Wzruszająca podróż do przeszłości

Halina Rubin urodziła się w przededniu II wojny światowej. Z dzieciństwa pamięta dramatyczną ucieczkę w głąb Związku Radzieckiego i leśne życie wśród partyzantów. Zdołała przetrwać dzięki odwadze i zaradności swej matki, która dokonywała cudów, żeby chronić córkę, a jednocześnie opiekowała się rannymi żołnierzami. Po wojnie rodzina zamieszkała w Warszawie, jednak w 1968 roku zmuszona była wyruszyć w kolejną podróż, by w dalekich krajach zaczynać życie od nowa.

Po śmierci rodziców Halina przez wiele lat nie dotykała dwóch zakurzonych pudeł z ich listami, dokumentami, zdjęciami i notatkami. Dopiero za namową córki zajrzała do nich i zaczęła odkrywać szczegóły traumatycznej historii rodzinnej. Żeby dowiedzieć się więcej, wyruszyła w intymną podróż do dawno zapomnianych miejsc, śladami swojej niezwykłej matki.

Reklama

Wraz z Wydawnictwem "Czarne" przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki. Aby zdobyć jeden z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

Wcześniej polecamy fragment książki.

FRAGMENT:

Halina Rubin

CZAS ODNALEZIONY. PODRÓŻE Z MOJĄ MATKĄ

Przełożył Krzysztof Środa

"Jestem przejęta. Haneczka, która wciąż mieszka w Warszawie, odnalazła oryginał świadectwa urodzenia mojej matki. Dzięki temu wiem już teraz, że pewnego styczniowego dnia moja babka Brana Szlang przyjechała z Warszawy do Grodziska Mazowieckiego i udała się do urzędu stanu cywilnego. Zjawiła się tam o dziesiątej rano - urząd był niedaleko stacji kolejowej - żeby złożyć zawiadomienie o narodzinach córki Sury.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że w styczniu Sura miała już dwadzieścia siedem lat. Brana zwlekałaby pewnie jeszcze dłużej z rejestracją dziecka, gdyby nie to, że moja matka - bo o nią chodziło - potrzebowała paszportu.

Patrząc na dokument, wyobrażam sobie tamtejszego urzędnika, jak bierze głęboki oddech, żeby wypisać, nie zaprzątając sobie głowy przecinkami, długie, zawiłe zdania. Ta poetycka niemalże proza zapisana starannym kaligraficznym pismem wypełnia cały arkusz.

Korzystając z okazji, Brana zarejestrowała też drugą córkę, dwudziestoośmioletnią Tosię. Wygląda na to, że urzędnik był znużony. Oba dokumenty kończą się tą samą oschłą uwagą: "Zwłoka w sporządzeniu aktu urodzenia jest skutkiem zaniedbania rodziców".

Do tej pory nie miałam pojęcia, że mama urodziła się w Chrzanowie koło Grodziska Mazowieckiego. Nie wiedziałam też, że została nazwana Surą. Wszyscy mówili na nią Ola, ponieważ oficjalnie miała na imię Aleksandra.

W tamtych czasach ta część Polski znajdowała się pod panowaniem cara Mikołaja II, a Chrzanów był małą wioską bez bitych dróg i bez elektryczności. W 1911 roku, kiedy urodziła się moja matka, zginął w zamachu Piotr Stołypin, premier Rosji, zwany rzeźnikiem rewolucji 1905 roku, a Żyd Mendel Bejlis został oskarżony o zamordowanie ukraińskiego chłopca, którego krew miał jakoby wykorzystać do celów rytualnych. Wydarzenia te zaciążyły na losie Żydów, wywołując wrogość i wzniecając pogromy.

Fotografie babci Brany i dziadka Hersza nie przetrwały wojny, więc tylko z opowiadań matki wiem, jak wyglądali. Hersz Szlang - szczupły, brązowooki, z przystrzyżoną szpakowatą brodą - wydaje mi się przystojniejszą wersją dziadka ze strony ojca, Henocha, którego fotografię mam w swojej kolekcji. Hersz nosił garnitury i poza wydarzeniami religijnymi nakrywał głowę zależnie do pory roku i mody. Brana nie nosiła peruki, a długie czarne włosy zwijała na karku, nie przykrywając ich wcale. Wszyscy w tej rodzinie byli ciemni, tylko moja mama Ola urodziła się jasnowłosa, niczym jakiś podrzutek. Z powodu wyglądu często brano ja za sziksę. Podczas wojny okazało się to darem niebios.

Kiedy dziadkowie przeprowadzali się do Warszawy, musiało im się nieźle powodzić. Sień kamienicy, w której zamieszkali na Nalewkach, widna od światła wpadającego przez kolorowe szyby, była przestronna i zachęcała do wejścia. Nastoletnia Ola szybko polubiła zjeżdżanie po poręczy schodów. Pewnego dnia straciła równowagę, spadła i zawisła nad schodami po drugiej stronie barierki. Trzymając się jej desperacko, wzywała pomocy. Na szczęście ktoś akurat wchodził na górę. Ale zamiast jej pomóc, mężczyzna, z tych, co zawsze mają rację, udzielił jej napomnienia:

- Dobrze ci tak, będziesz miała nauczkę, panienko.

Była to pewnie jej pierwsza lekcja hartu ducha - musiała poradzić sobie sama.

Przestronne mieszkanie Szlangów na trzecim piętrze miało półkolisty balkon. W każdym pokoju stał opalany węglem kaflowy piec. W tamtym czasie mieszczański dom nie mógł się obyć bez masywnego kredensu, w którym stały kryształowe karafki, srebrne świeczniki i delikatne figurki z porcelany; trzymano tam też odświętny serwis obiadowy i sztućce używane wyłącznie przy uroczystych okazjach. Nie sądzę, żeby styl dziadków przypadł mi do gustu - sofy i pluszowe kotary, chodnik z dwoma czerwonymi pasami, wszystko w tym samym odcieniu wyblakłej zieleni, no i nieodzowne fikusy w donicach ustawionych na drewnianych stojakach. Potem w naszym domu mama również trzymała jakieś koronkowe serwetki i wciąż modne kryształy. Czasami je chowałam, ale zawsze wracały na swoje miejsce. A teraz jestem jak ona - przechowuję pamiątkowe przedmioty, nawet te najbardziej banalne.

Rodzina dziadków była konwencjonalna nie tylko pod względem wystroju wnętrz, ale i ścisłego rozdziału ról małżeńskich. Hersz zarządzał farbiarnią, Brana zajmowała się domem. W każdy piątek świętowali szabas. Sześcioro dzieci - pięć córek i jedyny syn, najmłodszy z nich wszystkich - stawało z nimi przy zasłanym białym obrusem stole, a światło świec odbijało się na ich twarzach. Wyobrażam sobie wzruszenie, gdy otrzymywali od rodziców błogosławieństwo.

W domu dziadków obowiązywało wiele religijnych nakazów. Kuchnia była koszerna. Szabas uznawano za dzień szczególny, dzień spotkania z Bogiem, dlatego też wtedy nie wolno było wykonywać jakiejkolwiek codziennej pracy. Kiedy więc udawali się z wizytą do Sary, siostry Brany, która mieszkała z mężem na Pradze, na prawym brzegu Wisły, praktycznie na drugim końcu miasta, nie wsiadali do tramwaju. Bez względu na pogodę szli przez długi most, ciągnąc za sobą dzieci.

Dziadek co tydzień chodził do synagogi. Od babci, jako kobiety, nie wymagano tak częstego obcowania z Bogiem ani znajomości Talmudu. Uroczyście obchodzono Jom Kippur. Hersz spędzał wtedy cały dzień w synagodze, a cała rodzina pościła. Najbardziej wzruszające wspomnienia mama zachowała z Paschy. Najpierw wszystko czyszczono i myto, a potem z czeluści kredensu wydobywano porcelanę i srebrne sztućce. Każde z dzieci obdarowywano nowym kompletem ubrań. Tosię i Olę, które dzieliły zaledwie dwa lata, ubierano niemal identycznie.

Jestem wypadkową zmian, jakie zachodziły w trzech poprzednich pokoleniach. Moi pradziadkowie byli ortodoksyjnymi Żydami, dziadkowie żyli w tradycji żydowskiej, rodzice natomiast byli ludźmi najzupełniej świeckimi. Trudno mi uwierzyć, że tym radykalnym zmianom nie towarzyszyły gorzkie konflikty."

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje