Reklama

Reklama

Co nas przytłacza - co nas ratuje

Mówi się, że to straszne, że Polska jest podzielona pół na pół. A ja uważam, że to jest całkiem normalne. Tak się zdarza w różnych wyborach, w różnych krajach. Jeśli rywalizacja jest zacięta (a u nas była), to wynik w drugiej turze zbliża się do 50:50 i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ci, którzy z tego powodu lamentują, może nie bardzo rozumieją, że mamy dwie tury głosowania i co oznacza politycznie tura pierwsza, co oznacza tura druga, a co łącznie obie.

W pierwszej turze głosujemy na kandydata, który wydaje się nam najlepszy, w drugiej na tego, który wydaje się nam najmniej zły. Co ważniejsze z punktu widzenia, który nas tu interesuje, w pierwszej turze wybieramy między wieloma (u nas, w ostatnich wyborach pomiędzy jedenastoma), w drugiej zaś pomiędzy dwoma. Tak więc, o ile pierwsza tura obrazuje aktualny kształt sceny politycznej kraju, to tura druga agreguje różne siły polityczne i sprowadza je do dwóch, które okazały się w pierwszej turze najsilniejsze.

Reklama

Tak więc zarówno w kraju silnie spolaryzowanym, jak i w mało spolaryzowanym, obraz końcowy może być taki sam: około 50:50, albo około 55:45, rzadko około 60:40. Po prostu, w systemie wyborów w dwóch turach następuje - pomiędzy pierwszą a drugą turą - silna redukcja z wielości do dwóch. Proste jak redukcja rurki hydraulicznej z ¾ na ½ cala. W tym sensie podzielona na pół jest zarówno Polska, jak Francja, jak i USA.

Ci, którzy lamentują, że Polska jest przepołowiona, niech zechcą pomyśleć, czy byłoby lepiej, gdyby wynik naszej drugiej tury był 70:30? Niech lamentujący wyborcy Trzaskowskiego wyobrażą sobie, że 70 proc. zebrał Andrzej Duda, a Rafał Trzaskowski tylko 30 proc. Niech lamentujący wyborcy Dudy wyobrażą sobie, że to konkurent ich kandydata dostał 70 proc., a ich kandydat tylko 30. Naprawdę czulibyście się, Panie i Panowie, lepiej w takiej sytuacji?

Abstrahując zaś od sympatii i antypatii politycznych, a patrząc na Polskę z wysokiego diapazonu racjonalności systemu politycznego, podział 70:30 w drugiej turze oznacza bardzo silną dominację jednego z obozów i - zazwyczaj - wynik parlamentarny najsilniejszej partii na poziomie grubo powyżej 50 proc. głosów. Co to znaczy dla funkcjonowania konstytucyjnych bezpieczników przed popadnięciem w ideologiczne czy ekonomiczne szaleństwo? Znowu proste: nie obowiązywałby już żaden "consensus aborcyjny" (niezależnie od tego jak bardzo siły progresywne dowodzą jego pozorności), nie obowiązywałaby żadna reguła wydatkowa maksymalnego stosunku długu publicznego do PKB, ani w wysokości 60 proc., ani w żadnej innej. Skoro najsilniejsza partia ma w wyborach parlamentarnych grubo ponad 50 proc., to w systemie d’Hondta ma konstytucyjną większość, a wtedy "hulaj dusza, piekła nie ma!".

No i co wtedy?

Dlatego nie należy przesadzać z marudzeniem na Polskę przepołowioną. Nasz polski problem nie polega na przepołowieniu, tylko na głębokości podziałów i na ich zideologizowaniu. To jest rzeczywisty balast, który uniemożliwia nam uprawianie normalnej polityki.

Ale o tym piszą wszyscy, zatem ja już nie muszę. 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje