Bóg luk - Bóg Dawkinsa i Hawkinga

Naukowcy, którzy uzasadniają swój ateizm odkryciami nauki, odrzucają taką koncepcję Boga, z którą nie zgadzają się również teolodzy. Konflikt nauki i religii rozgrywa się przede wszystkim na poziomie filozofii nauki.

W kontekście relacji nauki i religii można zadać wiele interesujących pytań, ale najbardziej fundamentalne wydają się trzy następujące: jak powstał Wszechświat, jak powstało życie, jak powstał umysł (samoświadomość).

Zanim wykształciła się nowożytna nauka, filozofowie i teolodzy snuli swobodne refleksje na te tematy. Nauka, wkraczając ze swoją empiryczno-matematyczną metodą, skończyła ze swobodą. Ideałem pracy naukowca stało się wyjaśnianie zjawisk bez odwoływania się obiektów nadprzyrodzonych - takich jak wróżki, elfy czy bogowie. Do opisu świata (zjawisk) wystarczyć miały równania matematyczne, w których ujmowano spotykane w przyrodzie prawidłowości, oraz eksperymenty, które miały potwierdzać lub obalać hipotezy.

Naturalizm - założenie, że istnieje tylko rzeczywistość dostępna zmysłom - stał się metodologiczną zasadą. Naukowiec nie musi wierzyć, że nie istnieje nic poza rzeczywistością zmysłową (takie przekonanie wyraża naturalizm ontologiczny) - jednak powinien tak postępować, jakby to była prawda. Nie powinien na żadnym etapie swojej pracy powiedzieć: takie a takie zjawisko jest wynikiem ingerencji bóstwa, nauka nie jest w stanie nic więcej tutaj powiedzieć.

Reklama

Jednak pokusa odwoływania się do sił nadprzyrodzonych bywa silna. Izaak Newton, uznawany za twórcę nowożytnej nauki, twierdził, że "korekt" ruchu planet dokonuje Bóg. Brytyjski uczony zaobserwował, że planety poruszają się inaczej, niż powinno to wynikać z teoretycznych obliczeń. Jednak zamiast zwalać winę na Boga, Newton powinien raczej zmodyfikować część swojej teorii. Zgodziliby się z tym również teolodzy, którzy ukuli termin

 "Boga zapchajdziury", "Boga luk" (ang. God of the gaps) - czyli koncepcji Boga, który potrzebny jest naukowcom, by zwieńczyć czy "domknąć" ich niedoskonałe teorie.

Historia pokazała, że nauka odnosi olbrzymie sukcesy na polu wyjaśniania i przewidywania zjawisk, nie uchroniły się przed nią nawet pytania o pochodzenie Wszechświata, życia i umysłu (o ewolucji umysłu pisałem w artykule Małpuję, więc jestem człowiekiem. Zadziwiające neurony lustrzane). Dla wielu osób, nie tylko dla uczonych, stało się argumentem za tym, że nauka może wyjaśnić wszystkie zjawiska oraz określić, które obiekty istnieją. Tym obiektom, o których nauka nie mówi, odmawia się istnienia.

Filozofia i teologia walczą z koncepcją Boga luk, dlatego to wręcz zaskakujące, że uczeni, którzy deklarują ateizm, swój wybór uzasadniają rezygnacją z "Boga zapchajdziury".

Wszechświat bez Stwórcy

Zgodnie z najbardziej rozpowszechnionym modelem kosmologicznym, obecna era Wszechświata rozpoczęła się Wielkim Wybuchem. Wielki Wybuch to stan, w którym gęstość i temperatura Wszechświata dążą do nieskończoności, natomiast rozmiar - do zera. W chwili Wielkiego Wybuchu Wszechświat był nieskończenie gęstym i gorącym punktem, który później zaczął się rozszerzać - i ciągle to robi. Istnienie Wielkiego Wybuchu jest konsekwencją rozwiązań równań sformułowanej przez Einsteina ogólnej teorii względności.

Po tzw. erze Plancka (zakończonej po dziesięć do minus czterdziestej trzeciej sekundy, czyli po jednej dziesięciomilionowej miliardowej miliardowej miliardowej miliardowej sekundy)  zaczęły obowiązywać prawa znane z teorii względności. Obecne teorie nie potrafią powiedzieć, co działo się wcześniej - w takich warunkach cząstki, z których składał się Wszechświat, miały zbyt wysoką energię i z całą pewnością nie podlegały znanym obecnie z jąder atomowych oddziaływaniom. Powinny wówczas zachodzić, ciągle nieodkryte, efekty kwantowe (podobne próbują odtworzyć fizycy z CERN - zderzając ze sobą cząstki, chcą nadać im wysoką energię i sprawdzić, jak się zachowują).

Koncepcja Wielkiego Wybuchu spodobała się duchowieństwu, zresztą sam jej twórca - Georges Lemaitre - był katolickim księdzem. Wielki Wybuch sugerował dwie kwestie: Wszechświat powstał w jakimś momencie (dokładniej - w momencie "zero", od tego momentu zaczął płynąć czas), co utożsamiono z aktem stworzenia, a trudności z naukowym przebiciem się przez erę Plancka nadawały wszystkiemu aury tajemniczości, co zgadzało się z założeniem, że umysł ludzki nie może zgłębić wszystkich tajemnic boskiego planu stworzenia.

Stephen Hawking zasłynął z koncepcji, która wyjaśnia problem początku dzięki pewnym zabiegom związanym z formalizmem mechaniki kwantowej. Pomijając techniczne szczegóły, Wszechświat w tzw. modelu Hawkinga-Hartle'a wygląda tak, jakby nie potrzebował Wielkiego Wybuchu (tzw. "Wszechświat bez brzegu") ani impulsu, który zainicjował istnienie Wszechświata - wszystko wzięło się z samych praw fizyki. Dlatego w światowym bestsellerze "Wielki Projekt" Hawking mógł zawrzeć myśl, która trafiła na czołówki gazet na całym świecie: nauka wprawdzie nie udowodniła, że Bóg nie istnieje, ale uczyniła go zbędnym.

Ewolucja bez Projektanta

Kilka miliardów lat po Wielkim Wybuchu na jednej z wielu planet powstały warunki sprzyjające pojawieniu się replikatora, czyli cząstki posiadającej niezwykłą zdolność - pozostawiania kopii samej siebie (dzięki zwyczajnym reakcjom chemicznym). W procesie kopiowania pojawiały się błędy, które doprowadziły do zróżnicowanych wśród nowych cząstek. Jedne z nich kopiowały się lepiej, inne słabiej - w efekcie już na tak wczesnym etapie zaszło zjawisko, które Karol Darwin nazwał doborem naturalnym. Lepiej "dostosowane do środowiska" cząstki - bardziej stabilne i łatwiej kopiujące się - wypierały cząstki, które rozpadały się szybciej i wolniej się rozmnażły.

Z czasem cząstki stawały się coraz bardziej skomplikowane, cechowała je większa złożoność i długość trwania. Te replikatory dały początek genom, które zawierały przepis na budowę "maszyn przetrwania" - skomplikowanych cząstek, które chroniły geny i pozwalały im lepiej się rozmnażać. Na którymś z etapów geny zbudowały maszynę przetrwania, która zaczęła zachowywać się jako żywy organizm. Pozornie niezależny, choć w rzeczywistości ciągle sterowany genami.

Te geny, które zawierały lepsze przepisy na budowę (i zachowania) organizmu, mogły się dalej rozprzestrzeniać. Geny na przepisy, które nie były przydatne w warunkach, w których występowały dane maszyny przetrwania, przepadały razem z organizmami. "Pomyłki" w kopiowaniu się genów (mutacje genetyczne) powodowały w organizmach zmiany, które mogły zwiększać szanse organizmów na spłodzenie i wychowanie potomstwa - czyli powielenie genów. Korzystne zmiany gromadziły się w kolejnych pokoleniach, powodując powstanie nowych gatunków (dokładniej mechanizmy ewolucji Mateusz Hohol opisał w artykule  Dlaczego człowiek jest z natury dobry?).

Tak w wielkim skrócie można opisać koncepcję "samolubnych genów", propagowaną przez Richarda Dawkinsa. Nie ma w niej miejsca na żadnego projektanta, który steruje zmianami w organizmach. Motorem napędowym zmian jest dobór naturalny, eliminujący geny, które nie są przydatne w danych warunkach. Dlatego Dawkins odrzuca, popularną zwłaszcza wśród części amerykańskich protestantów, koncepcję tzw. Inteligentnego Projektu (ang. Inteligent Design - ID). Zwolennicy ID twierdzą, że pewne organy - przede wszystkim oko - są tak skomplikowane, że nie mogły powstać dzięki serii przypadkowych pomyłek w powielaniu się genów, podczas rozciągniętej na miliony lat ewolucji. A skoro tak, to musiały zostać celowo zaprojektowane.

Jednak ten argument jest całkowicie chybiony. Biolodzy potrafią wyjaśnić, w jaki sposób oko ewoluowało i jaką korzyść odnosiły organizmy, które były wyposażone w poszczególne fazy rozwoju oka. Z ID można nawet żartować, że ciało człowieka wcale nie jest inteligentnym projektem - taki narząd jak mały palec u nogi wydaje się całkowitym bublem, skoro jego podstawową funkcją jest uderzanie o drzwi, meble czy schody.

Po co naukowcom Bóg?

Co łączy poglądy Dawkinsa i Hawkinga na istnienia Boga? Obaj twierdzą, że Bóg jest niepotrzebny, bo teorie naukowe doskonale radzą sobie bez niego. Ewolucja faktycznie nie potrzebuje Projektanta, by powstało oko, a Wszechświat faktycznie nie potrzebuje Stwórcy, żeby w równaniach wszystko się zgadzało. Bóg nie musi być elementem teorii naukowej, nie musi "pomagać" teoriom, tak jak kiedyś "pomagał" teorii Newtona.

Tyle że to jedynie odrzucenie koncepcji God of the gaps, a przecież istnieją zupełnie inne koncepcje Boga. Na przykład Michał Heller twierdzi, że o istnieniu Boga świadczy przede wszystkim racjonalność świata - to, że świat daje się badać - oraz matematyczność - że to badanie polega na odkryciu matematycznej formuły, która rządzi interesującymi nas zjawiskami. 

Dawkins i Hawking przechodzą z naturalizmu metodologicznego do naturalizmu ontologicznego. Tego przejścia można dokonać, ale nie można zapominać, co ono oznacza. A znaczy ono to, że opowiadamy się za jednym ze stanowisk w filozofii nauki, równie uprawnionym jak stanowisko przeciwne. Samej nauce do działania całkowicie wystarczy naturalizm metodologiczny - bardziej "oszczędny", bo nie roszczący sobie pretensji do mówienia czegoś o ontologii.

Elektron urojony

Na różnice w naturalizmie metodologicznym i ontologicznym możemy spojrzeć też z szerszej perspektywy - nawiązując do zagadnienia realizmu naukowego. Możemy zapytać, co nauka w ogóle mówi na temat istnienia. Elektron, foton, pole magnetyczne - czy takie obiekty istnieją obiektywnie (takie stanowisko wyraża realizm), czy są tylko "użytecznymi fikcjami", które pomagają nam przewidywać i wyjaśniać zjawiska (to głosi instrumentalizm)? Nikt przecież nie widział na własne oczy elektronu. Co więcej, to co postrzegamy, zależy od tego, jak skonstruowany jest nasz mózg (zobacz: Bez nauki nie ma... widzenia). Jak zatem wygląda "świat sam w sobie"?

Jedno z rozwiązań tego problemu zaproponował słynny amerykański uczony Willard V.O. Quine. Jego zdaniem - w dużym uproszczeniu - nauka zakłada istnienie tych obiektów, które są niezbędne dla danej teorii. Gdyby zatem nauka miała "dowodzić" istnienia Boga, musiałaby powstać teoria, w której Bóg odgrywa jakąś rolę (tak jak u Newtona). Ale przecież sformułowania takiej teorii zakazuje metodologiczny naturalizm.

Dlatego można odrzucić argument Dawkinsa, przedstawiony w "Bogu urojonym", że problem istnienie Boga jest problemem naukowym, bowiem Wszechświat, w którym istnieje Bóg, różniłby się od Wszechświata, w którym Bóg nie istnieje, a nauka mogłaby wskazać tę różnicę. Przyjmowany w nauce metodologiczny naturalizm sprawia, że na taką ewentualną różnicę nauka staje się ślepa.

Łukasz Kwiatek

Dowiedz się więcej na temat: stephen hawking | Richard Dawkins

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje