"Trendy", "jazzie" i "glamour", czyli polski lans

Trendy, jazzie, glamour, cool - to ulubione słowa polskich lanserów. A że z angielskiego, to przecież oczywiste. Jednym z wielu elementów dobrego lansu jest właśnie wtrącanie angielskich słówek. Gdybyście jakimś cudem znaleźli się w grupie wylansowanych znajomych, podpowiadam, na co trzeba zwracać uwagę, aby nie popełnić foux pas.

Otóż, bardzo ważne jest operowanie angielskimi wtrąceniami. Bez tego nie ma szans, aby przedrzeć się na salony polskiego lansu. Nadwiślański lanser nie mówi "przepraszam" tylko "sory", nie ma też "stylu życia", tylko ma "lajfstail". Ogólnie unika kontaktu z obciachowym językiem polskim i dlatego ogląda DVD tylko w oryginale. Lektor i tłumaczenie tylko go niepotrzebnie rozpraszają. Wypada też czytać anglojęzyczną prasę. Dobrze jest od czasu do czasu pokazać się z angielskim tytułem "maga" i im bardziej ten tytuł "dizajnerski" tym mocniej bije po oczach innych lanserów. Oprócz wtrąceń z angielskiego trzeba opanować język wszelkich skrótów. Bez nich ani rusz, dla przykładu: 4x4, MMS, JPG, MP3, G3, LOL, BB, GPS, BMW, SUV.

Reklama

Ważne jest również, aby często podkreślać, że ma się coś swojego. Podczas konwersacji trzeba stale powtarzać: mój fryzjer, mój masażysta, mój terapeuta, mój stylista, mój architekt. Bardzo charakterystyczne jest też to, że kiedy już trendy Polak mówi po polsku, to po każdym przecinku i na koniec każdego zdania wtrąca "tak". Można się jedynie domyślać, że to znak, by w tym momencie przytakiwać, bo innego wytłumaczenia nie widzę. Brzmi to mniej więcej tak: Wróciłem z Nowego Jorku, tak, tyle co wysiadłem z samolotu, tak, a polski celnik mi mówi, że mam stare zdjęcie w paszporcie, tak, to ja z nim w dyskusje, tak... itd.

Kulinaria to kolejna dziedzina, której nie odpuszczają sobie lanserzy. Uważają się za znawców kuchni świata i za nic w świecie nie zamawiają w restauracji golonki, bigosu, czy pierogów. Ich podniebienia zostały stworzone do innych smaków: papardelle, creme brulee, ewentualnie polski fusion.

Warszawcy lanserzy mają nieco lepiej niż ci z pozostałych dużych miast w Polsce. Mają bowiem na Nowym Świecie swojego Starbucksa. Żadna polska sieć kawiarni nie jest w stanie zrobić takiej latte, jaka zdarza się w Starbacksie. Dobrze zatem od czasu do czasu poparadować po Nowym Świecie z kubkiem, a potem nonszalancko wyrzucić go do kosza.

Już od kilku przynajmniej sezonów życie trendy Polaka składa się z egzotycznych wycieczek. "Holidej Destinejszyn" trzeba bardzo uważnie dobierać. Żaden Egipt czy Tunezja. Bali może w tym roku brzmieć trendy, ale trzeba dodać, że jedzie się tam na farmę piękności - dotyczy też mężczyzn, bo oni również przesadnie dbają o siebie. Oczywiste jest to, że osoba trendy regularnie ćwiczy jogę, pilates i uprawia ekstremalne sporty. Również bardzo trendy jest - i to zaskakująco już od kilku lat - posiadanie przyjaciela geja lub kumpelę lesbijkę. Jak się takiego nie ma to trzeba go/jej szybko sobie poszukać.

I wreszcie popularność. Trendy Polak wie, że nie istnieje, jeśli jego nazwisko nie wyskakuje w wyszukiwarce. Zaistnienie w mediach i w sieci jest bardzo ważne. Dobrze jest zatem zapisać się np. na kurs gotowania do Kurta Schellera, a potem puścić w internet kilka recenzji i własnych spostrzeżeń na temat gotowanych dań i doboru przepisów. Istnieć też trzeba nie tylko na Facebooku, bo ten portal społecznościowy nawet w Polsce robi się nieco passe. Teraz na topie jest Twitter. Skoro Obama już tam jest, to na swoją nieobecność nie może pozwolić sobie żaden trendy Polak, a to że z polityków uznaje tylko Baracka Obamę jest już tylko oczywistym dopełnieniem obrazka.

Ps. Polski lanser może mieć zarówno 17 lat, jak i może też być świetnie "zrobionym", zadbanym i przede wszystkim młodym duchem 40-latkiem.

Joanna Biszewska, Warszawa

Dowiedz się więcej na temat: lans | Glamour | trendy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy