Brexit niemożliwy

Brytyjczycy nie chcieli integrować się z resztą kontynentu, gdy powstawała EWG w 1958 r. Potem - po wielkich wahaniach - weszli do niej w 1973 r., ale przez lata hamowali integrację, jak tylko mogli. Wywalczyli też sobie specjalne traktowanie, zwalniające ich z niektórych obszarów integracji (strefa Schengen, strefa euro), a także obniżające wydatnie ich składkę do wspólnego budżetu. W 2016 r. zdecydowali, że wychodzą, jednakowoż od trzech lat nie mogą się ze sobą dogadać co do tego, na jakich warunkach chcą wyjść. Przez dwa lata negocjowali z Unią i w końcu osiągnęli z Brukselą porozumienie, którego jednak dwukrotnie nie ratyfikowała Izba Gmin.

Ale i więcej: ta sama Izba Gmin odrzuciła pod koniec marca wszystkie inne opcje - w liczbie ośmiu - rozwiązania problemu, w tym m. in. wyjście bez porozumienia z UE, a także odwołanie notyfikacji wyjścia, dokonanego w marcu 2016 (co zakładałoby nowe referendum).  

Reklama

Nie mogąc się dogadać między sobą, Brytyjczycy proszą Unię o kolejne odroczenia, i otrzymują je: najpierw do 12 kwietnia, a wczorajszej nocy, tuż przed upływem obowiązującego terminu, do 31 października. Stąd termin drugiego odroczenia od razu zaczął być nazywany Halloween Brexit.  

Teoretycznie może się zdarzyć cud polegający na tym, że nie czując presji czasu politycy w Izbie Gmin dogadają się szybko - wtedy Wielka Brytania opuści Unię, nie czekając na ów wynegocjowany termin końca października. Ale dziś nic na to nie wskazuje. Z dużym prawdopodobieństwem Brytyjczycy będą uczestniczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które są tuż-tuż, i w pozostałych 27 krajach członkowskich toczy się już faktycznie kampania wyborcza. Jest to konstrukcja dziwaczna, chociaż nieunikniona, skoro 26 maja Zjednoczone Królestwo będzie jeszcze członkiem Unii. Jego 73 reprezentantów zostanie wybranych do parlamentu obradującego w Strasburgu i w Brukseli po to, by po zaledwie kilku miesiącach zwolnić swoje mandaty. Tak powinno się stać, skoro - jak dziś zapewniają - kilka miesięcy później definitywnie opuszczą UE. Tak powinno się stać, skoro dodatkowy termin jest im przyznany po to, żeby uniknąć wyjścia bez porozumienia, ale nie po to, żeby w ogóle uniknąć wyjścia. Takie jest dziś oficjalne stanowisko Wielkiej Brytanii.  

Ale w rzeczywistości nic nie jest jeszcze wykluczone. Może się zdarzyć tak, że przedłużający się impas polityczny w Izbie Gmin doprowadzi jeśli nie wprost do drugiego referendum, to w każdym razie do wcześniejszych wyborów - a wtedy, w wypadku zwycięstwa Labourzystów, drugie referendum byłoby czymś oczywistym. Jeśli wygrają w nim zwolennicy pozostania w UE, sytuacja będzie jasna, bo Wielka Brytania po prostu wycofa swój wniosek o zastosowanie art. 50 traktatu europejskiego. Jeśli znów zwyciężą zwolennicy wyjścia (co z perspektywy świeżego zwycięstwa Labour Party w wyborach do Izby Gmin wydaje się dziwaczne, ale wykluczyć tego nie można), to może znowu powstać klincz.  

Mamy z tym niezły klops. Wyjście na warunkach, jakie zadowalałoby Brytyjczyków, jest niemożliwe do zaakceptowania przez Unię, bo ono oznaczałoby, że wychodząc zachowuje się przywileje członkostwa, a pozbywa tylko jego ciężarów. Wyjście bez porozumienia, tzw. twardy brexit, byłoby gigantycznym kłopotem przede wszystkim dla Wielkiej Brytanii, ale także dla 27 państw członkowskich Unii. 

Przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk, przyznał, że jego prywatnym marzeniem jest pozostanie Brytyjczyków w Unii. Niewykluczone, że tak się sprawy potoczą, w każdym razie gdyby wczoraj Brytyjczykom nie przedłużono terminu, jutro (12 kwietnia) opuściliby Unię bez porozumienia. A tak, po wczorajszej decyzji Dwudziestu Siedmiu wszystko jeszcze może się zdarzyć.  

Słyszę opinie, że niemożność wyjścia Brytyjczyków jest nową odsłoną tego samego dyktatu Unii w stosunku do państw narodowych, który niegdyś sprawiał, że obywatele państw, które "źle zagłosowały" (casus Irlandii w 2009 r.), głosowali po raz drugi, ale już ze skutkiem, którego oczekiwała Bruksela. Nie wydaje mi się, żebyśmy tu mieli do czynienia z czymś podobnym. Problem leży po stronie Brytyjczyków, którzy, po pierwsze, chcieliby wyjść i nic nie stracić, a po drugie, nie mogą dojść do zgody sami ze sobą. 

Spoglądając na problem obecności Wielkiej Brytanii w Unii z szerszej perspektywy, widzimy jeden podstawowy morał: trudno współpracować w organizmie takim jak Unia podmiotom, które, z racji różnych tradycji, interesów i położenia geograficznego, inaczej postrzegają sens takiej współpracy. Jeśli Brytyjczycy wyjdą, byłaby to na dłuższą metę strata natury geopolityczno-wojskowej. A więc byłoby szkoda. Jeśli jednak pozostaną, będą nadal czynnikiem rozsadzającym dążenia integracyjne - a sukcesywne dążenie do większej integracji było wszak od początku założeniem tego ambitnego projektu. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje