na koniec odbył się rytuał z braterstwem krwi, wódką i ikoną.

Jego opowieść była fascynująca, ale dziwnie ahistoryczna. Udowodnienie trwałej lojalności, udział w czynach przestępczych, wykazanie się odwagą - tego wymaga od rekrutów każdy gang, te zadania wydawały się jednak raczej łagodne w porównaniu ze sztywnymi zasadami w obozach. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych kradzież płaszcza groziła zapewne tylko pobiciem, podczas gdy prawdziwy błatny musiał być gotów do samookaleczenia, żeby uniknąć pracy, albo zamordowania przypadkowego, niewinnego człowieka, jeśli akurat o to grał z kolegami w karty. Co więcej, nigdy nie słyszałem, żeby Lew częściej używał przestępnego slangu niż dosłownie wszyscy w tamtych latach. Przyznał się też, że swojego katechizmu musiał się uczyć na pamięć. Odnośnie do reszty rytuału, to nie znając szczegółów, nie mogę formułować ostatecznych sądów, wydaje się jednak, że było to odświeżenie obrzędów z dni chwały worowskiego miru od lat trzydziestych do pięćdziesiątych XX wieku połączone z kinowymi interpretacjami mafijnych inicjacji i podobnych ceremonii. Istniejące dowody sugerują, że odrębna kultura worowskiego miru przetrwała do lat sześćdziesiątych, ale z pewnością stała się mniej potężna i wszechobecna, odtworzyła się zaś z początkiem lat siedemdziesiątych, gdy wory zdefiniowali się na nowo. Wtedy jednak ich obrzędy mogły być już tylko bladym i na poły zapomnianym odzwierciedleniem potężnej, żywotnej i brutalnej kultury ze złotego okresu.

Worowskie życie

Jako więzień wybrałem drogę złodzieja i przysięgam przed równymi sobie być honorowym złodziejem i nigdy nie współpracować z czekistami[2].

- przysięga złodzieja

Przed powstaniem obozów pracy przymusowej worowskoj mir był raczej subkulturą niż strukturą. Poszczególne gangi miały strukturę, a miasta i regiony mogły mieć nieformalne hierarchie, siły jednak się nie kumulowały. Rosnący autorytet worów w zakonie ani coraz większa homogenizacja kultury w sprzyjających temu procesowi warunkach baraków także nie przyczyniły się do powstania struktur równoległych na skalę państwową. Wory byli zbyt niezależni, a reżim Stalina zbyt paranoiczny na punkcie wszystkiego, co przypominało konspirację, żeby na to pozwolić. Zresztą wory w zakonie niekoniecznie musieli być szefami gangów i nie każdy szef gangu był worem w zakonie. Złodzieje z zasadami pełnili raczej funkcję drogowskazów moralnych worowskiego miru - ludzi, których trzeba słuchać i szanować. Dawny więzień obozu pracy przymusowej Marlen Korałłow zauważył, że wor w zakonie imieniem Nikoła był zazdrośnie chroniony i dopieszczany przez innych przestępców: dali mu jedyne metalowe łóżko w baraku, które ustawili w odległym rogu i zasłonili kocami, zapewniając prywatność, i trzymali przy nim wartę nawet wtedy, gdy Nikoły tam nie było, żeby nikt inny na jego miejscu się nie położył[3]. Wory w zakonie byli wszak wspólnym dobrem całej społeczności przestępczej, węzłami, wokół których mogły się utworzyć silne i zaskakująco skuteczne struktury.

Przestępcy zaliczający się do grupy błatnych wytworzyli własne sposoby komunikowania się przy użyciu slangu, tatuażu, a nawet mody, które zostaną omówione niżej. Mieli też swoje rytuały, z których każdy przedstawiał praktyczną wartość dla członków. Potencjalni członkowie, pacany, byli nieformalnie sprawdzani, żeby potwierdzić, czy mówią prawdę na temat swojej kryminalnej przeszłości, tym samym odsiać informatorów. Co najmniej dwóch złodziei musiało za nich zaręczyć, po czym odbywała się schodka, czyli narada, podczas której przestępcy decydowali, czy kandydaci zasługują na wyróżnienie. Kandydat mogący się pochwalić wieloma latami wybitnych dokonań mógł w końcu mieć nadzieję, że zostanie pachanem, czyli wyróżnionym złodziejem, który zasługuje na szacunek, jednak proces wyboru na wora w zakonie był o wiele bardziej złożony i trudny. Kandydaci musieli być dobrze znani w swojej społeczności i mieć poręczycieli potwierdzających, że są nienagannym przykładem stosowania przestępczych zasad. Częste przenoszenie przestępców między obozami ułatwiało też przepływ informacji przekazywanych ustnie albo na małych kawałkach papieru, tak zwanych ksiwach. Używano ich, żeby sprawdzać wiarygodność złodzieja, przeprowadzać szersze konsultacje oraz przekazywać postanowienia, a w razie konieczności - wyroki śmierci. Po pozytywnym przejściu całego procesu kandydat zostawał awansowany podczas rytuału znanego jako koronacja, prowadzonego przez dotychczasowych worów w zakonie, którzy tym samym stawali się odpowiedzialni za to, że koronowany nadal będzie prowadził złodziejskie życie i przestrzegał zasad[4].

Rytuały służyły więc odsianiu tych, którzy działali z nieszczerych pobudek albo nie odpowiadali oczekiwanym standardom - nawet zza drutu kolczastego ogrodzeń gułagów. Tworzyły też wrażenie elitarności i niemal religijnego charakteru bractwa worowskiego miru oraz autorytetu worów w zakonie. Ci ostatni odgrywali kluczową rolę w przetrwaniu i dobrobycie świata przestępczego poprzez rozwiązywanie - jeśli to było możliwe - sporów, które inaczej doprowadziłyby do przemocy, oraz zarządzanie wspólnym funduszem, dla którego później przyjęła się nazwa obszczak. Swoje obszczaki miały gangi, a czasem też przestępcy z kilku miast, regionów lub nawet obozów, choć sam termin pojawił się w powszechnym użyciu dopiero w latach pięćdziesiątych. Początkowo wspólne fundusze przeznaczano na pomoc rodzinom przestępców zesłanych do obozów, później jednak wspólnych pieniędzy używano też, żeby przekupywać obozowych urzędników, dzięki czemu błatni dostawali lepszą żywność i nie byli zmuszani do pracy oraz mogli naginać obozową rzeczywistość do swoich obyczajów bez podejmowania współpracy z władzami[5].

Większość worów w zakonie miała jednego albo dwóch pomocników znanych jako smotriaszczije, czyli obserwatorzy. Byli oczami i uszami swojego szefa, sprawdzali potencjalnych nowych błatnych i zastępowali go, gdy został wysłany do innego obozu. Niektórzy sugerują, że wory w zakonie mieli też innych podwładnych - od doradców po ochroniarzy - ci jednak faktycznie pojawili się dopiero w latach sześćdziesiątych, gdy otworzono obozy i wory zyskali możliwość kierowania gangami. Od lat trzydziestych do końca lat pięćdziesiątych byli jednak tylko dużymi, nawet bardzo dużymi postaciami świata przestępczego w łagrach, powiązanymi z rozciągniętą na cały kraj siecią lojalnych informatorów, chronionymi i szanowanymi przez złodziei, zazwyczaj jednak nie dążyli do zyskania większej władzy instytucjonalnej.

[1] W rozmowie z autorem, Moskwa 2005 r.

[2] A. Konstantinow, M. Dikselius, Priestupnyj mir Rossii, Sant-Pietierburg: Bibliopolis, 1995, s. 6.

[3] A. Applebaum, Gułag, przeł. J. Urbański, M. Claire Wybieralska, Warszawa: Świat Książki, 2005, s. 275.

[4] Szczegółowy opis wspomnianych rytuałów: F. Varese, Mafia rosyjska: prywatna ochrona w nowej gospodarce rynkowej, tłum. A. Gąsior-Niemiec, Warszawa: Oficyna Naukowa, 2009, s. 221-226; F. Varese, Mafia Life: Love, Death and Money at the Heart of Organised Crime, London: Profile, 2017, s. 17-22.

[5] W tym kontekście Warłam Szałamow posługuje się określeniem kombiedy, słowa utworzonego od nazwy bolszewickich Komitetów dla Biednych Chłopów, instytucji nadzwyczajnej stworzonej w 1918 roku i wykorzystywanej do rekwirowania i dystrybuowania żywności oraz konsolidowania władzy sowieckiej na wsiach, nie można jednak wykluczyć, że używa go ironicznie: W. Szałamow, Opowiadania kołymskie, przeł. J. Baczyński, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2017, s. 591."

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy