Reklama

Reklama

Boże Narodzenie, które nie przynosi pojednania

Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze dzień Wigilii był bardzo specjalny. Pamiętam niezgodę w rodzinie, która była przełamywana tego wieczoru. Pamiętam też bojowy, ideologiczny komunizm, który tego wieczoru odpuszczał, dając Polakom trochę wytchnienia od "walki o nowego człowieka". Święta Bożego Narodzenia, ale może szczególnie ten przedświąteczny wieczór, utrwaliły się w mojej pamięci jako czas paradoksalnego łagodzenia napięć.

W świetle tradycji chrześcijańskiej jest to zrozumiałe. Nie przestaje być paradoksalne, ale paradoks staje się oswojony. Bo skoro "ogień krzepnie" i "blask ciemnieje", to znaczy, że dzieją się między ludźmi rzeczy, które w normalnym biegu ludzkich spraw nie powinny się wydarzać. Naturalnie, bierze się to z samego sedna wiary we Wcielenie. Skoro Bóg wcielił się w niemowlę, to znaczy, że niemożliwe stało się możliwe. Dlatego "ma granice Nieskończony", dlatego chociaż "wzgardzony", to jednak "okryty chwałą", dlatego mimo że "śmiertelny" to przecież "Król nad wiekami".

Reklama

Tak to rozumieją wierzący chrześcijanie. W Polsce, poza tym religijnym rozumieniem, utrwalił się zwyczaj świętowania Bożego Narodzenia w wersji ponadwyznaniowej, który nie stoi z nim w sprzeczności, ale jest czymś innym. To, co wywodzi się z chrześcijaństwa, jest używane jako platforma porozumienia między ludźmi po prostu. To dlatego mogą sobie tego wieczora podać rękę sąsiedzi, którzy byli wcześniej pokłóceni, chociaż niekoniecznie są wierzący, albo wierzący jest tylko jeden z nich; to dlatego podczas spotkania opłatkowego w Sejmie mogli sobie kiedyś podać rękę - na przykład - Ryszard Kalisz i Stefan Niesiołowski.

Myślę, że dla wielu uczestników tych spotkań musiało to być trudne doświadczenie. Tak jak było dla owych zwaśnionych sąsiadów trudne podanie sobie ręki. Ale trudne nie znaczy bezsensowne. Możliwe było przekroczenie podziałów i oparcie się o to, co wspólne. Wytworzył się w ten sposób w życiu publicznym pewien consensus w tej sprawie. I był jedną z coraz mniej licznych nici porozumienia, gdy wokół trwała wojna polsko-polska. I oto teraz ten consensus na naszych oczach załamuje się. Od kilku lat posłowie opozycji mniej licznie uczestniczą w opłatkowym spotkaniu w Sejmie. Przewodnicząca Rady Warszawy uległa prośbom lewicowych radnych, żeby zmienić charakter opłatkowego spotkania w Radzie: odtąd nie będzie się ono odbywało w przerwie obrad Rady i nie będą w nim uczestniczyć duchowni.

Szkoda mi tego, bo to jest kapitulacja wobec atmosfery wrogości. Zdaje się, że zwyczaj łamania się opłatkiem będzie zanikał. Już tegoroczny przebieg przedświątecznego zawieszenia broni był inny: od czasu do czasu przez śpiew kolędy przebija się odgłos partyjnej strzelaniny. Z drugiej strony motywacje opozycji (Sejm) i lewicy (Rada Warszawy) nie muszą być niskie. Mogę sobie wyobrazić, że sprzeciw wobec tej tradycji bierze się z niezgody na nieszczerość, a nawet na hipokryzję. Z tej perspektywy trzeba byłoby powiedzieć: szkoda, że nie potrafiliśmy naprawdę załagodzić wzajemnej wrogości, a zanik publicznych pojednawczych gestów jest tylko zewnętrznym skutkiem tej ważniejszej i głębszej porażki.

Roman Graczyk      

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje