Tajemnicze losy pionierów polskiego himalaizmu

Pionierzy polskiego himalaizmu w 1939 roku byli wyposażeni jedynie w prymitywny sprzęt, hart ducha i niewyczerpane pokłady optymizmu. Wystarczyło, by 80 lat temu zdobyć Nanda Devi East – opowiada Dariusz Jaroń, autor książki „Polscy himalaiści”, który w rozmowie z Interią przypomina sylwetki Adama Karpińskiego, Jakuba Bujaka, Janusza Klarnera i Stefana Bernadzikiewicza, opisuje skomplikowane zabiegi dyplomatyczne i wyjaśnia, dlaczego „najwyższe góry najtaniej zdobywają Polacy”.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej grupa polskich wspinaczy dokonała jednego z najbardziej spektakularnych wyczynów. 2 lipca 1939 roku na szczycie Nanda Devi East stanęli Jakub Bujak i Janusz Klarner. Radość w obozie nie trwała długo. Dwa tygodnie później potężna lawina pogrzebała żywcem dwóch innych ważnych członków wyprawy.

Reklama

Pogrążeni w żałobie koledzy ruszyli w drogę powrotną. Na statku do Europy usłyszeli o niemieckiej agresji na Polskę. Klarner trafił na front, a następnie w szeregi AK, a Bujak w filmowym stylu przedostał się do Wielkiej Brytanii, gdzie pracował nad tajnymi projektami zbrojeniówki.

W tajemniczych okolicznościach przepadli bez śladu. Historia na długo o nich zapomniała. Ważną kartę w dziejach polskiego himalaizmu przybliża Dariusz Jaroń, którego "Polscy himalaiści" właśnie trafili do księgarń.  

Łukasz Szpyrka, Interia: Niebawem rozpocznie się kolejna wyprawa Polaków na Nanda Devi East. Znów się uda?

Dariusz Jaroń: - Z tego co mi przekazali organizatorzy, wyprawa z okazji 80-lecia zdobycia szczytu przez Jakuba Bujaka i Janusza Klarnera wyruszy 25 maja w składzie: Jarosław Gawrysiak (kierownik), Rafał Fronia, Dariusz Załuski, Jan Lenczowski, Marcin Gałus, Bartek Szeliga, Wojciech Flaczyński i Stanisław Pisarek. Czy się uda? Będę mocno trzymał kciuki, chociaż Nanda dotąd nie była łaskawa dla wypraw rocznicowych. Najważniejsze, żeby załoga wróciła w komplecie, a także przypomniała światu o pionierach polskiego himalaizmu.

Skład kompletowanej ekipy pokazuje, że niektórzy wysokie góry mają we krwi.

- Symboliczną postacią w tym gronie jest Janek Lenczowski - wnuk Jakuba Bujaka. Przed dziesięcioma laty kierowana przez niego wyprawa nie zdobyła szczytu, bardzo mu kibicuję, żeby tym razem powtórzył wyczyn dziadka. Swoją drogą nie dowiedzielibyśmy się wiele o pierwszym zrywie himalajskim Polaków, gdyby nie ich wspomnienia, spisywane ołówkiem w notesie przez Jakuba Bujaka czy kilka lat później przez Janusza Klarnera w okupowanej Warszawie. Także teraz na Nanda Devi East wybiera się silna “literacka" reprezentacja, pamiętamy dobrze relacje spod K2 Rafała Froni, pewnie nie tylko ja chciałbym przeczytać podobne tego lata, a Stanisław Pisarek, wydawca książek górskich, zapowiedział już zbieranie materiałów i wydanie monografii na temat masywu Nanda Devi.

Jak zainteresowałeś się tematem pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje?

- Ta książka nigdy by nie powstała, gdybym nie poznał pani Magdaleny Bujak-Lenczowskiej, córki jednego z naszych pionierów, a także mamy mojego kolegi - Kuby Lenczowskiego. Kiedy przed paroma laty zostały wydane “Dziennik himalajski i inne pisma Jakuba Bujaka", Kuba nas ze sobą skontaktował. Rezultatem naszego pierwszego spotkania był reportaż “Wierni skale. Historia ściśle tajna", opisujący losy naszych pierwszych himalaistów. Po jego publikacji czułem niedosyt, wiedziałem, że tę historię można i trzeba opowiedzieć szerzej, opisując drogę Polaków w Himalaje i ich losy w trakcie i po zakończeniu II wojny światowej. Chciałem dołożyć niewielką cegiełkę do wspomnianego “Dziennika himalajskiego" i książkowej relacji ze zdobywania Nanda Devi East autorstwa Janusza Klarnera. Jestem przekonany, że te wydawnictwa się uzupełniają.

Rafał Fronia napisał, że książką pt. "Polscy himalaiści" przywracasz pamięć o "prawdziwych lodowych wojownikach".

- Chodzi o realia, w jakich wspinali się pionierzy polskiego himalaizmu w 1939 roku, wyposażeni jedynie w prymitywny sprzęt, hart ducha i niewyczerpane pokłady optymizmu. Rafał opowiadał mi, że obecnie nie sposób ruszyć w górę bez aktualnych prognoz pogody, przynajmniej zarysu tego, co może nas za kilka godzin spotkać, 80 lat temu za całą wiedzę meteorologiczną wspinacze mieli własne przeczucia i doświadczenia z poprzednich dni, co często kończyło się wychodzeniem prosto w nadciągającą śnieżycę. Nie chcę w żaden sposób umniejszać dokonań współczesnych himalaistów, ale mając na uwadze nie tylko nowinki technologiczne, łączność, ale też specjalistyczną odzież czy obuwie, trudno nie przyznać mu racji.

"Na początku była góra" - piszesz. A czy przypadkiem nie zaczęło się od marzenia? Marzenia Adama Karpińskiego, czyli jednego z głównych bohaterów książki i prekursora polskiego himalaizmu?

- Zdecydowanie. Nawet jeśli współcześni mu taternicy snuli równie ambitne plany, to nikt nie miał takiej siły przebicia w wypowiadaniu ich na głos jak Adam Karpiński. Już w 1924 roku namawiał na wyprawę na Mount Everest, dekadę później zachęcał kolegów wspinaczy do zmierzenia się z K2. I taki też był główny cel Polaków przed II wojną światową, ostatecznie zgodę władze indyjskie przyznały na wariant rezerwowy, jakim była Nanda Devi East.

Bohaterowie twojej książki to herosi, którzy stawiają czoła czemuś niewyobrażalnemu. Herosi również ze względu na trudny czas. Podczas wyprawy dowiadują się, że wybucha wojna.

- Lubię o nich myśleć nie jak o herosach, ale normalnych facetach z wielką pasją i zamiłowaniem do przygody. Podoba mi się to, co napisał w swojej recenzji Adam Bielecki, że pierwsi polscy himalaiści nie wahali się marzyć i mieli dość odwagi i wytrwałości, aby te marzenia spełniać. Czerpali z życia pełnymi garściami, łączyli wymagającą pracę zawodową inżynierów z ambicjami alpinistycznymi, czy - jak w przypadku Stefana Bernadzikiewicza - polarnymi. Pech sprawił, że zapomniano o ich wyczynach przez wybuch II wojny światowej.

Czy ta historia ma szczęśliwe zakończenie?

- Jeśli mówimy wyłącznie o zdobyciu dziewiczego wierzchołka Nanda Devi East, to tak, ale radość w naszym zespole nie trwała długo. Dwa tygodnie później Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz zginęli w lawinie, a pozostali dwaj wspinacze, tak jak wspomniałeś wcześniej, w trakcie rejsu powrotnego do Europy dowiedzieli się o niemieckiej agresji na Polskę. Wojna przeniosła Janusza Klarnera z Himalajów na front, a Jakuba Bujaka rzuciła do Wielkiej Brytanii, zmuszając do rozłąki z żoną i dziećmi. I chociaż obaj przeżyli wojnę, do dziś nie wiemy, co ich spotkało po jej zakończeniu.

Czy bohaterów twojej książki można porównać z ekipą, która rok temu ruszyła na ratunek Tomaszowi Mackiewiczowi i Elisabeth Revol?

- Tego nie da się porównać. Wyjście na ratunek drugiemu człowiekowi zawsze będzie cenione wyżej niż realizacja każdego, nawet najbardziej ambitnego wyczynu sportowego.

Niezwykłe jest to, jak do tak ekstremalnej wyprawy podchodzono 80 lat temu. To szmat czasu, a cywilizacja jeszcze nie zawitała do Azji. Jak oceniasz poziom ówczesnego wyzwania w porównaniu do dzisiejszych możliwości?

- Sam fakt, że wspinacze płynęli do Indii statkiem pokazuje, jak bardzo zmieniły się realia. Nie było sprzętu, improwizowali, zdając się na konstruktorskie zacięcie Adama Karpińskiego, projektanta wysokogórskich namiotów, śpiworów i odzieży dla wspinaczy. Himalaizm nigdy nie był i nie będzie łatwy, ale pionierzy jechali w nieznane, co jeszcze bardziej windowało poprzeczkę.

Pokazujesz nie tylko historię ludzi, idealistów, marzycieli. Zwracasz uwagę, że wyprawa w góry to także polityka, gdzie potrzebne są sprytne zabiegi dyplomatyczne.

- Z zachowanych dokumentów, krążących na linii Warszawa-Londyn-Bombaj, widać jak wiele wysiłku w zorganizowanie wyprawy włożyli nie tylko przedstawiciele środowiska taternickiego, ale też dyplomaci. Wyzwanie było ogromne, chociażby z racji tego, że przed wojną w Himalajach i Karakorum działało o wiele mniej ekip niż obecnie. Zgodę na daną górę otrzymywała jedna wyprawa w sezonie, zdarzało się, że przez rok nikt się do jej podnóża nie zbliżał. Dzisiaj baza pod Everestem przypomina tętniącą życiem wioskę. Warto dodać do tego jeszcze to, że był to okres pierwszych szturmów najwyższych gór świata, ze względów prestiżowych np. Brytyjczycy nie wyobrażali sobie, żeby dopuścić kogoś na Everest, zanim sami nie staną na jego szczycie.

Ciekawym wątkiem są pieniądze. Czytamy, że "trudno zdobywać najwyższe góry taniej, niż robią to Polacy".

- Budżety planowanych przez Polaków wypraw były przed wojną, i nie tylko, solidnie wyśrubowane. Liczono każdą złotówkę, żeby sprostać kosztom organizacji i logistyki. Nanda Devi East, jak już wspomniałem, była alternatywą dla K2, ale też wyborem ekonomicznym. Budżet ekspedycji stanowił jedynie ułamek kwoty potrzebnej do zaatakowania drugiej najwyższej góry świata, ale i tak przysporzył organizatorom solidnego bólu głowy. Wyprawa najpewniej nie ruszyłaby z Warszawy, gdyby nie Czesław Klarner, który pożyczył synowi brakującą gotówkę.

Przemysław Babiarz napisał, że czeka na film, bo scenariusz, a miał na myśli twoją książkę, już jest gotowy. Co ty na to?

- Świetny pomysł, ale też szalenie trudne zadanie, bo mam wrażenie, że opowieści górskie, z niewielkimi wyjątkami, zdecydowanie lepiej sprawdzają się w wersji dokumentalnej. Jednak przy mądrym reżyserze można pokazać kawał historii, nie tylko polskiego himalaizmu, przywracając przy tym pamięć szerszej grupie odbiorców o Adamie Karpińskim, Jakubie Bujaku, Stefanie Bernadzikiewiczu i Januszu Klarnerze. A tego nigdy za wiele.  

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje