Reklama

Reklama

Dla tego miasta nie ma nadziei

- Łódź już nie wróci na drugą pozycję wśród miast o największej liczbie mieszkańców. Dlaczego? Tłumaczy doktor Piotr Szukalski, demograf z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego.

Andrzej Adamczewski: Na trzecie miejsce rankingu największych miast zepchnął nas Kraków. Jest szansa na powrót na drugi stopień podium?

Reklama

Doktor Piotr Szukalski: - Nie ma takiej możliwości i to z kilku powodów. Wystarczy spojrzeć na historię demograficzną Łodzi. Dwadzieścia osiem czy trzydzieści lat temu typowa mieszkanka Krakowa rodziła półtora dziecka, a typowa łodzianka zaledwie jeden przecinek dwie dziesiąte. Już tylko te dane rzutują na to, że dziś liczba matek, które mogą rodzić dzieci jest dużo niższa w Łodzi niż w Krakowie. Wprawdzie dzisiaj poziom dzietności, czyli przeciętna liczba dzieci rodzonych przez kobiety w Łodzi i Krakowie jest zbliżona, ale historia demograficzna sprawia, że urodzin jest w Krakowie więcej niż w Łodzi. Do tego dochodzi różnica w strukturze ludności według wieku. Z powodu, który wymieniłem przed chwilą, w Krakowie mieszka więcej ludzi młodych niż w Łodzi. Niestety.

A na dokładkę łodzianie żyją krócej niż krakowianie...

- Różnica w poziomie umieralności jest olbrzymia! Typowy noworodek płci męskiej urodzony w 2006 roku w Krakowie ma przed sobą 73 i pół roku życia. Jego rówieśnik urodzony w Łodzi będzie żył aż sześć lat mniej! To olbrzymi dystans cywilizacyjny. W przypadku kobiet ta różnica też istnieje, ale jest mniejsza. Typowa krakowianka będzie żyć osiemdziesiąt i pół roku, łodzianka siedemdziesiąt siedem lat.

Z czego to wynika?

- Znów winna jest przeszłość Łodzi. Może nie tyle demograficzna, co gospodarza i społeczna. W naszym mieście przez wiele lat była bardzo niekorzystna struktura zatrudnienia. Tutaj nie wymagano zbyt wysokich kwalifikacji, więc przez lata mocno odstawaliśmy od innych dużych polskich miast, jeśli chodzi o poziom wykształcenia. To wynikało z tego, że córka prządki nie widziała przed sobą innej przyszłości niż praca w tym samym dziale gospodarki. Nie było więc powodów, by się kształcić. Dziś nadrabiamy, ale poziom umieralności nie wynika z tego, co się dzieje dziś. Poza tym nasze miasto dotknął kryzys lat dziewięćdziesiątych. Mieszkańcy Łodzi mieli niskie dochody, więc nie mieli pieniędzy na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych. To się wiązało z niedożywieniem. Jeżeli dołożymy do tego niezdrowy styl życia, przejawiający się znacznie częstszym sięganiem po alkohol, tytoń, narkotyki, jeśli dodamy fakt, że w latach 70.i 80. Łódź obok Krakowa charakteryzowała się najgorszym stanem środowiska...

Mamy powody różnic w długości życia.

- Czwarty czynnik to atrakcyjność osiedleńcza. W przypadku Łodzi jest ona wciąż najniższa wśród wielkich miast. A Kraków w ogóle bije nas na głowę pod tym względem, choć Łódź może przyciągać niskimi cenami mieszkań i ziemi w okolicach miasta. Muszę jednak przyznać, że dane, którymi dysponujemy, obarczone są pewnym błędem. Mówią, czym przyciąga miasto w granicach administracyjnych. To nie do końca prawdziwy obraz, bo w badaniach pomijamy to, ilu ludzi przenosi się z Łodzi na tereny tuż za miastem. A w Polsce przestrzeń wokół miast nabiera charakteru stratyfikacyjnego. Chodzi o to, że w PRL był przydział mieszkań i w jednym bloku mógł mieszkać zarówno profesor uniwersytetu, jaki portier w fabryce. W normalnych warunkach naturalny jest podział na lepsze i gorsze dzielnice. U nas przestrzeń zaczęła nabierać takiego charakteru w latach 90. Wyglądało to jednak tak, iż największej wartości zaczęła nabierać przestrzeń pozamiejska, szczelnie przylegająca do miast.

Czy w związku z tym w ogóle możemy spaść z podium? Czy jest miasto, które teraz depcze nam po piętach?

- Na razie jesteśmy bezpieczni. Kolejne miasto, czyli Wrocław, ma na razie 115, 120 tysięcy mieszkańców mniej. To różnica, która nie zmniejszy się w perspektywie życia jednego pokolenia. Zwłaszcza że Wrocław również cierpi na wiele niekorzystnych czynników. Tam poziom dzietności jest równie niski jak w Łodzi. Wprawdzie przez lata Wrocław był bardziej atrakcyjny emigracyjnie, ma też niższy wskaźnik umieralności, ale to nie są różnice, które mogłyby sprawić, że przez najbliższe kilkadziesiąt lat liczba ludności Wrocławia przewyższy liczbę łodzian.

Andrzej Adamczewski

andrzej.adamczewski@echomiasta.pl

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje