Reklama

Reklama

​Gorzkie święto wolności

Ponieważ nie napisałem tydzień temu o rocznicy 4 czerwca 1989, czynię to niniejszym. Uważam, że rocznice narodowe należy czcić, a 4 czerwca 1989 roku jest datą znamienną, może - mimo całej dwuznaczności kontraktu politycznego, którego owocem były tamte wybory - najważniejszą, decydującą dla przełamania komunistycznego porządku. Rocznice należy jednak czcić rozumnie, to znaczy nie oddając się wyłącznie błogim wspomnieniom i myślowemu lenistwu. Inaczej historia niczego nas nie nauczy.

Tymczasem z jednej strony obchody gdańskie stały się - jak ktoś słusznie zauważył - zgromadzeniem sytych i zadowolonych, z drugiej zaś - rząd je zignorował. Ta sytuacja dużo nam mówi o dzisiejszej Polsce - wojna plemion trwa w najlepsze, nawet (a może szczególnie) w dni symboliczne dla naszego narodowego bytu.

Reklama

Syci i zadowoleni piewcy bezalternatywności przemian z 1989 r. i z lat następnych dzisiaj są na wojnie z rządem PiS-u, który nie tylko kontestuje te przemiany, ale i rozmontowuje zasady państwa prawa. To daje sytym i zadowolonym niejakie alibi wobec obowiązku krytycznego spojrzenia na 30-lecie. A tylko takie spojrzenie jest godne dumnego narodu - widocznie nim nie jesteśmy, mimo gromkich zapewnień w tej materii, zresztą obu zwalczających się plemion.

Z pewnością upadek komunizmu był błogosławioną chwilą w naszych dziejach. Jest się z czego cieszyć, jeszcze 30 lat później. Ale przecież pozbywaliśmy się tego przeklętego wynalazku Lenina i Stalina (zainspirowanych Marksem i Engelsem) nie po to, żeby w to miejsce zbudować państwo jakiekolwiek, tylko państwo dobre: sprawne, silne, wolnościowe, demokratyczne i sprawiedliwe. Czyśmy takie stworzyli? Gołym okiem widać, że nie.

Owszem, Polska jest dziś miejscem do życia o niebo przyjaźniejszym, niż była PRL. Ale trzeba pamiętać, że mieliśmy w tamtych latach świetną koniunkturę międzynarodową, gdybyśmy jej w ogóle nie wykorzystali, bylibyśmy kompletnymi patałachami. Wykorzystaliśmy ją tylko częściowo. Nie przeprowadziliśmy wielkich projektów modernizacyjnych, jakie zdolna była wykonać II Rzeczpospolita (zresztą w polskiej pamięci mitologizowana jako siódmy cud świata), nie zakorzeniliśmy demokracji liberalnej, nie zbudowaliśmy silnej armii, konkurencyjnego systemu edukacji, wydajnego systemu ochrony zdrowia. Nasz system emerytalny zagrożony jest bankructwem, nasza demografia rysuje dramatyczne perspektywy, a ratowanie się imigracją (co nigdzie na świecie nie jest bezproblemowe) w kraju takim jak Polska, wydaje się lekarstwem dziwacznym (tu: owocującym przykrymi skutkami ubocznymi). Większość wskazanych tu niedomagań idzie przede wszystko na konto Platformy Obywatelskiej i jej poprzednich wcieleń - polityka "ciepłej wody w kranie", zanim stała się doktryną rządzenia, już była, znacznie wcześniej, skuteczną przestrogą przed podejmowaniem przez kolejne rządy prawdziwych wyzwań. Ale i Prawo i Sprawiedliwość ma udział w tych zaniechaniach.

Syci i zadowoleni mają skłonność do oceny, że zdemolowanie państwa prawa to tylko i wyłącznie sprawka PiS-u. W rzeczywistości jest jednak gorzej. To jest sprawka PiS-u w tym sensie, że partia Jarosława Kaczyńskiego robi to w sposób zamierzony. Ale ja napisałem wyżej, że nie zakorzeniliśmy - my, Polacy - demokracji liberalnej. Bośmy jej nie zakorzenili. Co jest jej korzeniem? W gruncie rzeczy tylko gotowość obywateli do jej obrony. Tego zabrakło. Obiektywnie rzecz biorąc, to Polska jako całość stoczyła się na pozycję państwa władzy półarbitralnej. Co kogo obchodzi, gdzieś daleko w świecie, że tej degradacji chciała świadomie jedna partia? Ważne, że to się - na szczęście, jeszcze niecałkowicie - stało w Polsce. Polacy na to pozwolili w tym sensie, że masowo popierają partię, która tę operację rozpoczęła i otwarcie głosi, że zamierza doprowadzić ją do końca. Co kogo obchodziło na Zachodzie w roku 1939, że półdyktatorski system panujący w Polsce był wynikiem rządów sanacji? Z tamtego punktu widzenia, Polska była po prostu takim niedorozwiniętym krajem, w którym widocznie było kulturowe przyzwolenie na takie rządy. I tyle. Może - dodam na marginesie - miało to jakiś wpływ na gotowość "umierania za Gdańsk"?

Tak więc świętowaliśmy, lub nie świętowali, bo nie mamy wspólnego poglądu ani na naszą przeszłość, ani na naszą przyszłość. Orientacja, która świętowała 4 czerwca, opowiada się za państwem prawa, ale zarazem broni w zaparte tych aspektów zmiany z 1989 r., które przyniosły państwo kulawe i niesprawiedliwe. Ta orientacja głęboko nie rozumie tej połowy Polaków, którzy od niedawna mogą pojechać na wakacje do Międzyzdrojów. I nie chce ich tam widzieć, wspominając z nostalgią czasy, kiedy tych gorzej ubranych w Międzyzdrojach nie bywało. Z kolei orientacja, która nie świętowała 4 czerwca, docenia to, że biedniejsi Polacy mogą też jeździć na wakacje, ale nie uważa za wartość istotną takiej na przykład właściwości państwa, że czuwa ono nad tym, żeby rząd nie obsadzał swoimi ludźmi urzędów, mediów publicznych i sądów. To dla niej są sprawy abstrakcyjne, a więc nieważne.

Te dwie Polski są kulturowo nader od siebie oddalone. Pierwsza grzeszy arogancją, druga - ignorancją. Razem daje to państwo trochę tekturowe - głównie z winy tej pierwszej Polski, a trochę partyjne - głównie z winy tej drugiej.

Roman Graczyk    

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje