Spóźnione odszkodowanie za wilczy apetyt

W ciągu niespełna roku wilki zagryzły dwanaście owiec z niewielkiego stada Lucjana Izworskiego z Łabowca. Trzy stracił w zeszły piątek. Wilki zaatakowały w biały dzień.

Za zeszłoroczne straty gospodarz nie dostał jeszcze ani złotówki odszkodowania, choć za te wyrządzone przez chronione gatunki, do których zalicza się wilka, płaci skarb państwa.

Reklama

W ubiegłym roku wilki po raz pierwszy zaatakowały stado Izworskiego w sierpniu, kiedy ich szczenięta były na tyle duże, by uczyć się polować. Łupem padły trzy owce. Na wiosnę tego roku zagryzły kolejne pasące się na hali zwierzęta. W zeszły piątek po godzinie 15 wataha znów zaatakowała. Zjadła jedną owcę, zostawiając zakrwawione kości, drugą zagryzła. Trzecia z przegryzionym gardłem zdołała zbiec z pastwiska do wsi.

- Zwierzę było zakrwawione, przerażone i pół żywe. Patrzyły na to małe dzieci - opowiada Lucjan Izworski. Zrezygnowany mówi, że jak tak dalej pójdzie, to do końca roku nie zostanie nic z jego liczącego 45 sztuk stada. Tymczasem hodowla owiec na górskich pastwiskach miała być dobrym interesem. Izworscy z czwórką dzieci żyją z gospodarstwa rolnego. Zdecydowali się poszerzyć je o hodowlę owiec i przystąpili do projektu stowarzyszenie "Greenworks" pod hasłem "Barani Szlak", którego celem jest przywrócenie wypasu owiec na terenie hal w Beskidach. Mieli nadzieję, że hodowla pomoże im podreperować domowy budżet. Izworski otrzymał od organizacji małe stadko i zaczął je wypasać na swoich dwudziestu hektarach łąk. Uprawia rolę, więc nie ma czasu doglądać stada w ciągu dnia, dlatego, po pierwszym ataku wilków, kupił amerykańskiego pastucha - urządzenie elektryczne, które miało chronić owce przed drapieżnikami. Stado nie przekraczało elektrycznego ogrodzenia, ale wilki okazały się sprytniejsze i poradziły sobie, prawdopodobnie przeskakując przez drut pod napięciem.

- W biały dzień atakują moje owce, mimo że te pasą się niedaleko od drogi, po której jeżdżą samochody i chodzą ludzie. Doszło do tego, że w trzy osoby wyganiamy owce na pastwisko, bo po ostatnim ataku wilków one nie chcą wyjść na górę, a i my obawiamy się iść tam w pojedynkę. A wieczorem ze strachem patrzymy, ile ich wróci - mówi Izworski.

Sławomir Buczyński, sąsiad pana Lucjana przed rokiem widział, jak wilk gonił owce sąsiada, kiedy szedł na niedzielną ranną mszę. - To było około 9 rano. Sąsiad stracił wtedy trzy owce. Na wiosnę trzy jagnięta, teraz dwie matki i jagnię. Wilki bardzo się tu panoszą - mówi. W ubiegły piątek po kolejnej "wizycie" wilków na pastwisku sfotografował zagryzione owce sąsiada.

Zdaniem Zbigniewa Gryzło, nadleśniczego Nadleśnictwa Nawojowa, wataha wilków wyszła z lasu, by uczyć młode wilki polowania.

- O tym, że w naszych lasach mamy watahę liczącą kilkanaście sztuk, wiemy po zachowaniu dzikich zwierząt - z obawy przed wilkami jelenie zaczęły chodzić grupami po kilkanaście do nawet 30 sztuk. Wilki z młodymi zaczynają polować w sierpniu, w tym roku zaczęły nieco wcześniej. Dlaczego na owce? Bo to bardzo łatwy łup dla młodych. Zresztą wilki również porywają i zjadają psy - zwraca uwagę nadleśniczy.

W Beskidzie Sądeckim jest spore, możliwe, że największe w Polsce zagęszczenie wilków, bo - jak mówi nadleśniczy Gryzło - mają tutaj bardzo dobrą bazę pokarmową i czują się bezpieczne. W Polsce wilki są pod ochroną, a w sąsiedniej Słowacji wolno do nich strzelać. Jako że są to inteligentne zwierzęta, wybierają bezpieczny teren.

Za szkody wyrządzone przez chronione gatunki zwierząt, takie jak wilk, niedźwiedź czy bóbr płaci skarb państwa. Wypłatą odszkodowań zajmuje się Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, która ma swoje regionalne oddziały w województwach (najbliższa w Krakowie z delegaturą w Starym Sączu). Przypadek zagryzienia owiec przez wilki gospodarz zgłasza nadleśnictwu, które przeprowadza wizję w terenie, po czym wnioskuje o odszkodowanie dla właściciela stada, wysyłając RDOŚ protokół z wizji. Następnie Jan Janczy, szef Związku Hodowców Owiec i Kóz wycenia stratę - obowiązuje cena rynkowa za owcę - RDOŚ podpisuje z gospodarzem ugodę i wypłaca mu odszkodowanie. Tak powinno być. Ale tak nie było w przypadku Lucjana Izworskiego, który nie dostał jeszcze ani złotówki za zeszłoroczne owce. Jak udało nam się wczoraj ustalić, jego wniosek o odszkodowanie nie dotarł do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krakowie, choć Nadleśnictwo Nawojowa zapewnia, że został wysłany jeszcze we wrześniu ubiegłego roku. Wczoraj wysłano kolejny protokół dotyczący tegorocznych wiosennych strat Izworskiego. Następny opisujący straty za ubiegły piątek jest w trakcie opracowywania.

Sylwia Słowińska z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krakowie: - Nigdy do tej pory nie zaginął żaden wniosek czy protokół. To pierwszy taki przypadek, a pracuję w odszkodowaniach od kilku lat. To zupełne kuriozum - mówi urzędniczka i zapewnia, że poszkodowany otrzyma pieniądze za poniesione straty jeszcze w tym roku z rezerwy celowej, bo środki na ten cel na rok 2009 już zostały wyczerpane. - Nadleśnictwo wyśle nam kopię zaginionego protokołu faksem i jutro wystąpię o wycenę jego szkód - dodaje.

Wypłata odszkodowania za straty spowodowane przez zwierzęta chronione jest obowiązkiem państwa wynikającym z ustawy o ochronie przyrody. W 2008 roku RDOŚ w Krakowie wypłaciła 92 odszkodowania za szkody wyrządzone przez wilki na kwotę 87 232 zł. W 2009 roku - do tej pory wpłynęły już 92 wnioski o odszkodowanie za szkody wyrządzone przez wilki. Na wypłatę czeka kolejnych 11 wniosków.

MONK

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje