Reklama

Reklama

"Legenda żeglujących gór". Włochy, których się nie dostrzega

To podróż, której początek i koniec tkwi w morzu, a trasa wędrówki, wynurzywszy się z głębin, biegnie w górę – nad wyłaniającym się archipelagiem. Paolo Rumiz przemierzył tysiące kilometrów wzdłuż górskiego garbu Włoch. Droga wiodła przez Alpy i Apeniny, od zatoki Kvarner aż do Capo Sud, najbardziej wysuniętego na południe punktu Półwyspu. Relację z wyprawy zamieścił w książce pt. "Legenda żeglujących gór". Dla naszych Czytelników przygotowaliśmy kilka egzemplarzy.

Wędrował przez doliny, w których żyły muflony. Mijał domy dróżników, przemierzał słynne górskie serpentyny. Biwakował w jaskiniach, chroniąc się przed ulewnym deszczem, odwiedzał sanktuaria, gdzie pogańskie bóstwa wciąż pojawiają się za plecami świętych. Spotykał kłusowników, strażników legendarnych schronisk, muzyków, którzy w tej niezwykłej krainie poszukują swoich korzeni.

Reklama

Rumiz przedstawia Włochy, których zazwyczaj się nie dostrzega i do których nie docierają turyści. Przy okazji poszukuje odpowiedzi na pytanie, jakie tajemnice kryją w sobie włoskie góry.

***

Dla Czytelników Interii mamy trzy egzemplarze książki. Żeby je zdobyć wystarczy wziąć udział w konkursie, i odpowiedzieć na proste - dla każdego miłośnika gór - pytanie. Szczegóły znajdziecie poniżej. Najpierw proponujemy lekturę krótkiego fragmentu tej niecodziennej opowieści o Italii i okolicach.

***

Talerz ślimaków w krainie Liliputów

Za Caporetto wilgotny zapach Alp staje się intensywniejszy, jadę na rowerze, widzę wieśniaków, którzy koszą trawę w pośpiechu, żeby skończyć przed deszczem. Mijam rowerzystów, samochody z lotniami i kajakami na dachach. Wszystko świadczy o wielkiej zażyłości podalpejskich Słowian ze świeżym powietrzem. Za Plezzo (Bovecem) cmentarz austro-węgierski: grupa pięciuset czterdziestu sześciu bezimiennych krzyży i czarna granitowa tablica, niedawno uporządkowana przez Austriacki Czarny Krzyż, sekcję z Salzburga.

Ledwie starcza czasu na krótką modlitwę i już jestem u wylotu doliny Trenta, na początku szlaku na Triglav (Tricorno). Pedałuję pod niebem wstrząsanym wyładowaniami elektrycznymi, przemykam obok turystów w ciężkich butach, z ogromnymi plecakami i twarzami z innych czasów. Triglav znaczy "góra o trzech głowach", Słoweńcy pielgrzymują tu co najmniej raz w życiu. Bardzo poważni, jak muzułmanie w drodze do Mekki. Ta góra jest symbolem ich słowiańskiej odrębności - trochę skandynawskiej, a trochę alpejskiej.

Zaczyna się prawdziwy podjazd i w tym samym momencie zaczyna padać. Otaczają mnie szare, przewieszone ściany, góry mają tu lodowcową surowość. Tysiąc metrów wyżej jest przełęcz Vršič, nazwa, która brzmi jak destylat z wysiłku. Dolina się zwęża, całą wypełnia hałas Soczy (Isonzo). Świetlisty mokry asfalt, drewutnie, gospoda. Dom Antona Tozbara, przewodnika i myśliwego, któremu niedźwiedź urwał żuchwę i język jednym uderzeniem łapy.

Grzmi, dziewczyny w bikini uciekają znad rzeki. Mam ochotę na kolejne piwo, ale rezygnuję: nie mogę sobie na to pozwolić, przede mną dwadzieścia pięć ostrych zakrętów, które trzeba pokonać. Ruch jest tak mały, a ja jadę tak wolno, że widzę każdego owada na asfalcie. Pająk przecina mi drogę, wyprzedza mnie wielka mucha, wydaje hałas jak odrzutowiec z wysokości dziecięciu tysięcy metrów, motyl cytrynek przysiada na pomarańczowej koszulce. Za każdym zakrętem wszystko się zmienia, przy skręcie w prawo otwiera się widok na Triglav, gdy zaś jadę w lewo, rysuje się Jalovec, kolejny gigant Alp Julijskich, gdzie w 1916 roku walczył Erwin Rommel, na długo przedtem zanim został Lisem Pustyni.

Od wysokości tysiąca dwustu metrów wraca słońce, mokry asfalt zaczyna parować. Znienacka otwiera się rozległa panorama, droga biegnąca w poprzek zbocza prowadzi do działu wodnego Dunaju. I przełęcz ze schroniskiem Tičarjev przy drodze, kiełbaski i piwo - nareszcie. Zwykle zamawia się tu "piwo z rogami", czyli to, które na zielonej etykietce ma białą kozicę z Triglava. Słoweńcy biesiadują na ławkach w sposób wielce uporządkowany. Obok mnie siedzi gruba blondynka z dwójką dzieci, dalej grupka rowerzystów, para staruszków w krótkich spodniach, z kijkami teleskopowymi, dwójka paralotniarzy. Włochy są bardzo odległe.

Ruszam w kierunku Kranjskiej Gory. Na brukowanych zakrętach rower drży, znów zaczyna padać, droga wygląda jak z wyścigu Paryż-Roubaix. Góry znikają w chmurach, w trakcie zjazdu robi się coraz cieplej, "wielka ucieczka" kończy się na łąkach parujących jak turecka łaźnia. Wszystko stara się powiedzieć mi, że Słowenia nie należy już do Bałkanów, że najmniejsza z alpejskich ojczyzn nie ogląda się już na południowy wschód, że patrzy na liczącą się teraz Europę. Powiewające wszędzie gwiaździste flagi UE, kwitnące pelargonie w oknach, ścieżki rowerowe, szpitalna czystość, banki oświetlone jak choinki na Boże Narodzenie. Wszystko jest niesamowicie uporządkowane, jak w Austrii. A jednak to nie jest Austria. To coś zupełnie innego. Nerwowe pragnienie, żeby się do niej upodobnić.

Zatrzymuję się w hotelu w Radovljicy, alpejskiej stolicy uli i miodu. Goście mi się przyglądają, próbują zgadnąć, skąd przybywam. Nie mam tablicy rejestracyjnej, dociera do mnie, że jestem tu kimś w rodzaju bezpaństwowca. Dobrze ubrany mężczyzna pyta o przebytą drogę, spoglądając na mój ubłocony rower. Jest agentem teatralnym, pracuje w Lublanie.

- Ma pan szczęście, że jest Włochem.

Odpowiadam, że nie rozumiem. Podejrzewam, że w tym stwierdzeniu ukryty jest jakiś podstęp.

- Przynajmniej wszyscy wiedzą, gdzie na mapie są Włochy.

Teraz wiem, o co chodzi. Wychodzi na wierzch to, z czym się już spotkałem gdzie indziej, w Belgii i Czechach. Lęk przed zniknięciem małych narodów.

- Dzwoni pan do Londynu i proponuje wystawę w Mediolanie. Nikt nie pyta, gdzie jest Mediolan, prawda?

- Prawda.

- A tymczasem nagminnie zdarza mi się, że proponuję wystawę w Słowenii, a po drugiej stronie słuchawki zapada kłopotliwa cisza. Nie wiedzą, gdzie leży mój kraj.

- I co pan wtedy robi?

- Muszę tłumaczyć, że to na północny wschód od Włoch.

Perfidnie zauważam, że za czasów Jugosławii było łatwiej. Wszyscy wiedzieli, gdzie ją umieścić na mapie Europy.

- Nie mogę zaprzeczyć - przyjmuje cios. - Chcieliśmy rowerka i teraz musimy pedałować. Trzeba szybko wszystko nadrobić.

Żegnam go, wstydząc się trochę mojej złośliwości.

Przy wjeździe do Lublany policja drogowa wlepia mi mandat za brak świateł i kasku. Wokół pełno miejscowych, którzy jeżdżą na rowerach w ten sam sposób, ale nie ma sensu dyskutować. "To są normy europejskie", mówią przedstawiciele prawa wyniośle, specyficznym angielskim. Pokazują mi, jako Włochowi, że Słowenia jest w Europie, i do tego gra w jej pierwszej lidze. Robili tak i za czasów Tity: stosowali zasady własnej, niezależnej drogi do socjalizmu z nieomal komiczną skrupulatnością, wyżywając się przy okazji na obcokrajowcach.

Myślę, że nigdzie w Europie nie ma tak gorliwej policji jak lublańska. Pewnego dnia na lotnisku w Brniku dwóch sadystycznych funkcjonariuszy zniszczyło mi cały stos ultrawrażliwych naświetlonych już taśm filmowych i rolek ze zdjęciami, sprawdzając je za pomocą wykrywacza metalu. W każdym innym miejscu, łącznie z wyjątkowo surowym Tel Awiwem, zostałyby skontrolowane ręcznie. Nienawidziłem ich nie tylko z powodu tej niepowetowanej straty, ale też za to, że byli zaprzeczeniem tego, co najbardziej lubiłem u Słowian: pogodnego podejścia do życia, które w mowie codziennej streszcza się w zdaniu: Ne ma problema. Od tamtej pory porzuciłem słoweńskie linie lotnicze. Jeśli chodzi o miłujące się wzajemnie kraje, można sobie czasem pozwolić na małe złośliwości i niepotrzebne represje.

Stolica pogrążona jest we mgle. Wydaje się, że leży na dnie wielkiego panońskiego morza, z którym jest połączona przez dolinę górnej Sawy.

Lublana, zbudowana na obrzeżach osuszonego bagna, zamknięta w górskim zagłębieniu, wydziela wilgoć przy pierwszym mrozie, a potem tygodniami trzyma na uwięzi pokrywę mgły, nawet gdy dookoła świeci już słońce. W tej szarówce staje się małą Pragą, z jej barokowymi rzeźbami, mostami ze świętym Nepomukiem, zadymionymi hrabalowskimi knajpkami i z rzeką - Ljubljanicą - wijącą się pod zamkiem jak Wełtawa pod wzgórzem hradczańskim (...)

Deszcz pada na spokojną stolicę kraju Liliputów, na stolicę pachnącą szarlotką. Na placach nie ma pomników generałów z obnażonymi mieczami jak w Chorwacji. Tu hymn narodowy nie mówi o krwi, ale o dobrym winie, a mitologia wychwala bardziej kobiety niż wojowniczych mężczyzn. Zamiast wielkich bitew święto narodowe ustanowione jest na cześć śmierci poety - France Prešerena. Lublana nie ma słabości do martyrologii. To nie Serbia, gdzie wielka klęska Ottomanów sprzed sześciu wieków wciąż służy podsycaniu konfliktu z Turkami, co ma zresztą opłakane skutki, jak można było zobaczyć. Nie, tu Kosowe Pole nie jest do niczego potrzebne, lepszy jest austriacki sznaps.

Na kolację jem ślimaki w tawernie o nazwie Mrak, czyli "mrok", pośród hucznych toastów i chóralnych śmiechów. Na zewnątrz miasto milczy we mgle, w ciszy wyrażając niepokój przed światowymi wydarzeniami, które przemykają nad niebem królestwa Liliputów. W tym małym alpejskim narodzie ciągle żywy jest strach przed zgnieceniem, ale oni nie wypracowali sobie na tę okoliczność arsenału mitów wojennych. Świat habsburski, do którego należy Słowenia, wyraża się raczej w autoagresji, samobójstwie i alkoholizmie. Tu w powietrzu unosi się duch Kafki, aksamitna, niewyraźna, na wpół istniejąca twierdza biurokracji, gdzie władza, przeciw której trzeba się buntować, ciągle się ukrywa i nie wiadomo, kogo należy przeklinać.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy