Reklama

Reklama

Miałam 16 lat, gdy zostałam mamą

Chodziła do szkoły, na imprezy i spotkania ze znajomymi. Miała przyjaciół, małe pasje i piątki w dzienniku. Była zwyczajną szesnastolatką, która miała nastoletnie radości, problemy i plany. Jedna wiadomość sprawiła, że świat się zawalił.

Furia, strach i wstyd - taka była pierwsza reakcja Julii, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Była wtedy szesnastoletnią dziewczyną zupełnie nieprzygotowaną do macierzyństwa. - Moja córka urodziła się w sierpniu 2005 roku, a ja w październiku tego samego roku skończyłam 17 lat. Chłopak, z którym wtedy chodziłam był moją wielką miłością - zaczyna swoją historię Julia.

Reklama

Tak jakoś wyszło...

- Poznaliśmy się w liceum. Razem siedzieliśmy w szkolnej ławce, dużo gadaliśmy, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i tak się zaprzyjaźniliśmy. Po przyjaźni przyszła miłość. Zakochaliśmy się w sobie i po kilku tygodniach zostaliśmy parą. Nasz "pierwszy raz" nie był zaplanowany. Po prostu jakoś wyszło... Oczywiście zabezpieczyliśmy się, ale... jak widać nieskutecznie - opowiada Julia.

Jedno wydarzenie zadecydowało o całym życiu dziewczyny. Przerażona tym, co będzie dalej powiedziała rodzicom.

- Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży najpierw wpadłam w furię, potem prawie pobiłam Dominika krzycząc, że to on jest wszystkiemu winien. Potem poczułam niesamowity lęk przed tym, jak powiedzieć o tym mamie i tacie. Nie miałam wyjścia. Powiedziałam rodzicom kilka dni po tym, jak się dowiedziałam. Pamiętam, że było Boże Narodzenie i miałam straszne wyrzuty, że niszczę je rodzinie, ale... cóż. Tata najpierw wpadł w szał, mama zaczęła płakać. Potem zachowali się bardzo w porządku. Usiedliśmy wszyscy razem: ja, Dominik, moi rodzice i rodzice Dominika i ustaliliśmy, co dalej w tej sytuacji. Bardzo długo było mi żal rodziców, bo widziałam, że się martwili o moje zbyt szybkie wejście w dorosłość. Wtedy było mi strasznie wstyd, że ich zawiodłam - opowiada Julia.

Niektórzy nazywali mnie dziwką

Julia nie została potępiona przez rodziców i nauczycieli. Miała wsparcie chłopaka i przyszłych teściów. Jej stanem interesowały się koleżanki i wiele z nich nie zostawiło Julki samej. Były jednak i takie, które mówiły o niej: dziwka.

- Rodzina mnie wspierała, ale początkowo łypali na mnie wzrokiem, czułam się nieswojo, ale szybko wszyscy zrozumieliśmy, że nie ma odwrotu. Nie przerwałam szkoły. W czerwcu skończyłam pierwszą klasę liceum. W sierpniu urodziłam Karolcię, a w październiku już wróciłam do szkoły. Ciąża przebiegała prawidłowo, więc nie musiałam rezygnować z lekcji. Jeśli czasem gorzej się czułam, to koleżanki pomagały mi w odrabianiu zaległości.

- Dyrekcja i nauczyciele też wyciągnęli do mnie rękę. Po narodzinach córki miałam indywidualny tok nauczania. Wszystko toczyło się dobrze. Chociaż były koleżanki (takie, z którymi nigdy się nie lubiłyśmy), które mówiły o mnie "puszczalska" i "dziwka"- opowiada Julia.

Nagle wszystko stało się trudne

- Nie byłam zupełnie przygotowana na narodziny mojego dziecka. Strasznie się bałam wszystkiego. Strach związany z porodem mieszał się ze strachem o to, czy sobie poradzę, co będzie dalej, czy dziecko będzie zdrowe i czy mnie nic się nie stanie. Mama i Dominik bardzo mnie wspierali, przekonywali, że będzie dobrze. Mimo to było mi bardzo trudno. Ciągle musiałam walczyć ze zmęczeniem, a tu kolejna klasówka, sprawdzian, nauka. Uparłam się, że jednak zaliczę pierwszą klasę, że nie przerwę nauki - mówi Julia.

Kiedy jej koleżanki przeżywały swoje pierwsze miłości, wychodziły na imprezy i bawiły się w gronie przyjaciół, ona zostawała w domu z dzieckiem. Czas spędzała w otoczeniu pieluch, smoczków, butelek. Na początku nie wiedziała jak trzymać dziecko, bała się je ubrać, by nie zrobić krzywdy.

- Czasem wychodziłam do kina, a Karolcia zostawała pod opieką mojej babci. Babcia pomagała mi przy dziecku, gdy chciałam odpocząć lub miałam dużo nauki. To nie było łatwe. Moje kontakty bardzo się ograniczyły, straciłam wielu znajomych, bo nie miałam dla nich czasu. Na początku było mi żal spotkań, wspólnych wyjść, ale... jeden uśmiech córki wynagradzał mi wszystko. Inne rzeczy stały się dla mnie ważne. Umieć pogodzić naukę z opieką nad małą to było wtedy najważniejsze i żeby... nie popsuło się między mną a Dominikiem - mówi Julia.

16 lat to nie wiek na zakładanie rodziny

Dziś, po sześciu latach Julia jest szczęśliwa żoną i mamą. Wzięła ślub z Dominikiem, zamieszkali razem. Chłopak zdobył pracę, a Julia jest na drugim roku studiów.

- Mnie dzięki wsparciu udało się. Dziś najważniejsza jest dla mnie rodzina, którą musiałam założyć tak wcześnie, i zdrowie mojego dziecka. Mnie wszystko się ułożyło, ale 16 lat to nie jest wiek na zakładanie rodziny. Dojrzałość mentalna w tym wieku nie jest możliwa. Tak szybko trzeba dorosnąć i wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka. Dziś inaczej patrzę na macierzyństwo. Chciałabym przekazać Karolci tyle miłości, ile tylko mogę. Poza tym wcześnie zacznę rozmawiać z nią o rozwoju seksualnym człowieka. Chcę, by młodość spędziła jako typowa nastolatka - kończy rozmowę Julia.

Historia, (dziś 22-letniej) Julki ma pozytywy przebieg. Jednak można mówić o niej jako o wyjątku. Często historie nastoletnich mam nie kończą się dobrze.

- W naszej placówce na szczęście nie często zdarzają się takie sytuacje, ale się zdarzają. Najczęściej na tzw. ucieczkach z nowo poznanym chłopakiem lub w desperackiej pogoni za miłością, bliskością - mówi Anna Boduch, dyrektor Pogotowia Opiekuńczego w Piotrkowie.

Nie zawsze kończy się happy endem

- Zazwyczaj dziewczyny z naszej placówki, kiedy dowiadują się, że są w ciąży, to deklarują silną chęć zajęcia się swoim dzieckiem. Chcą podołać temu zadaniu, zmierzyć się z tym trudem. Życie niesie ze sobą różne sytuacje i często jednak nie potrafią udźwignąć tej zmiany. Do tego dochodzi brak wsparcia i niedojrzałość emocjonalna. To wszystko powoduje, że to się nie kończy pozytywnie, mimo wcześniejszych deklaracji. Oprócz pomocy potrzebna jest też dziewczynie ogromna wiara w to, że sobie poradzi, że wszystko się ułoży. Nie tylko pomoc materialna jest niezbędna - mówi Anna Boduch.

Często mimo pomocy placówki, wychowawcy, psychologa, wsparcia materialnego i pomocy w organizacji urzędowych spraw, nie udaje się dziewczynie opiekować dzieckiem tak, jak powinna. Niedojrzałość obojga młodych rodziców okazuje się zbyt duża.

- W ostatnim czasie dwukrotnie okazało się, że dziewczyny z naszej placówki zostaną młodocianymi mamami. W jednym przypadku wszystko wskazywało na to, że będzie to bardzo pozytywne zakończenie, że rodzina będzie funkcjonowała i będzie sprawowała opiekę nad dzieckiem. Był ślub i miało być dobrze, ale młodzi ludzie nie poradzili sobie, okazali się niedojrzali. Nie są już małżeństwem - dodaje Anna Boduch.

Potrzebne wsparcie i akceptacja

- Wszystko jest uzależnione od indywidualnej sytuacji. Niestety często zdarza się tak, że dziecko trafia do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Natomiast dziewczyna albo w późniejszym czasie stara się o odzyskanie praw, albo niestety następuje rozdzielenie całkowite i matka przestaje się interesować dzieckiem. Dziecko trafia do adopcji po zrzeczeniu się praw rodzicielskich przez matkę. To jest dobry układ w takiej sytuacji.

- Są też pozytywne zakończenia, kiedy matka dojrzewa i zajmuje się maleństwem tak, jak potrafi. Mamy taki przykład byłej wychowanki placówki. Dziś jej córeczka chodzi do szkoły podstawowej i rodzina dobrze sobie radzi. Pamiętam jednak, ile trudu ją to kosztowało - dodaje dyrektor placówki.

Wsparcie i akceptacja. To dwa elementy, które mogą pomóc poukładać młodocianej matce życie, które w jednej chwili się zawaliło. Miłość i opieka najbliższych spowoduje, że nastolatce będzie zdecydowanie łatwiej - podsumowuje Anna Boduch.

Ewa Tarnowska

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje