Nim zimna koszula obejmie całunem...

Mamy obawiałyby się zostawić z nim swoje córki sam na sam. Grubiańska powierzchowność kryje jednak nieprzeciętną poetycką wrażliwość, a gardziel chowa charakterystyczny głos określany czasem mianem polskiego Toma Waitsa. A to po prostu Marek Dyjak, który znów zawita na koncercie w nowosolskiej Kawiarni Teatralnej. Jak mówi chce się pożegnać...

Marek Dyjak to równie barwna, nieprzewidywalna, kontrastowa, kontrowersyjna, i równie niedoceniana postać sceny polskich bardów. Pojawia się i znika niosąc za sobą wielką tajemnicę.

Reklama

To dobry chłopak lecz troszkę nadużywa papierosów - stwierdził niegdyś jeden z recenzentów jego koncertów.

Ktoś inny napisał: Z wykształcenia monter instalacji sanitarnych (hydraulik). Dyplom ukończył w 1992 r. w pracowni majstra Włoszka (budowa 81, dzielnica Czuby, Lublin). Monotonna praca na budowie zmusiła go, by debiutował. I uczynił to. I to jak. W 1995 r. został laureatem Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie.

W tym samym roku wygrał główną nagrodę na świnoujskiej "Famie". Pochwalić się może doskonałym dorobkiem, lata mijają, ale wciąż jest traktowany jako spóźniony debiutant.

Nie ma szczęścia? Może wydawcom, jak sugerował tygodnik "Polityka" jego twarz zanadto kojarzy się ze społecznym dołem?

A przecież już w 1997 r. wyszła jego debiutancka, rockowa płyta "Sznyty" nagrana z członkami zespołu Maryli Rodowicz.

Jednak wkrótce potem pojawia się zmiana. Nie ostatnia zresztą. W 1998 r. ukazuje się kolejna, tym razem nieco "jazzująca" płyta "Dyjak od wschodu" - nagrana z nowosolskim kwartetem "Konferansjer" - Januszem Lewandowskim, Witkiem Cisło (kompozytorem piosenek innego znanego nowosolanina Krzysztofa Kiljańskiego), Dariuszem Cetnerem i mistrzowskim trębaczem Andrzejem Brychem.

Wydawało się, że świat przed nimi stoi otworem. Słuchaliśmy jego szalonych i magicznych wersji piosenek Mirosława Czyżykiewicza, Jana Wołka, Jana Kondraka, Roberta Kasprzyckiego. Koncerty przypominały energetyczny tajfun. Marek Dyjak zmusił zespół do koncetów nawet w więzieniach. I wtedy... znikł, zamilkł. Znów nie po raz ostatni.

W 2000 r. debiutuje jako aktor. Występuje w "Kalipso" - filmie Adka Drabińskiego w jednej z głównych ról. Rok potem koncertuje wraz z braćmi Cugowskimi, którzy też wówczas pukali do sławy bram. Razem w studio Radia Lublin nagrywają rockową płytę "Odejść w samą porę". Znów nie dzieje się nic. W 2003 r. przenosi się do teatru - komponuje muzykę do przedstawień "Zbrodnia i Kara" oraz "Mistrz i Małgorzata".

Uczy się gry na gitarze i sam przyjeżdża na koncerty. Są nieprzewidywalne - raz pełne magii, a raz niczym rozpaczliwe łapanie powietrza przerwane w pół dźwięku. W 2004 roku Dyjak powraca muzycznie do Nowej Soli. Między innymi z Januszem Lewandowskim, Witkiem Cisło i saksofonistą Januszem Brychem nagrywa jazzową płytę "Ostatnia" z wersją piosenki Mieczysława Fogga "Ta ostatnia niedziela".

M. Dyjak tłumaczył często, że ten znany przedwojenny szlagier upodobali sobie samobójcy. To zresztą dobitnie uzupełniało dekadencką nutę jego twórczości. Znalazł nowy element scenicznej ekspresji - trąbkę przepasaną czarną szarfą, na której wygrywał rwane frazy z właściwą sobie pasją. Teraz przyjedzie znów. W aurze swoistego niedopowiedzenia, z "piosenkami nie na sprzedaż".

Czwartkowy koncert w Kawiarni Teatralnej (23 sierpnia o godz. 19.00) ma być podziękowaniem dla tutejszych przyjaciół i nowosolan za długie lata współpracy i serdecznej gościny. Jest częścią trasy po serdecznych dla Marka miejscach w Polsce. Coś znów niepokojącego czai się w tej zapowiedzi.

Wojciech Olszewski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy