Siedmiolatka, która stała się mistrzynią manipulacji

Hanna to uroczy aniołek w oczach tatusia. Tylko on ją rozumie i tylko jego dziewczynka kocha. Marzy o szczęśliwym życiu u jego boku. Jedyną przeszkodę stanowi jej matka.

Suzette bardzo zależy na swojej córce. Pomimo wyniszczającej choroby poświęca jej dużo uwagi. Hanna jednak coraz bardziej otwarcie okazuje jej wrogość. Z każdym dniem nienawiść córki rośnie, a mąż Suzette pozostaje ślepy na narastające problemy rodzinne. Matka zaczyna się obawiać o własne życie. Wydaje się jej że córce przyświeca tylko jeden cel. Zdobyć tatusia na wyłączność. Najlepiej na zawsze.

Reklama

***

"Zła krew" to książka niepokojąca w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zapadają w pamięć, bez litości wgryzając się w najboleśniejsze aspekty życia rodzinnego i związanych z nim obowiązków i współzależności. Niesamowity debiut". (Kelly Braffet, autorka powieści Wszelki ślad zaginął i Ja i mój brat).

"Ta książka ma w sobie coś z Musimy porozmawiać o Kevinie, Zaginionej dziewczynyOmenu. Deliryczna, zaskakująca lektura, w trakcie której nigdy nie będziecie do końca pewni, komu sprzyjać" - ENTERTAINMENT WEEKLY

***

Wraz z wydawnictwem "Czarna Owca" przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki "Zła krew". Aby zdobyć jeden z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe. Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

Fragment:

"HANNA 

MOŻE MASZYNA ZOBACZY słowa, które nigdy nie padły z jej ust. Może były wyryte w jej kościach i kiedy ludzie w białych fartuchach powiększą obrazy, wtedy jej myśli ukażą im się jak góry i linie kolejowe na mapie jej upiornie wyglądającej czaszki. Hanna wiedziała, że nic jej nie dolega. Ale mama chciała, żeby spojrzeli. Jeszcze raz.

Sala w podziemiu szpitala pachniała cytrynowymi cukierkami z trucizną, a w powietrzu wisiała groźba bolesnych zastrzyków. Kiedy była mała, bała się tej maszyny, ale dzisiaj, w wieku siedmiu lat, wyobrażała sobie, że jest kosmonautką. Rakieta obracała się i brzęczała, a ona sprawdzała współrzędne, żeby ostatni raz upewnić się, czy obrała dobry kurs. Za okrągłą szybą Ziemia szybko się oddalała i po chwili statek pędził przez nieprzeniknioną ciemność upstrzoną gwiazdami. Teraz już nikt jej nie złapie. Na tę myśl się uśmiechnęła.

- Nie ruszaj się. Prawie skończyliśmy. Świetnie ci idzie. Kontroler lotu obserwował ją na swoim monitorze. Nie cierpiała  wszystkich  osób  z  kontroli  naziemnej, ich  białych kitli i śpiewnych głosów. Sztucznych uśmiechów, które w ułamku sekundy zamieniały się w zafrasowane miny. Wszyscy byli tacy sami. Banda kłamczuchów.

Hanna trzymała język za zębami, bo niewypowiadane słowa dawały moc, pozwalały zachować czystość. Przyglądała się mamie i innym dorosłym, badała ich wzrokiem. Słowa wypadały im z ust jak martwe robaki. Wyjątkowe osoby, jak jej tata, potrafiły mówić motylami. Ich głos ożywiał kolory, od których zapierało dech w piersiach. Tymczasem jej wnętrze przypominało kalejdoskop i czasami ledwo mogła się połapać w migających barwach, wykrzyknikach i znakach zapytania. Dookoła wirowały tajemnicze kształty i w każdej ukrytej kieszonce Hanna trzymała skarb, skradziony albo znaleziony. Jako mała dziewczynka próbowała wyrazić to, co w niej buzowało, ale słowa były jak kamyki. Nonsens. Bełkot, który nawet w jej uszach brzmiał rozczarowująco. Ćwiczyła w swoim pokoju, ale z ust wydostawały się tylko robaki i rozpierzchiwały się w popłochu po skórze i pościeli. Strącała je palcami i patrzyła, jak znikają pod szczeliną zamkniętych drzwi sypialni.

Na co komu słowa? Nic a nic nie można było na nich po- legać.

Ale jeśli miała być szczera, to milczenie przynosiło jeszcze jedną korzyść - doprowadzało mamę do szaleństwa. Biedna mamusia okazywała aż nadto wyraźnie, rok w rok, jak bardzo jej zależy na tym, by córeczka przemówiła. Błagała ją o to.

- Proszę cię, skarbie. Ma-ma? Ma-ma?

Za to tata nigdy nie błagał ani się nie denerwował. Kiedy brał ją na ręce, patrzył na nią rozpromienionym wzrokiem, jakby widział supernową. Tylko on naprawdę potrafił ją dostrzec, więc się do niego uśmiechała i dostawała w nagrodę pocałunki i gilgotki.

- Koniec - obwieścił kontroler lotu.

Ktoś z obsługi naziemnej wdusił przycisk i jej głowa wysunęła się z wielkiej mechanicznej tuby. Rakieta runęła z powrotem na Ziemię i utknęła w kraterze brzydoty. Znów stanęli przy niej galaretowaci ludzie, jakaś kobieta zaproponowała, że zabierze ją do mamy. Jakby to miała być nagroda.

- Wspaniale się spisałaś!

Co za wredne kłamstwo. Nie zrobiła absolutnie nic, tylko przedwcześnie powróciła na Ziemię. Nie widziała nic trudnego w leżeniu bez ruchu, a milczenie było jej naturalnym stanem. Pozwoliła kobiecie wziąć się za rękę, choć wcale nie miała ochoty wracać do humorzastej mamy siedzącej w jakimś innym dusznym pokoju. Wolałaby zwiedzać niekończące się korytarze szpitala. Udawała, że chodzi we wnętrzu układu pokarmowego wielkiego smoka. Jak tylko zionie wściekle ogniem, płomienie wyrzucą ją w inny świat. Taki, gdzie się odnajdzie, gdzie będzie biec przez mroczny las z mieczem w ręku i zwoływać podwładnych, którzy ruszą za nią do ataku. Chlast, prask, ryk. Nakarmi ostrze świeżą krwią.

SUZETTE 

WYGŁADZIŁA HANNIE WŁOSY z tyłu głowy, gdzie trochę się potargały w trakcie badania.

- Widzisz? Nie było tak źle. Teraz zobaczymy, co powie pan doktor.

Sztuczny uśmiech mamy wymusił delikatny skurcz po- wieki. Potarła palcem kącik oka. Strach wgryzał się w jej skórę i groził utratą równowagi. Gabinety lekarskie, budynki szpitalne - zinstytucjonalizowana męka. Miała wrażenie, jakby ciężkie ściany zaczynały ją przygniatać. Hanna siedziała z łokciem na oparciu krzesła i głową wspartą o dłoń, nieobecna i obojętna jak przed telewizorem. Suzette spojrzała na obrazek, który tak przykuł uwagę córki. Wyblakłe kolorowe kwadraty. Po ruchach gałek ocznych córki próbowała zgadnąć, czy mała je wszystkie liczy, czy grupuje według odcieni. Dziew- czynka udawała, że nie zdaje sobie sprawy z obecności matki, co Suzette odczytała jako znajomą naganę. Po tylu latach stra- ciła już rachubę, ile razy była przez nią w ten sposób karana.

Może Hanna ciągle miała jej za złe, że w domu skończyły się banany. Rano waliła pięściami w blat stołu i wściekle patrzyła na miskę z płatkami. A może nie wybaczyła mat- ce jakiejś innej krzywdy, której w swoim mniemaniu doznała minionego dnia, tygodnia albo miesiąca. Nie mogła wiedzieć, że Suzette opierała się przed zawiezieniem córki na kolejną tomografię - pięćset razy silniejszą od zwykłego prześwietlenia - ale ustąpiła Aleksowi, który uparcie wierzył, że da się jeszcze odkryć fizyczną przyczynę tego, że ich córka nie mówi. Mąż nie widział, co ona robiła, a Suzette nie mogła mu powiedzieć, co tak naprawdę się działo: że to wszystko był wielki błąd, że nie ma pojęcia, jak być matką i w ogóle skąd się wziął w jej głowie pomysł, że warto spróbować. Dlatego zgadzała się z Aleksem. Oczywiście, że trzeba zbadać Hannę. Oczywiście, że należy wykluczyć wszystkie przyczyny fizjologiczne.

Spojrzała na córkę. Były do siebie tak podobne. Ciemne włosy. Duże brązowe oczy. Jaka szkoda, że nie odziedziczyła po Aleksie chociaż odrobiny jego jasnych genów. Rano ubrała Hannę w ładną sukienkę, nowiutkie podkolanówki i czółenka Mary Jane. Suzette miała na sobie jedwabną sukienkę koszulową z luźnym paskiem dla podkreślenia figury, a do tego koszmarnie drogie buty. Wiedziała, że nie musiały się tak stroić na wizytę w szpitalu, ale bała się wszystkich sytuacji, w których ktoś mógł ocenić jej matczyne kwalifikacje. Przynajmniej nikt nie mógł powiedzieć, że córka wygląda na chorą albo zaniedbaną. Poza tym spędzała z Hanną tyle czasu w domu, że rzadko kiedy miała okazję włożyć coś ładnego. Zawsze starała się świetnie wyglądać na imprezach firmowych Aleksa i uwielbiała, jak śledził ją na nich głodnym wzrokiem, podczas gdy ona sączyła wino, rozmawiała z gośćmi i cieszyła się towarzystwem dorosłych. Niestety żadna opiekunka do dzieci nie chciała przyjść drugi raz, więc w końcu się poddali. Alex, kochany Alex, organizował przyjęcia rzadziej i z mniejszą fetą, ale i tak pozostał żal. Brakowało jej tego uzu i zwyczajnych rozmów, na jakie mogła tam liczyć z Fioną, Sashą i Ngozi. Nie pytała Aleksa, czy mówili o niej w pracy, czy raczej wszyscy zachowywali się, jakby przestała istnieć.

Niepewna tego, co powie lekarz - za co ją skrytykuje - wystukiwała nerwowy rytm na ręce Hanny. Dziewczynka cofnęła ją i pochyliła lekko głowę, ale barwny, geometryczny obraz dalej ją fascynował. Suzette siedziała ze skrzyżowanymi nogami, napiętymi barkami i zaciśniętymi pięściami. W proteście przeciwko tej pozycji obolała część brzucha zaczęła się skręcać i pojękiwać, więc Suzette rozprostowała palce i spróbowała się odprężyć. Było to jej pierwsze poważne wyjście z domu od operacji, którą przeszła osiem tygodni wcześniej. Tym razem przeprowadzili zabieg laparoskopowo, co miało przyspieszyć gojenie, aczkolwiek poprosiła lekarza, żeby przy okazji zrobił coś z okropną blizną.

Biegnący przez brzuch koślawy kanion zawsze jej przeszkadzał. Odchodził głęboką, skośną linią w prawo od pępka. Alex mówił, że blizna jest elementem urody jego żony, źródłem siły. Laurem po zwycięskiej walce stoczonej w młodości. Ale ona nie potrzebowała żadnych pamiątek po tamtych samotnych, obrzydliwych latach, bo i bez nich nie miała szansy zapomnieć o śmiertelnym wrogu, który czaił się w jej wnętrzu, ani o równie zabójczej obojętności ze strony matki. Tamta pierwsza operacja, którą przebyła w wieku siedemnastu lat, napełniła ją takim strachem, że zalecaną przez doktora Stefanskiego powtórną resekcję odsuwała w czasie do momentu, kiedy przewodowi pokarmowemu zagroziła perforacja. Początkowo zwężenie wywoływało tylko trochę bólu, więc Suzette ograniczyła spożycie błonnika. Spodziewała się, że najgorsze objawy choroby Crohna ustąpią pod wpływem zastrzyków z silnym biofarmaceutykiem, i faktycznie tak się stało, ale kiedy stan zapalny się cofnął, okolica naokoło zwężenia jelita zaczęła się zabliźniać.

- Proszę nie wycinać za dużo - poprosiła lekarza, jakby zamierzał ją okraść, a nie przywrócić do zdrowia.

Alex pocałował ją w zbielałe kostki dłoni.

- Wszystko będzie dobrze, älskling. Poprawi ci się nastrój i pomyśl tylko, o ile więcej będziesz mogła jeść.

No tak, to była całkiem rozsądna ocena. Gdyby tylko nie ten niemożliwy do zagłuszenia lęk, że razem z fragmentem jelita cienkiego straci przyrodzone prawo do srania na klozecie jak normalny człowiek. Owszem, na całym świecie żyli ludzie po ileostomii, którzy na co dzień radzili sobie z workiem przyklejonym do brzucha. Ale ona nie mogłaby tego znieść.

Na samą myśl o takiej ewentualności pokręciła teraz głową, aż Hanna się wzdrygnęła i spojrzała na nią z takim wyrzutem, jakby mama zepsuła powietrze.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje