Reklama

Reklama

"Sezon na cuda". Wygraj powieść Magdaleny Kordel

Czy warto wierzyć w cuda? Z tym pytaniem zmaga się bohaterka "Sezonu na cuda", powieści autorstwa Magdaleny Kordel, znanej z takich bestsellerów jak "Uroczysko" czy "Malownicze". Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy jej najnowszej książki.

Gdzieś u podnóża Sudetów, w Malowniczem, jest pensjonat Uroczysko. Jego nowa właścicielka Majka na dobre zadomowiła się w miasteczku. To miejsce ma dla niej magiczny, niepowtarzalny klimat, tu można rozwinąć skrzydła i na dobre zapomnieć o przeszłości.

Majka szybko dostrzega jednak, że jej sąsiedzi i przyjaciele mają problemy, o których czasem boją się mówić. Czuje, że powinna wziąć sprawy w swoje ręce i ruszyć z pomocą. Lecz aby pomagać, potrzeba czasem nie lada sprytu i umiejętności. Majka nie spodziewa się nawet, jakie przeszkody przyjdzie jej pokonać.

Reklama

Może wesprze ją pewien anioł, który ponoć czuwa nad Malowniczem, a może znajdą się też ziemscy ochotnicy? Czy w Uroczysku naprawdę mogą zdarzyć się cuda?

***

Magdalena Kordel jest autorką bestsellerowych serii "Uroczysko" i "Malownicze", które sprzedały się już w ponad 100 000 egzemplarzy. Pisać zaczęła, by poradzić sobie z trudną przeszłością, ale szybko okazało się, że jej książki stały się balsamem dla duszy tysięcy czytelników.

Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy "Sezonu na cuda". Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy odpowiedzieć na poniższe pytanie konkursowe. Wcześniej proponujemy lekturę fragmentu powieści.

***

Przeczytaj fragment powieści "Sezon na cuda"

Z czapką czy bez, czyli sezonowy konflikt pokoleń

Co też, pani Maju, pani opowiada, wprawdzie taka zgnilizna nie jest zdrowa, ale w końcu jest pani młodą, silną kobietą, byle deszcz i chlapa pani nie złamie! - powiedziała, otulając się szczelniej szalikiem.

- Chyba że nadal będzie pani biegać bez nakrycia głowy, wtedy to i młodość nie pomoże. Właśnie, może pani mi przy okazji powie, o co chodzi z tymi czapkami i szalikami? Dlaczego młodzi ludzie bronią się przed nimi jak przed zarazą? Wprawdzie ja też podobno byłam kiedyś młoda i niby powinnam pamiętać takie szczegóły, ale to było tak dawno temu, że zastanawiam się, czy sobie tej młodości zwyczajnie nie wymyśliłam. - Ledwo widoczny figlarny uśmiech przemknął po jej twarzy.

- Niestety, w tym pani nie pomogę - odparła ze śmiechem właścicielka pensjonatu. - Trzeba by było zapytać moją córkę Marysię. Ona jest w tej właściwej fazie młodości.

- Właściwej fazie młodości? - Pani Leontyna zdziwiona uniosła siwe brwi. - A jest jakaś niewłaściwa?

- No, jest jeszcze ta faza, którą Magda Umer nazwała młodością stabilną. I my, pani Leontyno, się do niej właśnie zaliczamy.

Majka prychnęła śmiechem.

- Straszna z pani trzpiotka! Niby pani i ja razem? Przecież pani ledwo od ziemi odrosła! Ale o czym to mówiłyśmy? A, o czapkach! Niech się pani cieplej ubiera, pani Maju, wtedy nie trzeba się martwić pogodą!

- Pani Leontyno, jeżeli chodzi o czapki, szaliki i młodość, to chyba jest taki zimowy konflikt pokoleń, który był, jest i będzie - wysapała, odgarniając z twarzy kosmyki włosów.

- Ha, ma pani niewątpliwie rację, sezonowy konflikt pokoleń, bardzo trafna diagnoza. - Pani Leontyna pokiwała głową.

- Niech pani po pracy wpadnie do mnie do sklepu. Mam tam taki jeden mały konflikcik, który będzie pasował jak ulał.

- Przyjdę na pewno - obiecała sympatyczna właścicielka pensjonatu i już jej nie było.

(...)

Szopkowa klątwa i konflikt z dyrektorką

Na szczęście dla mnie i dla nerwów dyrektorki zrządzeniem losu tego dnia nie widziałyśmy się w ogóle. Na przerwie w pokoju nauczycielskim ukryłam się za zasłoną. Helenka, która była wtajemniczona w szopkowe opóźnienie, poinformowała mnie, że nie muszę się chować, bo dyrektorka pojechała na wycieczkę z trzecią A i zapewne dziś się już nie pokaże.

To prawda. Majka, możesz już stamtąd wychynąć - zaśmiał się wuefista Michał. - A w ogóle to o co chodzi w tej historii? Co znowu narozrabiałaś?

- Jeszcze przed godziną powiedziałabym ci, że zupełnie nie, ale niestety króciutka godzina lekcyjna potrafi diametralnie zmienić zapatrywania nauczyciela. Do tej pory jedynie spóźniałam się - Też tak uważałam. Aż do dzisiaj - mruknęłam, patrząc na niego z nieukrywaną zazdrością. Nigdy nie był wychowawcą klasy nawet w części podobnej do mojej. - Zresztą co ja wam będę opowiadała. Chodźcie i sami zobaczcie (...).

- Nie jestem w stanie uwierzyć, że w sprawie szopki dzieciaki mogą wymyślić coś niezwykłego. A mam dość bujną wyobraźnię i nie waham się jej używać. Z powodu tego spóźnienia cierpisz na szopkową paranoję - przekonywał mnie Michał, idąc za mną do ostatniej ławki, na której stało dzieło klasy. Ania, zamiast reperować zepsutego Józefa, gdzieś przepadła, więc byliśmy w klasie sami. Rozsądnie zachowałam milczenie aż do momentu, gdy popatrzyli na nowoczesną interpretację narodzin Jezusa.

- O Matko Boska! - tyle tylko zdołała powiedzieć Helenka, zanim zdziwienie odebrało jej mowę zupełnie. Wuefista natomiast milczał jak zaklęty.

- No i jak? Przesadzam? - zapytałam uprzejmie, zastanawiając się, co będzie, jak szopkę obejrzy konserwatywna dyrektorka. Albo burmistrz. (...)

- Ale wiesz, gwiazdę zrobili całkiem tradycyjną - zauważyła Helenka, która w całej szkole znana była z optymizmu i jak widać, postanowiła to potwierdzić. - O, i zwierzątka są... No może niezupełnie szopkowe, ale jednak - dodała słabo, patrząc na figurkę psa, kota i chomika. Ten ostatni wyglądał na gryzonia, który wiele już w swym życiu przeszedł i którego nic już nie zdziwi.

- Majka, a dlaczego ten gość jest bez głowy? - wuefista Michał w końcu odzyskał głos.

- To Józef. Zupełnie ją stracił dla Maryi, tak się zakochał - zadowcipkowałam, czując nagłą i zupełnie nieuzasadnioną poprawę humoru. - A naprawdę osobiście mu ją urwałam - przyznałam się po chwili i opowiedziałam całą szopkową historię ze szczegółami. - I tak Józef poszedł do poprawki, a ja dziękuję niebiosom, że jednak ta wersja szopki doszła do skutku - zakończyłam przy wtórze wariackiego śmiechu moich kolegów. - Pomysł z monopolowym po prostu mnie zmroził - wyznałam, czując, że na samo wspomnienie takiej możliwości unoszą mi się włoski na karku.

- Pani Maju, nie wiem, może pani umknęło, że dziś jest trzeci grudnia, a szóstego otwieramy wystawę, będzie lokalna prasa, goście, nawet burmistrz się zapowiedział. Nie może być tak, że zabraknie jednej pracy! Wszyscy poza panią dotrzymali terminu. To pani pierwsza zima w tej szkole i rozumiem, że nie wszystko jest dla pani jasne, ale to jest nasza doroczna tradycja! Jeżeli szopka nie będzie gotowa, ta pierwsza zima może być dla pani ostatnią! - zagroziła, czerwieniejąc na twarzy.

- Rozumiem, że istnieje jakaś szopkowa klątwa dotykająca spóźnialskich? - zapytałam ze śmiertelną powagą.

- Pani zbyt lekceważąco traktuje ważne sprawy, w tym sprawę czasu - warknęła pani dyrektor, znacząco patrząc na zegarek. - Nie tylko z szopką się pani spóźnia. Jeśli dobrze widzę, pani klasa koczuje pod drzwiami sali, bo nie ma ich kto wpuścić!

- Trudno mi otwierać klasę i jednocześnie rozmawiać z panią - nie wytrzymałam, bo co mi będzie jędza jedna zarzucać spóźnienie, skoro osobiście zajęła mi czas po dzwonku.

- W przyszłości proszę przychodzić trochę wcześniej. Praca nauczyciela wymaga elastyczności - bez namysłu odparowała dyrektorka i z niesmakiem popatrzyła na Filipa Krawca, który owinięty w różowo-biały szal przesyłał w naszym kierunku całusy.

- I niech pani zrobi coś z tym przebierańcem! Co ma znaczyć takie spoufalanie?

- Nic szczególnego, po prostu w tym miesiącu postanowiliśmy z okazji nadchodzących świąt przekazywać sobie gesty przyjaźni i braterskiej miłości. Dziś przypada dzień buziaków - zełgałam gładko, obiecując sobie w duchu, że uduszę Filipka jego własnym szalem od razu po wejściu do klasy. - A szopka będzie dostarczona na czas, niech się pani nie martwi - dodałam, chcąc odwrócić jej uwagę od poczynań klasy, która oczywiście z miejsca podłapała pomysł Filipa i rechocząc, rozsyłała całusy na wszystkie strony, ze szczególnym uwzględnieniem osoby dyrektorki.

- Trzymam panią za słowo. A pamięta pani o jasełkach? Próby w toku? - zapytała z błyskiem w oczach jasno mówiącym, że mamy dziś dzień pod hasłem "Dobij swego pracownika".

- Wszystko pod kontrolą, a teraz, jeżeli pani pozwoli, wpuszczę w końcu dzieciaki do klasy - stwierdziłam, widząc, że z sąsiedniej sali wyjrzała zaniepokojona hałasem Helenka, nauczycielka geografii, i widząc mnie w szponach dyrektorki, ze współczującą miną na powrót zniknęła w sali.

(...)

Definicja pierwszego pocałunku

- A na co masz czekać? Sama słusznie zauważyłaś, że czas ucieka - przypomniała mi moje wcześniejsze słowa. - Zresztą wy po prostu jesteście sobie przeznaczeni. Lepiej mnie posłuchaj. Pamiętasz, jak cały czas ci powtarzałam, żebyś nie wychodziła za Igora? Widać mam jakieś paranormalne uzdolnienia. I całą sobą czuję, że nie powinnaś już uciekać. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że do tego dojrzałaś - powiedziała, ściskając mocno moją rękę, a mnie ze wzruszenia łzy zakręciły się w oczach, ale niestety nie dane nam było się porozczulać.

Do pokoju wróciły dzieciaki z drewnem do kominka, a za chwilę zjawił się Jeremi i stwierdził, że jeżeli chcę się z nim zabrać do miasteczka, to powinnam się zbierać. Czas był ku temu najwyższy, bo przed spotkaniem na plebanii chciałam jeszcze porozmawiać z proboszczem i ustalić wszelkie szczegóły. Stojąc już w drzwiach, okutana w gruby kożuch i za duże rękawice, które przyniósł mi od siebie pan Florian, spojrzałam jeszcze raz w głąb domu, gdzie w salonie Marysia układała drewno w kominku, Jagoda szeptała coś na stronie z pszczelarzem, a Filip, sądząc, że nikt go nie obserwuje, zagapił się otwarcie na moją córkę. Jak ja ich strasznie wszystkich kocham, pomyślałam ze wzruszeniem.

W końcu odwróciłam się, by zamknąć za sobą drzwi, i wpadłam wprost na weterynarza I wtedy stało się coś dziwnego. Biały, cichy świat zamarł wokół mnie. Widziałam tylko jego oczy, zarost na twarzy, a po głowie tłukły mi się fragmenty opowieści pani Leontyny: "Przez mój upór i żal tyle straciłam. I lat, i szczęśliwych chwil. Strach, upór i rozgoryczenie to nie są dobrzy doradcy". I nie mam pojęcia, jakim sposobem moje ręce znalazły się nagle na jego szorstkich policzkach.

Byłam przekonana jedynie o tym, że nie chcę już stracić ani jednego dnia, ani jednej minuty. A Czarek, cóż... Nawet jeżeli był zaskoczony, nie dał tego po sobie poznać, tylko objął mnie mocno i po raz pierwszy pocałował tak, jak prawdziwy mężczyzna powinien całować kobietę. Niewtajemniczonym zdradzę, że świat wtedy wiruje, grunt ucieka spod nóg, a czas się zatrzymuje. I myślę, że to jest najbardziej trafna definicja pierwszego pocałunku. Jednym słowem - magia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne