Graj, nie żałuj strun

Władze Krakowa chcą egzaminować ulicznych grajków. Występy na krakowskim rynku mogliby dawać tylko najlepsi.

Czy taki pomysł ma szansę przyjąć się w Łodzi? - To bzdura - mówią grajkowie z Piotrkowskiej. Ale zdania łodzian są podzielone.

Reklama

Decyzja włodarzy Krakowa wzbudza spore kontrowersje. Ich zdaniem, cześć ulicznych muzyków gra źle, a inni zbyt nachalnie domagają się pieniędzy. I to, i to jest antypromocją Krakowa. Przedstawiciele magistratu uważają, że muzyka ma umilać mieszkańcom i turystom pobyt na rynku. Stąd pomysł na weryfikację grajków. Ma powstać specjalna komisja, która zajmie się oceną ich umiejętności. Nie będą to urzędnicy, tylko osoby znające się na muzyce, które obiektywnie ocenią jakość gry. Większość znanych muzyków jest przeciwna sortowaniu grajków ulicznych.

Zbigniew Hołdys uważa, że nie ma w tym większego sensu i podkreśla, że nawet muzycy z Rolling Stones zaczynali na ulicach. Pomysłu nie popierają także Stanisław Sojka i Andrzej Sikorowski.

Jak jest w Łodzi

- Pojedyncze osoby mogą grać bez żadnych zezwoleń, byleby nie zakłócały ciszy nocnej - tłumaczy Leszek Wojtas ze straży miejskiej.

- Ale wiem, że w innych miastach wymagają zezwoleń. Kiedyś do Łodzi przyjechała indiańska grupa muzyczna z Ameryki Południowej. Wcześniej objechali większość dużych miast i nauczeni doświadczeniem wystąpili o pozwolenie na grę na ulicach.

Co o kontrowersyjnym pomyśle sądzą łodzianie?

- To bez sensu. Mam nadzieję, że władze Łodzi czegoś podobnego nie wymyślą. Przecież sami oceniamy ich umiejętności. Jeśli muzyka nam się podoba, to wrzucamy pieniądze do kapelusza i sprawa załatwiona - mówi Krystyna Michalak, którą spotkaliśmy na Piotrkowskiej.

- Grajkowie mi nie przeszkadzają, ale już ich naganiacze bywają namolni. Dlatego uważam, że jednak ich występy powinny regulować jakieś przepisy - dodaje Tomasz Grzywacz, napotkany w pasażu Schillera.

- Może warto się zastanowić nad pozwoleniami. Przecież przynajmniej kilka razu dziennie musimy w tramwajach słuchać pseudograjków, którzy na mocno zniszczonych i poklejonych taśmami instrumentach tworzą jakieś muzykopodobne dziwolągi - twierdzi Mateusz, łódzki student.

Co na to łódzcy grajkowie

Na łódzkich ulicach można grać nie narażając się na mandat.

- Mam nadzieję, że tak zostanie, bo w wakacje to moje główne źródło utrzymania. Teraz zbieram pieniądze, by pojechać na Przystanek Woodstock. Wcześniej rozdawałem ulotki i pracowałem w McDonaldzie. Grając na ulicy, można zarobić więcej. Czasem w trzy godziny mam osiemdziesiąt złotych. Są jednak dni, że w godzinę dostanę tylko złotówkę - mówi Piotr, który gra na gitarze przy pasażu Schillera.

Podobnego zdania jest Zygfryd, który też zarabia na ulicy.

- Oceniają mnie przechodnie i chyba podoba im się jak gram, bo często przystają i słuchają. Czasem zakochana para zamówi jakąś balladę i wtedy wpadnie parę groszy. Najwięcej kasy zarabiamy w piątki i soboty wieczorem. Po paru browarkach ludzie są bardziej hojni - twierdzi.

Dariusz Gabryelski

dariusz.gabryelski@echomiasta.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje