Reklama

Reklama

Cofamy się

Kończy się ta dziwna, a przecież intrygująca, kampania wyborcza i wreszcie trzeba będzie podjąć jakąś decyzję.

Piszę "trzeba", wiedząc zarazem, że bardzo wielu Polaków nie zagłosuje, albo nie wie, na kogo będzie głosować. Z najnowszego sondażu Kantaru wynika, że 19 proc. wyborców raczej, albo na pewno, nie weźmie udziału w wyborach. Co więcej, nawet spośród tych, którzy zamierzają głosować (to 81 proc. uprawnionych), aż 11 proc. nie wie, na kogo odda głos. Dlatego liczby, które najłatwiej przebijają się na - jak to dawniej by się powiedziało - czołówki gazet, a więc 45 proc. gotowych głosować na Rafała Trzaskowskiego i 44 proc. na Andrzeja Dudę, niewiele w istocie mówią.

Reklama

Jeśli proporcje, który przedstawiają sondaże (ten i inne), utrzymają się, realne wyniki mogą być zbliżone do tych przedstawionych powyżej, ale tak wcale nie musi być. Wielką niewiadomą jest owych 11 proc. spośród gotowych pójść na wybory, a dziś niezdecydowanych politycznie. Jakąś niewiadomą jest część - niewielka zapewne - spośród tych, którzy 7 i 8 lipca oświadczali, że nie zamierzają fatygować się do lokali wyborczych, a jednak w ostatniej chwili zrobią to. Szczególnie ci wyborcy, w zasadzie niezainteresowani polityką, jeśli zagłosują, mogą się powodować raczej tzw. ogólnym wrażeniem niż przemyślaną analizą wad i zalet obu kandydatów.

Dlatego ostateczny wynik równie dobrze może oscylować wokół 50 do 50, jak i wokół 55 do 45. Słowem, dziś wiemy, że niewiele wiemy.

Decyzja o wyborze jednego z dwóch kandydatów jest w istocie wyrazem przyjęcia jakiejś hierarchii wartości. Dla części wyborców Andrzeja Dudy najważniejsze może być to, że programy socjalne, które urzędujący prezydent uosabia, dały im nieco poczucia godności, skoro wreszcie mogli naprawić sobie zęby, albo pojechać z dziećmi pierwszy raz w życiu nad morze. Dla innych będzie to przekonanie, że Polska potrafi się postawić państwom "głównego nurtu" w UE, a zalecenia tegoż nurtu oni oceniają jako niekorzystne dla Polski. Dla jeszcze innych Duda to gwarant, że Polska zachowa swój tradycyjny charakter, wywodzący się z katolicyzmu. Pierwsi mogą zgoła nie cenić dwóch innych motywacji, ale motywacja socjalno-godnościowa jest dla nich na tyle ważna, że poprą tę kandydaturę. Podobnie drudzy i trzeci - mogą być w sporze z innymi zwolennikami Dudy, ale ponieważ "ich" motywacja jest dla nich bardzo ważna, zagłosują na urzędującego prezydenta, choćby i nie byli entuzjastami "500 plus", a obniżenie wieku emerytalnego uważali za nieodpowiedzialne obciążanie przyszłych pokoleń naszymi długami. Tak to działa i dlatego kandydat Duda, odwołuje się do tych różnych wartości i do różnych sektorów swojego potencjalnego elektoratu z 12 lipca.   

Nie inaczej postępuje kandydat Trzaskowski. Dla części jego wyborców superważna jest sprawa osób LGBT. Dla innych ta rzecz jest marginalna, albo zgoła nie zgadzają, się z tym, co prezydent Warszawy w tej kwestii zrobił w swoim mieście, ale inne wartości, jakie niesie Trzaskowski są dla nich bardzo ważne. Są tacy, dla których będzie to świeckość państwa, ale dla części elektoratu kandydata KO, to nie ma znaczenia, albo wręcz nie chcieliby tu istotnych zmian, za to co innego ich do Trzaskowskiego pociąga. Co? Na przykład stawka na przywrócenie rządów prawa. Ci wyborcy powiedzą, że to jest rzecz fundamentalna, sprawiedliwa rama, wewnątrz której można polskie sprawy urządzać tak lub inaczej, ale bez tej ramy w ogóle państwo w zachodnim pojęciu tego słowa traci sens. Zatem i Trzaskowski musi w kampanii grać na różnych fortepianach. Taka jest demokratyczna polityka, nie ma się co na to dąsać.

A na co dąsać się można? Na unikanie debaty. Jest oczywiste, że większą w tej sprawie odpowiedzialność ponosi sztab Andrzeja Dudy, czyli - politycznie rzecz biorąc - Andrzej Duda. Bo to obóz Dudy urządził w pierwszej turze karykaturę debaty w TVP1 i należało się spodziewać, że tym razem będzie podobnie. I tak właśnie było w Końskich, tyle że już bez udziału Trzaskowskiego. W drugiej turze to Duda pierwszy odrzucił propozycję debaty w TVN i Polsacie, Trzaskowski niejako rewanżował się odmową na odmowę.

Gdyby Rafał Trzaskowski pojechał do Końskich, naturalnie narażałby się tam na zmasowany atak pracowników mediów udających dziennikarzy, no i publiczności jednoznacznie sprzyjającej Dudzie. To jasne i można prezydenta Warszawy rozumieć, a nawet mu to - po ludzku - wybaczyć. A jednak, gdyby Rafał Trzaskowski był prawdziwym fighterem, to by do Końskich pojechał, a wówczas wykazałby na oczach milionów telewidzów, że manipulacje drugiej strony są grubymi nićmi szyte, a do tego miałby sposobność wygłoszenia własnego politycznego credo. Fakt, że odbywałoby się to na nieprzychylnym mu terenie, może wobec gwizdów i nienawistnych okrzyków, dodawałby nie tylko dramaturgii wydarzeniu, ale wzmacniałby siłę gestu tego kandydata. Tego, że tak się nie stało, powinni żałować wyborcy Trzaskowskiego.

Natomiast wszyscy powinni żałować tego, że do jakiegokolwiek bezpośredniego starcia kandydatów w drugiej turze nie doszło. Współczesna polityka to spektakl, ale właśnie debata, jest momentem, w którym wszystkie scenograficzne, makijażowe i retoryczne sztuczki nie pomogą, gdy kontrkandydat jest po prostu bardzo przekonujący. To jest moment prawdy. Fakt, że go zabrakło, cofa nas - obok innych rzeczy, które się wokół tych wyborów wydarzyły - cywilizacyjnie.

Z faktu, że wina nie rozkłada się po równo, nie wynika, że się nie cofnęliśmy. Owszem, trzeba zanotować dalszy demokratyczny regres w kraju nad Wisłą.

Wszystkim życzę dobrej niedzieli.

Roman Graczyk

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne