Reklama

Reklama

Projekt porozumienia UE-Wielka Brytania. "Diabeł tkwi w szczegółach"

Po kilkutygodniowych negocjacjach przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk ujawnił projekt porozumienia między Unią Europejską i Wielką Brytanią. Dr Karolina Borońska-Hryniewiecka, ekspertka z Polskiego Instytutu Spraw Publicznych wyjaśnia w rozmowie z Interią jego założenia.

Aleksandra Gieracka, Interia.pl: W projekcie porozumienia, które opublikował dzisiaj Donald Tusk, znalazła się kontrpropozycja Unii Europejskiej wobec wcześniejszych postulatów Davida Camerona. Czego domagał się premier Wielkiej Brytanii?

Dr Karolina Borońska-Hryniewiecka, PISM: - David Cameron chciał pozbawić imigrantów zarobkowych z Unii Europejskiej w Wielkiej Brytanii dostępu do świadczeń społecznych przez pierwsze cztery lata pobytu w Wielkiej Brytanii. Takie rozwiązanie byłoby jawnym złamaniem traktatów i złamaniem zasady niedyskryminacji wobec obywateli Unii Europejskiej, dlatego powiedziano "nie". Cameron musiał się wycofać. Mieliśmy kilkutygodniowy zastój, po czym Komisja Europejska ze swoimi prawnikami zaproponowała inne rozwiązanie, które roboczo nazwano "hamulcem awaryjnym" (emergency brake). 

Na czym ma polegać zaproponowany teraz przez UE mechanizm?

- To rozwiązanie, które mogłoby zostać uruchomione przez państwo członkowskie, tutaj trzeba zaznaczyć, że to nie dotyczy tylko Wielkiej Brytanii, tylko takie prawo przysługiwałoby wszystkim 28 państwom członkowskim. Państwo członkowskie mogłoby zadecydować o uruchomieniu na swoim terytorium wyłączenia obywateli innych krajów ze świadczeń społecznych związanych z rynkiem pracy. Innymi słowy, mogłoby odmówić wypłacania świadczeń związanych z rynkiem pracy, na przykład ulg kredytowych czy zasiłków mieszkaniowych, przez pierwsze cztery lata.

W jakich przypadkach państwo mogłoby zaciągnąć taki hamulec?


- Mogłoby się to stać gdy dane państwo wskaże i udowodni, że jego system opieki społecznej, system usług publicznych w obrębie opieki społecznej, czyli służba zdrowia, szkoły, cały system zasiłków jest przeciążony. 

Co to oznacza? 

- Sami nie wiemy i w dokumencie, który przedstawił Tusk nie ma definicji takiego przeciążenia. Ale można się domyślać, że będzie chodziło o szereg różnych czynników. O liczbę imigrantów zarobkowych z krajów Unii, jeśli ona przekroczy pułap, który państwo sobie wcześniej ustaliło, jest to pierwsza lampka awaryjna. Ale później jeszcze przeciążenie pewnego systemu dystrybucji usług publicznych. W Wielkiej Brytanii mówi się o tym, że rosną kolejki do przedszkoli, brakuje w nich miejsc, że służba zdrowia jest zbyt przeciążona. Jeśli to da się udowodnić w sposób systemowy, wtedy Komisja Europejska i Rada Unii Europejskiej mogą zgodzić się na wprowadzenie przez państwo takiego mechanizmu. Nazywamy to sytuacją awaryjną, wyjątkową a nie permanentną derogacją, czyli permanentnym wyłączeniem wszystkich nowo przybyłych z systemu świadczeń społecznych, tylko w sytuacji przeciążenia. Co ważne, oprócz tego, że mechanizm został opisany w dokumencie Tuska, mamy również dołączoną deklarację KE, w której stwierdzono, że w chwili obecnej, na podstawie informacji przekazanych przez rząd Wielkiej Brytanii do Brukseli, KE uznaje, że Wielka Brytania znajduje się w sytuacji przeciążenia i mogłaby uruchomić taki mechanizm awaryjny w chwili obecnej. Ale nie oznacza to, że Wielka Brytania uruchomi go jutro. W prawie Unii Europejskiej, w prawie wtórnym, nie istnieje na razie taka możliwość.

Wynika z tego, że najpierw musiałaby nastąpić zmiana prawa unijnego? 

- Musi się pojawić poprawka do prawa wtórnego. Mówimy tutaj o konkretnym rozporządzeniu KE, to jest rozporządzenie 492/2011 r., które odnosi się do swobodnego przepływu pracowników na terenie UE, i w nim Komisja musi wprowadzić poprawkę, która będzie mówiła o tym, że w warunkach wyjątkowych dane państwo będzie mogło wprowadzić pewne zabezpieczenia. Prawdopodobnie nie będzie tutaj jasno sprecyzowane na jakich konkretnie warunkach będzie to się działo. Ale ta poprawka umożliwi Wielkiej Brytanii i innym państwom wprowadzenie tego hamulca. Mamy tekst propozycji, który mówi, że KE wprowadzi taką poprawkę do prawa wtórnego, jak ją wprowadzi i zostanie ona zaakceptowana przez państwa członkowskie i przez Parlament Europejski, automatycznie wtedy będzie można uruchomić taką procedurę. Jeśli będziemy mieli poprawkę, to Wielka Brytania dzień później będzie mogła wprowadzić obostrzenia. 

Jeśli będzie zgoda na wprowadzenie poprawki, ile czasu może upłynąć zanim zacznie ona funkcjonować?

- To nie wydarzy się z dnia na dzień. Wprowadzenie poprawki do prawa wtórnego wymaga normalnej procedury ustawodawczej na poziomie Unii Europejskiej. Czyli propozycja Komisji, potem to idzie do Parlamentu Europejskiego, tam odbywa się głosowanie, potem idzie do Rady Unii, gdzie jest przegłosowywane i dopiero publikowane. Jeżeli wszyscy położą ręce na pokład i stwierdzą, że to jest na tyle ważne dla Wielkiej Brytanii, żeby stało się bardzo szybko, to możemy mówić nawet o perspektywie sześciu miesięcy.

Reklama

Jak wobec propozycji firmowanych przez Tuska nastawione są państwa członkowskie? Będą za?

- Na razie nie mamy jasnych deklaracji ze wszystkich stolic, ale wydaje się, że jeśli to zostało zaproponowane przez Donalda Tuska po dwóch miesiącach namysłu, to on musiał się intensywnie konsultować z najważniejszymi graczami, czyli państwami członkowskimi. Dzisiaj pojawiła się informacja w prasie, że ze strony Czech jest zielone światło. 

A jakie stanowisko może zająć Polska?

- Nie wiem, czy będzie skora do poparcia tego pomysłu. Można przedstawić to tak, że Cameron wróci i powie, że nie jest to jednostronna decyzja dla Wielkiej Brytanii, nie będzie automatyzmu, tylko będziemy musieli pokazać, że system jest przeciążony i wtedy to wprowadzimy, a poza tym to wszystkie kraje będą miały do tego prawo. Ale Polska może powiedzieć, że de facto Brytyjczycy będą mogli wprowadzić obostrzenie, które uderzy w naszych pracowników na Wyspach, i pozbawi się nowo przybyłych ludzi benefitów na cztery lata. Każdy to może ze swojej strony przedstawić jako korzystne, lub niekorzystne. Dużo będzie zależało od elastyczności Polski. Ważne będzie jak polski rząd wyjaśni to obywatelom. Myślę, że dobrze wybrnięto z tej sytuacji na poziomie prawnym, ponieważ jest to propozycja, która nie łamie prawa unijnego, nie dyskryminuje nikogo, a jednocześnie pokazuje, że tylko w przypadku przeciążenia systemu, można ten mechanizm zainicjować. To są rozsądne argumenty. Pozwala to Wielkiej Brytanii zrobić to, co chciała. Wszystko zależy od interpretacji politycznej. 

W piątek premier Beata Szydło spotyka się z Davidem Cameronem w Warszawie. Możemy spodziewać się, że już wtedy poznamy polskie stanowisko?

- Myślę, że w czasie tego spotkania zapadnie jakaś deklaracja: albo popieramy, albo nie popieramy. Może się też okazać, że Polska powie "tak ale" i zaproponuje jeszcze jakieś inne wyjście. Może nie na cztery lata, może na dwa, może na rok. Na razie propozycja jest na maksymalnie cztery lata, z możliwością stopniowego przywracania tych świadczeń, czyli na początku obcinamy wszystkie świadczenia, nikt nic nie dostaje, ale na przykład za rok czy za dwa jakieś mogą zostać przywrócone, jeśli okaże się, że dana osoba pracuje, płaci podatki i nie stanowi dużego obciążenia dla systemu. 

W przedstawionym przez Tuska porozumieniu znalazły się również propozycje dotyczące "eksportu zasiłków na dzieci". Co się za nimi kryje?

- Chodzi o osoby, które mieszkają w Wielkiej Brytanii, pracują tam i płacą tam podatki, i ich dzieci, które nie mieszkają w Wielkiej Brytanii. Na przykład matka jest w państwie członkowskim, a ojciec pracuje na Wyspach, albo dziecko zostaje z babcią, w kraju z którego pochodzi. Jeśli dzieci mieszkają w innych krajach niż Wielka Brytania, to pobierane na nie zasiłki będą indeksowane w stosunku do kosztów życia i utrzymania. To się wydaje rozsądne. Na przykład jeśli zasiłek na dziecko to miesięcznie 80 funtów, to jeżeli dziecko mieszka np. w Polsce, to 80 funtów jest postrzegane jako za dużo w stosunku do tego, ile kosztuje utrzymanie. Indeksacja będzie powodowała, że będzie otrzymywało mniejszy zasiłek. Ona będzie musiała polegać na tym, że dane państwo członkowskie będzie miało tabelkę z kosztami życia w innych państwach. Organizacje ekonomiczne mają już takie indeksy. Gorzej wygląda to, że każdy przypadek po kolei trzeba będzie analizować. To są koszty administracyjne. Ale pamiętajmy, że to też wymaga zmiany prawa wtórnego UE. 

Projekt zakłada też walkę z nadużyciami w przyznawaniu zasiłków. 

- To trzecia rzecz, jeśli chodzi o sprawy socjalne, ale to już było wiadome od dawna, czyli pomoc państwom w zwalczaniu nadużyć w systemie. Np. jeżeli osoby przyjeżdżają do danego państwa, nie znajdą pracy, zaczynają uprawiać tak zwaną turystykę zasiłkową, zaczynają się ubiegać o świadczenia, które tak naprawdę się im nie należą, nadwyrężają system. Będzie o wiele łatwiej odmówić im tych świadczeń. Będzie możliwa weryfikacja tych osób poprzez tzw. test rezydencji, czyli będzie sprawdzane, czy dana osoba ma w ogóle prawo przebywania w danym kraju. Będzie wzmocnione instrumentarium, które już istniało, na przykład przez orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Te trzy kwestie można nazywać pakietem socjalnym, który zostanie zreformowany tak, żeby zadowolić Brytyjczyków. 

Zaprezentowane propozycje David Cameron ocenił jako "istotną zmianę" w relacjach na linii UE- Wielka Brytania, ale jednocześnie stwierdził, że "szczegóły trzeba dopracować". Jak dużo jest jeszcze punktów spornych? 

- Szczegółów jest mnóstwo. Donald Tusk opublikował dzisiaj sześć dokumentów, każdy ma po kilka czy kilkanaście stron. Każdy dotyczy innego obszaru i każde słowo jest tutaj bardzo ważne. Szczegóły dotyczą tego, na ile lat mechanizm zostanie uruchomiony, kryteriów stwierdzających, że system publiczny jest obciążony, kto będzie o tym decydował. W pozostałych obszarach, dotyczących strefy euro, suwerenności, parlamentów narodowych, też jest dużo otwartych kwestii, a diabeł tkwi w szczegółach. Trzy tygodnie, które zostały do szczytu będą służyć do dopracowania szczegółów, żeby wszystkie 28 państw powiedziały, że tekst im się podoba.

Propozycja porozumienia odsuwa widmo wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej? 

- Zacytuję tweeta jednego z eurosceptycznych think-thanków, który pojawił się zaraz po opublikowaniu propozycji. Cameron powiedział, że jeśli uda mu się przekonać wszystkie państwa do propozycji, która dzisiaj została położona na stole i będzie zgoda, to on będzie z tego bardzo zadowolony, i będzie całym sercem przekonywał Brytyjczyków do pozostania w UE. 

Jeśli dojdzie do porozumienia, to będzie to wydarzenie przełomowe dla Unii Europejskiej?

- To sytuacja, kiedy pierwszy raz w historii jedno państwo przez kilka lat promuje reformę UE, po czym finalizuje ją w postaci umowy międzyrządowej i na tej podstawie przeprowadza referendum. Były wcześniej w innych państwach referenda dotyczące aprobaty traktatów, ale nie było takiej sytuacji na tak wielką skalę. Na pewno będzie to historyczne porozumienie. Co prawda, Wielka Brytania już w 1975 r. już przeprowadziła jedno referendum, ale ono było o wiele mniej "niebezpieczne". Teraz mamy sytuację bez precedensu. Negocjacje trwały bardzo długo i miejmy nadzieję, że będą owocne. 

Rozmawiała Aleksandra Gieracka

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Wielka Brytania

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne