Reklama

Reklama

Łódź: Zażalenie na umorzenie sprawy zburzenia zabytkowej zajezdni

Łódzka prokuratura wniosła zażalenie na decyzję sądu rejonowego, który uznał, że właściciel terenu b. zabytkowej zajezdni w Łodzi, wyburzając jej budynki, nie popełnił przestępstwa i umorzył sprawę.

Sąd Rejonowy dla Łodzi Widzewa uznał, że właściciel nieruchomości Roman B. był przekonany, iż niszczy obiekt, który nie jest zabytkiem. Od tego nieprawomocnego postanowienia odwołała się do Sądu Okręgowego w Łodzi prokuratura, która oskarżyła B. o zniszczenie zabytku. Grozi za to kara do pięciu lat więzienia i nawiązka na cele społeczne w wysokości do 30-krotnego, minimalnego wynagrodzenia.

Reklama

Zdaniem śledczych zebrane dowody wskazują, iż oskarżony wiedział, że niszczy zabytek i dopuścił się przestępstwa zniszczenia zabytkowej zajezdni.

- Nie jest prawdą, że oskarżony nie miał świadomości, że jest to zabytek. W tej sprawie powinno być przeprowadzone postępowanie dowodowe, a następnie wydany wyrok - powiedział rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej Krzysztof Kopania.

Zajezdnia z zespołem hal postojowych u zbiegu ulic Dąbrowskiego i Kilińskiego powstała w 1928 r. Jest wpisana do gminnej ewidencji zabytków. Trzy lata temu teren został sprzedany prywatnemu inwestorowi; w styczniu 2011 obiekt zamknięto, a tramwaje przeniesiono do innych zajezdni w mieście.

Kilka miesięcy później Wojewódzki Konserwator Zabytków nakazał wstrzymanie prac rozbiórkowych na terenie starej zajezdni, ponieważ prowadzono je bez jego zgody. We wrześniu ubiegłego roku. właściciel terenu rozebrał jednak budynki.

W związku z tym zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożył na policję WKZ. Później do prokuratury wpłynęło też zawiadomienie b. ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego oraz sześciorga łódzkich radnych. Podkreślali oni, że obiekt był wpisany do ewidencji zabytków.

Właściciel obiektu Roman B. został oskarżony przez prokuraturę o zniszczenie zabytku, wpisanego do gminnej ewidencji zabytków, poprzez polecenie jego rozbiórki. Nie przyznał się do winy. Po wyburzeniu przesłał do niektórych mediów oświadczenie, w którym podkreślił, że "ruiny te służyły tylko podejrzanym elementom zbieraczy złomu, którzy systematycznie rozbierali stalowe konstrukcje". Zaznaczył, że teren jest prywatny, a decyzja o wpisaniu budynku do rejestru zabytków została uchylona prawomocnym wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Do tego argumentu przychylił się także Sąd Rejonowy dla Łodzi Widzewa, który na początku maja umorzył postępowanie przeciw Romanowi B. "wobec braku znamion czynu zabronionego". W ocenie sądu "oskarżony działał w usprawiedliwionym przekonaniu, że niszczy rzecz, która zabytkiem nie jest" - poinformowała Grażyna Jeżewska z biura prasowego Sądu Okręgowego w Łodzi.

Zdaniem sądu rejonowego "przekonanie oskarżonego wynikało z biernej postawy organów administracyjnych powołanych do ochrony zabytków". Sąd zaznaczył, że we wrześniu 2012 r. status zajezdni wyznaczał wyrok WSA w Warszawie uchylający decyzję o wpisie obiektu do rejestru zabytków i stwierdzający, że nie podlega ona wykonaniu.

Jak podkreślił prok. Kopania, wynikająca z przepisów Ustawy o ochronie zabytków definicja zabytku, nie uzależnienia możliwości uznania danej nieruchomości za zabytek od dokonania wpisu do jakiejkolwiek ewidencji czy rejestru. Zgodnie z tą definicją zabytek to nieruchomość lub rzecz, której zachowanie "leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową".

- Takie wymogi właśnie spełnia zajezdnia tramwajowa przy ul. Dąbrowskiego, która w 2007 r. ujęta została także w gminnej ewidencji zabytków - ocenił rzecznik prokuratury.

Według śledczych Roman B. - wbrew twierdzeniom sądu - wiedział o tym, że kupiony przez niego obiekt jest zabytkiem. Jak wyjaśnił Kopania, chociażby w 2011 roku właściciel stwierdził, że w związku z postępująca dewastacją zajezdni, której nie mógł zapobiec oraz brakiem możliwości zaadaptowania obiektu na nową działalność gospodarczą, zaproponował przekazanie go po opiekę Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Łodzi. Prowadził też rozmowy ws. zbycia zajezdni poprzedniemu właścicielowi.

Dwa lata temu na terenie zajezdni wybuchł pożar. W jego wyniku spłonęło ok. 4,5 tys. m kw. dachu, a straty wyniosły ponad 1,5 mln zł. Biegły ds. pożarnictwa uznał, że przyczyną pożaru mogło być podpalenie. Śledztwo został jednak umorzone, ponieważ nie udało się ustalić sprawców.

Informację o wyroku sądu podał we wtorek "Dziennik Łódzki".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje