Reklama

Reklama

Wróżki, szeptuchy, horoskopy... Prawda o polskim rynku usług magicznych

Co siódmy Polak odwiedził wróżkę, ponad połowa czyta horoskopy, a jeden na sześciu jest przywiązany do magicznego amuletu. W internecie z łatwością możemy znaleźć oferty magicznych rytuałów: zapewniających rzucenie palenia, wypędzanie złych duchów z mieszkania, a nawet rzucenia klątwy.

Tomasz Kwaśniewski, nagradzany reporter, w tej książce po raz pierwszy ujawnia ukryte wierzenia Polaków. Sprawdza, jak to możliwe, że w XXI wieku w nowoczesnym kraju nad Wisłą ludzie wciąż korzystają z usług wróżek i jasnowidzów, leczą się u guślarek i szeptuch, piją miłosne napary i zaczarowaną wodę? Dlaczego tak wiele osób szuka pomocy u egzorcystów?

Reklama

By to zrozumieć, autor ruszył śladem osób zajmujących się magią, był w ich gabinetach i domach. Zadał pytania, które większość ludzi bałaby się zadać. Poddał się rytuałom magicznym, uczestniczył w sabatach i poszukiwaniach duchów, rzucił też klątwę na znanego w Polsce profesora.

Tomasz Kwaśniewski - Laureat nagród: Grand Press, Nagrody im. Barbary Łopieńskiej, Nagrody im. Teresy Torańskiej oraz Amnesty International. Reporter "Dużego Formatu".

Wraz z wydawnictwem ZNAK przygotowaliśmy dla państwa trzy egzemplarze książki "W co wierzą Polacy? Śledztwo w sprawie wróżek, jasnowidzów, szeptuch". Aby zdobyć jeden z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe. Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"Wróżka Oriana urzęduje na warszawskiej Pradze, w samym jej sercu. Tam gdzie "Trójkąt Bermudzki", miejsce ze strasznych najstraszniejsze.

Jadę.

Świeci mocne złote sierpniowe słońce, jest gorąco, aż drga powietrze.

Parkuję w uliczce, która jest tak mała, że można ją przejść w minutę.

Samochód mam czerwony, nie sposób więc w nią wjechać niezauważenie, a już tym bardziej zaparkować.

Nie podnosząc wzroku, najciszej, jak mogę, zamykam drzwi, a i tak mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią.

Przechodzę w cień, wyciągam telefon, jeszcze pięć minut do spotkania. Może nikt mnie nie zaczepi, nie zapyta: ej, co tu robisz? Bo jak zapyta, to co odpowiem? Że czekam na wróżkę?

Ale na razie czekam. Ogromnie przy tym się denerwując. Jakbym robił coś niestosownego.

Próbując się uspokoić, skupiam się na tym, co dookoła. A uliczka naprawdę jest niebywała. Z jednej strony blok, jakby nowszy, z drugiej - stare, zniszczone kamienice. O, akurat przez okno jednej z nich, to na parterze, wychodzi sobie dziecko. A za nim drugie.

Piętro wyżej jakiś chłopak w sportowych spodenkach i z gołym torsem zapala papierosa. W ogóle większość mężczyzn, chłopaków, którzy gdzieś tam stoją, świeci nagim torsem.

O, a teraz środkiem ulicy na rowerach jadą dzieciaki, takie dziesięcioletnie. Już mnie zauważyły, coś do mnie krzyczą, w stylu: "A ty to, kurwa, co?".

Za minutę piętnasta. Dzwonię więc domofonem. Cisza. No to dzwonię na jej komórkę. Wróżka Oriana przeprasza, ale jest w sklepie, robi zakupy, trochę się zasiedziała, zaraz będzie. Wchodzę więc do sklepiku, kupuję wodę. A potem, dając sobie pretekst do tego stania, zapalam papierosa. I wtedy na drugim końcu uliczki pojawia się para. Słońce, kurz, a oni jak z włoskiego filmu z lat siedemdziesiątych. On w garniturze, ale właśnie takim jak wtedy, potężny i łysy. Ona wysoka, o kobiecych kształtach. W ogromnym kapeluszu, długiej sukni w kwiaty, z wycięciami odsłaniającymi nogi, biodra, i plecy.

Zabłąkani turyści?

 - Pan do mnie? - pyta kobieta.

 - Wróżka Oriana? - Rozdziawiam usta.

 - Tak, a to mój przyjaciel, Włoch, ale mówi po angielsku - przedstawia łysego w marynarce.

A potem naciska klamkę, wchodzimy do bloku.

Do windy.

I sytuacja przez chwilę robi się już zupełnie absurdalna, bo ani ja, ani Włoch nie mówimy zbyt dobrze po angielsku, a jednak mówimy. Trochę o pogodzie. Że ciepło. A nawet gorąco. No, a przecież zarówno on, jak i ja wiemy, że zaraz wejdę do mieszkania jego przyjaciółki, która wygląda jak jego kochanka, i ona będzie ze mną rozmawiać o energiach i duchach, bo jest... wróżką.

No właśnie, czy on w ogóle wie, że przyszedłem do niej, bo ona jest wróżką?

A jeśli tak, to co o mnie myśli?

Tymczasem Oriana przekręca klucz w zamku, dwa pokoje, z kuchnią. Do tego drugiego, należącego do jej córki, nie wejdę nigdy. Zatrzymam się w tym pierwszym, połączonym z kuchnią - zaraz go wam opiszę.

Zaraz, bo póki co ląduję na pufie, a Włoch na balkonie - przecież jest gorąco, a wróżka musi porozmawiać ze mną.

 

Kuchnia jest zwyczajna: szafki, kuchenka, lodówka, jak wszędzie. Tam też chwilowo krząta się wróżka. Bardzo energicznie. Mam więc czas i jej zgodę, żeby rozejrzeć się po pokoju. Jest kanapa, przed nią niski stolik, i puff, na którym siedzę. Pod oknem stół, drewniany, przykryty serwetą w zielone gwiazdki...

 - Jesteśmy w miejscu, w którym pani przyjmuje? - pytam.

 - Tak, tak, tu pracuję - odpowiada wróżka Oriana, wyjmując z lodówki białe wino. To dla Włocha. - Wcześniej miałam lokal na Ząbkowskiej, ale go zamknęłam. Potężne rachunki, bo tam ogrzewanie elektryczne, po prostu zabiły mnie w zimę.

 - A jak przychodzi klient, klientka, to gdzie pani siada?

 - Przy tamtym stole. - Wskazuje ten pod oknem. - Mam na nim karty, zapalam świece, kadzidła. Obok sadzam klienta, klientkę - mówi, zalewając jakiś napar wrzątkiem. To dla mnie.

Po prawej stronie stołu, w kącie, krzesło...

 - To jest moje miejsce, na nim nikt nie siada. O, a tu pan widzi? - Podchodzi, wskazuje palcem, wiszący na ścianie tuż za tym jej krzesłem mały rokokowy taborecik. - Jak ktoś mnie pyta, do czego służy, to mówię, że na nim siadam, gdy klientów przyjmuję. - Wybucha perlistym śmiechem.

 - Że niby na ścianie? - upewniam się, czy zrozumiałem.

 - Właśnie.

Obok stołu, pod ścianą regał, a na nim książki. Na przykład Elektrotechnika ogólna i samochodowa...

 - To po moim eks - rzuca wróżka Oriana.

Są też Dzieje sztuki polskiej...

 - Te moje książki, specjalistyczne, to niżej.

Miłość i wolność poza ciałem, Energia planet, Czego nie powie psycholog, Feng shui, Podróże duszy, Wielki sennik...

Dzwoni telefon.

 - Bardzo przepraszam, ale u mnie telefon dzwoni bez przerwy, niestety, nie mogę go wyłączyć... Halo? Beatka? Słuchaj...

 

Wszystko już ogarnięte, więc wróżka może się skupić na mnie. Siada naprzeciwko, na kanapie, związuje czarne włosy w kucyk, zakłada nogę na nogę, zapala cienkiego papierosa.

 - Na tym pani wróżebnym stoliku zauważyłem kryształową kulę. To jest ta kula? - pytam.

 - Tak, ale ja akurat nie pracuję z kulą, ona jest tutaj jako dekoracja. Praca z kulą jest bardzo niebezpieczna. Są osoby silnie wyczuwające byty wysokie, ja bardzo mocno wyczuwam niskie, a przez pracę z kulą, tak samo jak z wahadłem, łatwo je ściągnąć.

 - A co to są te byty niskie?

 - Jak by to panu wyjaśnić... Jest coś takiego jak duch, jak demon, jak byt, jak wampir energetyczny. Po prostu są różne poziomy energetyczne, różne światy. No, a byty niskie nie są ani duchami, ani demonami, to jest coś pomiędzy... Kurczę, jak ktoś w tym nie jest, to nie zrozumie.

 - To się jakoś widzi? - próbuję zbudować most.

 - Nie, nie, to się czuje. Znaczy moja córka, piętnastolatka, na przykład widzi duchy.

 - W sensie?

 - No, duchy. Na przykład dzwoni do mnie i mówi: "Mamo, coś łazi po mieszkaniu". I wtedy ja: "Dobra, zapal białą". Białą świecę, białą szałwię, bo biel jest kolorem oczyszczenia.

 - I wtedy to odchodzi?

 - Zazwyczaj, bo czasami trzeba zrobić porządne oczyszczenie i to coś po prostu wyrzucić z chałupy. W każdym razie ona je widzi. Przez pół roku przychodził do niej chłopiec, siadał na łóżku, zaczepiał.

 - To niedobrze?

 - Oczywiście, przecież ona ma piętnaście lat, się rozwija, hormony, wszystko. A duchy bez względu na to, czy pozytywne czy negatywne, jednak w jakiś sposób, no, ciągną tę energię z ludzi. Znaczy do niej nie przychodzą byty złe, demony. Do niej przychodzą duchy. I zazwyczaj są to duchy młodych ludzi. Natomiast ja nie widzę. Ja wyczuwam, że jest coś w domu. I to nie jest duch, tylko byt niski, który chce się przyczepić, przykleić i żreć energię.

 - Taka pchła? - próbuję to jakoś zwizualizować.

 - O, właśnie - cieszy się wróżka Oriana. - Ja to nazywam robaki astralne, takie energetyczne.

 - A te wysokie byty?

 - To są anioły, dusze świetliste, przewodnicy duchowi. I je też wyczuwam. Poza tym musi pan wiedzieć, że wbrew temu, co się o wróżkach mówi, jestem bardzo wierząca. Tylko nie w Kościół! Kościół jest dla mnie instytucją, nie znoszę Kościoła. Ale wierzę głęboko w Boga, w Jezusa, jak zresztą widać. O, tu, proszę, na ścianie jest Matka Boska, a tam Jezus.

 - A ta wisząca obok mandala?

 - Energetyczna, poprawiająca humor.

 - Pani ją namalowała?

 - Nie, ja malowałam te dwa anioły, co wiszą na ścianie w kuchni. I tego tu psa-anioła. - Wskazuje na obraz bulteriera ze skrzydłami i w aureoli.

 

Oriana to jej pseudonim.

 - W ogóle nie używam imienia z dowodu - mówi. - To imię sobie wyszukałam, jak zaczynałam karierę wróżki. Bo tego swojego, Kasia, to bardzo nie lubiłam. Kojarzyło mi się z taką wiejską Kaśką, z dwoma blond warkoczami. Oriana znaczy złota w sercu i obsypana złotem. Co absolutnie się potwierdza, bo u mnie całe życie jest tak, że zarabiam tylko wtedy, kiedy coś robię z dobroci serca.

 

 - A teraz panu wytłumaczę, czym się różni wróżenie od rozkładania kart. Tylko gdzie są te moje karty klasyczne? Oj, niedobrze, niedobrze... Klasyczne, czyli takie zwyczajne, do gry. O, są. - Oddycha z ulgą. - I teraz jak ma pan karty, to pan je tasuje, tasuje, rozkłada... Ależ sobie wyciągnęłam. Najlepiej, jak można. - Na stole leży dziesiątka karo, siódemka kier, as karo, siódemka karo, dziewiątka karo. - To oznacza kasę. I to dobrą. Wypracowaną, ale dużą.

No więc tak: każda karta ma znaczenie. Dziesiątka karo: duże pieniądze albo majątek nieruchomy. Siódemka kier: szczęście, spełnienie. To jest w ogóle najlepsza karta w talii. Ale jeśli jest odwrócona, a tutaj jest, znaczy, że chwilę na to szczęście trzeba będzie poczekać. As karo: z jednej strony, dokumenty, papiery, ich podpisywanie, a z drugiej, to jest karta komunikacji. Czyli rozmowy, maile, telefony i tak dalej. Siódemka karo: karta hazardu. W pozycji prostej to jakby pan wygrał w totka. Dziewiątka karo: karta pracy, pieniędzy, ale nie takich, co spadają z nieba, tylko wypracowanych. No i teraz zna pan znaczenie kart, ale jeśli pan nie umie wróżyć, to nie potrafi pan połączyć ich w całość. A ja tu widzę po prostu historię.

 - Jaką?

 - Ale to nie było wypowiadane z intencją wróżby, więc się nie liczy.

 

Jeśli chodzi o bezsprzeczne fakty, to one są takie, że Oriana ma lat trzydzieści pięć, z wykształcenia jest technikiem ekonomistą, specjalistką podatkową.

 - Ale nigdy nie pracowałam w zawodzie. - Wróżka Oriana aż dławi się od śmiechu. - Miałam dwadzieścia pięć, jak zaczęłam uczyć się na wróżkę. Bo nie wiedziałam, co dalej ze sobą zrobić. Znaczy wróżką się jest od urodzenia - reflektuje się Oriana. - I ja od dziecka się tym interesowałam. Czytałam książki o duchach, oglądałam filmy fantasy. Przeglądałam horoskopy. Ale wtedy to jeszcze nie było na zasadzie wróżenia, po prostu ciągnęło mnie w tę stronę. Zresztą w mojej rodzinie już wcześniej były wróżki. Dosłownie pięć lat temu się dowiedziałam, że prababcia wróżyła. Z kart klasycznych. Babcia mi w końcu opowiedziała tę historię. Jak to ludzie poszli do księdza, powiedzieli mu, ten zaprowadził prababcię do kościoła, kazał uklęknąć, przysięgać przed krzyżem, że nigdy więcej kart do ręki nie weźmie. Przysięgła i już nigdy nie wzięła.

 - A pani rodzice to czym się zajmują?

 - Ojciec jest stolarzem, mama z wykształcenia magister inżynier prowadzi agencję nieruchomości. I ja też miałam etap, że normalnie pracowałam. Jak każdy biały człowiek, jak to się mówi. Ciężko, po dwanaście godzin. W gastronomii. Zaczynałam jako kelnerka, potem byłam menadżerką w restauracji, a potem w restauracji i w klubie. To był jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Tylko ciężko było. A jednocześnie zgłębiałam wiedzę ezoteryczną. Aż przyszedł moment... Wie pan, praca w gastronomii wykańcza. Siada kręgosłup, kolana. Miałam już tego dosyć. To właśnie wtedy postawiłam wszystko na jedną kartę. Miałam wówczas partnera i pięcioletnie dziecko, ale on wiedział, że jestem zmęczona, zrozumiał to, zaakceptował. Najpierw wróżyłam po koleżankach, znajomych, przy okazji się ucząc; każdy tak zaczyna. A potem się zarejestrowałam na jednym z internetowych portali ezoterycznych. I pomału zdobywałam klientelę. Bo się sprawdzały te moje wróżby.

 - Rozumiem, że na początku to w ogóle trzeba było zarejestrować działalność gospodarczą?

 - Nie, no gdzie, na Boga! Zarejestrowałam się na portalu ezoterycznym, gdzie mi wystawili umowę o dzieło. Tam odbierałam telefony, te siedemsetki, czy esemesy i wróżyłam.

 - Ktoś wcześniej jakoś panią sprawdził?

 - No, pytali, z czego wróżę, ile czasu wróżę, więc można powiedzieć, że tak.

 

 - A w sumie na czym polega to bycie wróżką? - pytam, biorąc łyk tego naparu, który mi przyrządziła.

 - No, jak to na czym?! Człowiek się zaczyna rozwijać duchowo, gałęzi ezoterycznych jest kilkadziesiąt, każdy w końcu musi się określić. Jak zaczynałam, byłam przekonana, że będę kładła tarota, a dziś go nie dotykam. Natomiast jeśli chodzi o karty klasyczne, to jak tylko je wzięłam, powiedziałam: "Fuj". Ale jak już je rozłożyłam, jak mi weszły w rękę, tak nigdy z niej nie zeszły. Idę więc drogą kartomancji.

 - Kartomancji?!

 - Wróżenia z kart, po prostu. A są osoby, które idą na przykład w jasnowidzenie. Rozwijanie intuicji. Bo można się urodzić z darem, ale można też go wypracować, otworzyć czakrę trzeciego oka. Absolutnie nie wyobrażam sobie być jasnowidzem. Dla mnie to jest okropne. Bo ja też miewam wizje, ale się poblokowałam, ja tego nie chcę.

 - Żeby wróżyć, musi się pani wprowadzić w jakiś specjalny nastrój?

 - Muszę być wypoczęta, nie mogę być zdenerwowana i nie mogę być na kacu. Karty po prostu wyciągają energię, więc do wróżenia są potrzebne spokój i naładowane baterie.

 - A te wizje, które pani miewa?

 - Jak na przykład poznaję kogoś, jakiegoś człowieka, to mi się czasem pojawia napis.

 - Nad jego głową?

 - Trudno to opisać... W czasie rozmowy taki jakby napis w 3D mi się wyświetla. Znaczy widzę pana, ale też ten napis, jedno, dwa słowa, rozumie pan?

 - Nie bardzo.

 - Kiedyś na przykład poznałam człowieka, zaczynamy rozmawiać, może z minutę, i nagle taki właśnie napis, pewnie mnie pan wyśmieje...

 - Proszę się nie obawiać.

 - To się pojawia w myślach, naprawdę trudno to określić, że on jest alkoholikiem. A po kilku minutach on już sam z siebie mi to powiedział.

 - Że demony istnieją, to ja wiem - mówi wróżka Oriana w odpowiedzi na pytanie, co tu jest kwestią wiary.

 - Spotkała pani?

 - Miałam na przykład klientkę, która była opętana. Zresztą demona na własne oczy też widziałam, nie raz, nie dwa.

 - Jak wygląda?

 - Tego się nie da opisać.

 - Przyszła ta klientka i co?

 - Od razu wiedziałam, że z nią jest coś nie tak. Bo kładłam jej karty i nie mogłam. Czułam się źle. Aż mi się niedobrze zrobiło. Słabo. Poty jakieś. Mówię: "Dziewczyno, co z tobą?". A ona, że jest świeżo po egzorcyzmie. "I ty do wróżki przyszłaś? Ty się puknij w głowę!", strasznie się zdenerwowałam. "Zasuwaj z powrotem, bo tobie ten jeden egzorcyzm nie pomógł".

 - A to nie można po egzorcyzmie do wróżki?

 - Osoby, które są opętane, i te, które mają problemy psychiczne, nie powinny sobie kłaść kart. W każdym razie ja zawsze odmawiam. Bo z tego są kłopoty. Coś sobie ubzdurają, włożą do głowy słowa, których nigdy nie wypowiedziałam, a potem dzwonią, przyjeżdżają. Nie wiem czemu, ale do mnie schizofreników dużo pisze.

 - A tego demona naprawdę pani widziała?

 - Tak, pojawił się na ścianie jako ciemna plama w kapturze bez twarzy.

 - Tutaj?

 - Nie, tu jest czysto, ostatnio czyściłam, z koleżanką wiedźmą. W innym mieszkaniu.

 - I co pani zrobiła, jak zobaczyła tego demona?

 - No co miałam zrobić, przeraziłam się, a potem zaczęłam się modlić. Bo to tylko modlitwą. Ojcze nasz, Zdrowaś, Mario.... Mam też specjalną na to modlitwę, bardzo silną, do archanioła Michaela z Wielkiej księgi aniołów. Zaraz panu pokażę. - Bierze leżącą na półce białą kopertę, wyciąga z niej kartkę. - Proszę zobaczyć.

 - "Święty, Święty, Święty. Pan Bóg Zastępów. Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej. Hosanna na wysokości. Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie...", to jest to? - pytam, wróżka potakuje, więc czytam dalej. - "Niech będzie pozdrowiony wielki książę niebiańskiego wojska archanioł Michael, ustanowiony przez Boga na wodza armii, któremu jest dana siła, by walczyć ze złem i złu się sprzeciwiać..." - Wróżka zamyka oczy. - "Poprzez święte imię El Szaddaj, wzywam Cię, broń mnie...", a ja to w ogóle tak mogę czytać czy to też zaraz jakoś zadziała?

 - Jak jest tu jakiś demon, to zadziała.

 - "Poprzez święte imię Adonai, wzywam cię, osłoń mnie. Poprzez święte imię Pana Zastępów, wzywam cię, walcz o mnie. Bo ty jesteś ten, któremu zaufałem, w tobie położyłem wszelkie nadzieje...". No dobrze, a teraz...

 - Co?! Niech pan czyta do końca!

 - Ale...

 - Nie ma: "Ale!". Zaczął, trzeba skończyć!

 - "Wielkie i święte jest imię Pana, ten, kto w jego imieniu prosi, dostanie, i dla jego imienia prośba będzie wysłuchana. Amen". A dlaczego to trzeba skończyć?

 - Bo często jest tak, że jak jest jakiś, nie mówię od razu demon, bo demony to są naprawdę potężne sprawy, ale takie właśnie ścierwo energetyczne, to klienci nie są w stanie tego doczytać do końca.

 - Oczy im się wywracają, zaczynają rzęzić...

 - Nie, no po prostu przerywają i nie mogą. Robi im się niedobrze. Słabo. Zaczynają się trząść. A co pan myślał! - Wróżka Oriana się śmieje. - Wszystkim się zdaje, że wróżka to ma high life. Przyjdzie, popieprzy, weźmie dwie stówy i już. My naprawdę ciężko pracujemy. My musimy wejść w energię życia klienta, poczuć wszystko to, co on czuje. Przyjmuję jednego, dwóch klientów dziennie, niech pan pomyśli, ile to historii. Ile problemów. Bo do nas nie przychodzą szczęśliwi ludzie; mam jedną klientkę, na tyle lat, która przychodzi ze mną pogadać, bo mnie po prostu lubi. A tak to są sprawy związane z dramatami życiowymi: ze śmiercią, z rozwodem...

 - A konkretniej?

 - Czy wygram sprawę? Czy mi zostawi mieszkanie? Co z pieniędzmi? Czy mi się uda? Czy matka wyzdrowieje? W jaki sposób naprawdę zmarła jakaś tam osoba? Czy zostanie znaleziony winny?

 

Stówa za pół godziny, dwieście za godzinę, takie stawki ma wróżka Oriana. I to bez względu na to, czy spotkanie odbywa się osobiście czy przez telefon. Wróży też przez Facebooka oraz maila. Tam stawki są ruchome.

 - Wszystko zależy od pytania. Jak proste, to za jeden rozkład kart mogę wziąć trzydzieści złotych. Ale są też kwestie złożone, za które biorę dwieście pięćdziesiąt. Na przykład za pełną analizę partnerską plus rozkład na każdy miesiąc do końca roku.

 - A co to jest ta pełna analiza partnerska?

 - Na przykład pani poznała pana i chciałaby wiedzieć, czy w ogóle jest sens w to wchodzić. Bo kobiety, wiadomo, są poranione. Związki się zaczynają, a potem są rozwody, dramaty, dzielenie majątku. Z ludzi, jak się rozstają, wychodzą najobrzydliwsze rzeczy, proszę pana. Powstaje więc pytanie, czy jest sens znowu się angażować, czy to jest ten i tak dalej.

 - I wtedy?

 - Biorę datę urodzenia tej pani oraz tego pana, sprawdzam ich numerologicznie. Jak się do siebie mają. A potem zodiakalnie. I wreszcie rozkładam karty, sprawdzam, jakie są ich uczucia głębokie, prawdziwe z duszy. A potem patrzę, jaka jest prognoza. Bo ja zawsze mówię, że karty nie są wyrocznią. Nie są Bogiem. Tylko Bóg wie, co będzie. Karty są prognozą. I jeżeli pokazują jakieś trudne rzeczy, to nie po to, żeby człowiek je przeżył. Jak człowiek idzie i widzi kałużę, to może ją obejść. A jak nie widzi, to w nią wejdzie: karty otwierają oczy. Oczywiście pewne rzeczy są zapisane, muszą się wydarzyć, bo taki jest plan konkretnej duszy. Ale to, w jaki sposób człowiek do nich dojdzie, to już zależy od niego.

 - Ludzie myślą, że jak przyjdą do wróżki, to dostaną błękitną pigułkę na całe zło tego świata - mówi wróżka Oriana. - Że im powiem, co mają robić. I jest zaskoczenie, bo ja nie każę, tylko rozmawiam. Sprawdzam prognozy i co najwyżej wskazuję kierunek. Ja widzę ból tego człowieka. Co robi źle, co dobrze, i mu tłumaczę jak krowie na rowie. Mam na przykład klientkę, która się pyta, dlaczego cały czas ściąga nie takich facetów. No to mówię: "Dziewczyno, a w jakim środowisku się obracasz? Kogo ty szukasz?" - absolutnie jej nie oceniam i nie generalizuję, ale jeżeli ona szuka chłopaka na dziwacznych forach, w internecie, na Face­booku i wybiera samych wielkich, wytatuowanych mięśniaków z łysymi głowami, co jeżdżą superfurami, a sama jest plastikową bananową blondyneczką, no to hola, hola, dziewczyno, przecież to gołym okiem widać, w którą ty zmierzasz stronę. Tu nie trzeba kart, żeby przewidzieć finał! Tak z nimi rozmawiam.

 - A jak ktoś chciałby wiedzieć, czy będzie bogaty?

 - To rozkładam karty i przede wszystkim patrzę, czy musi wypracować te pieniądze, czy coś mu z nieba spadnie, czy w ogóle będzie bieda do końca życia.

 - Ale przecież jak pani mu powie, że spadną z nieba, to on się może tym zasugerować, zostawić pracę i już nic, tylko czekać.

 - Nie, nie, to w ogóle tak nie działa. Ja, wbrew pozorom, jes­tem wróżką bardzo twardo stąpającą po ziemi. Jeżeli więc ktoś pyta, kiedy znajdzie nową pracę, i mi wychodzi w kartach, że na przykład za trzy miesiące, to mówię: "Tylko ty nie czekaj, Ziutek. Nie myśl, że przyjdzie pan prezes, zapuka do drzwi. Ty masz od dziś aktywnie zacząć szukać pracy! Wysyłać CV!". I jeszcze w kartach sprawdzam, czy on ma tej pracy szukać raczej po znajomości czy przez ogłoszenia. I tu nie ma przebacz. Że będziesz siedział przez trzy miesiące na dupie i ostatniego dnia ci ta praca spadnie. Nie! Masz wysyłać, szukać, szkolić się i wtedy za trzy miesiące będziesz miał fantastyczną pracę.

 - A jak on tego nie zrobi?

 - To nie będzie! A co spada z nieba?

 - Spadki.

 - Mam taką historię. Pracowałam wówczas w telewizji, zadzwoniła kobieta, mówi: "Pani Oriano, rok temu pani mi powiedziała, że pieniądze mi z nieba spadną, że dostanę spadek". Tak na antenie do mnie mówiła. "Odłożyłam słuchawkę, myślę: co za debilka, jaki spadek, nie mam od kogo. No i dwa miesiące temu dostałam". Tak że wie pan, czasem się zdarza."

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje