Reklama

Reklama

Kadafi: Prawo satrapy

Wczoraj agencje prasowe podały wiadomość, że siły lojalne wobec libijskiego dyktatora przejęły kontrolę nad miastem Zaouia i kontynuowały marsz na wschód w kierunku Benghazi - czyli w kierunku centrum rebelii. Dziennik Le Monde przytaczał wczoraj słowa jednego z uczestników rewolty: "Gdzie jest Zachód? W czym nam pomaga?". A także słowa Mustafy Abdela-Jalila, przewodniczącego opozycyjnej Narodowej Rady Libijskiej, który stwierdzał, że "Libijczycy są zabijani przez lotnictwo Kadafiego" i wzywał społeczność międzynarodową do "podjęcia odpowiedzialności" za tę sytuację.

Wydaje się, że czas pracuje na korzyść Kadafiego, odkąd zaczął używać do tłumienia buntu ciężkiego sprzętu włącznie z lotnictwem bombardującym. Jeśli Zachód nie zdecyduje się w ciągu kilku najbliższych dni na konkretne działania, co najmniej na ustanowienie strefy zakazu lotów, bunt zostanie utopiony we krwi.

Reklama

A Zachód się - prawdopodobnie - na to nie zdecyduje. Unia Europejska wespół ze Stanami Zjednoczonymi nie mają możliwości obejścia weta Rosji i Chin w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Interwencja NATO bez zgody Rady Bezpieczeństwa wydaje się mało prawdopodobna. Taka sytuacja miała miejsce w 1999, kiedy Sojusz Północno-Atlantycki zaatakował Serbię dla ratowania ludności Kosowa. Potem jednak przyszły interwencje w Afganistanie i Iraku, które pogorszyły stosunki NATO z ONZ i stosunki w ramach samego Sojuszu. Odtąd NATO jest strukturą niemalże tak samo niezdolną do działania jak Unia Europejska.

Unia ogłosiła w traktacie lizbońskim ambicję posiadania wspólnej polityki zagranicznej. Powiadam: ogłosiła ambicję jej posiadania, a nie proklamowała, że ją już posiada. Dlatego nazywanie przez niektórych komentatorów pani Catherine Ashton europejskim ministrem spraw zagranicznych było od początku pozbawione sensu. Tym bardziej jest to widoczne w momentach kryzysów na scenie międzynarodowej, gdy dyplomacja europejska jako poważny aktor na tej scenie nie liczy się.

W takich momentach widać dokładnie, że w Unii liczą się duże państwa oraz ich przywódcy. Kolejny raz widać, jakie znaczenie ma przywódcza osobowość prezydenta Sarkozy'ego. Oczywiście Sarkozy nie narzuci Unii zdecydowanej polityki wobec Libii, a tym bardziej polityki siły, która jako jedyna mogłaby uratować Libijczyków od zemsty ich satrapy. Ale Sarkozy przynajmniej należy do tych nielicznych, którzy potrafią nazwać problem libijski po imieniu. Bez dyplomatycznego bla-bla.

A Polska? Kiedy Francja ogłosiła, że uznaje przywództwo libijskiej rebelii za prawomocnego przedstawiciela Libii, Polska ustami wiceministra Dowgielewicza odcięła się od tego stanowiska. Dowgielewicz argumentował, że podmiotami w stosunkach międzynarodowych są tylko państwa, a Narodowa Rada Libijska państwem nie jest. Wszystko to prawda, ale to nie jest odpowiedź na pytanie, co Polska zamierza zrobić dla tych tysięcy Libijczyków dożynanych właśnie na naszych oczach przez zbirów Kadafiego.

Wczoraj w Brukseli premier Tusk powiedział językiem wybitnie dyplomatycznym o strefie zakazu lotów: "Nie wykluczamy, że zamknięcie przestrzeni powietrznej w jakiejś przyszłości byłoby warunkiem, żeby świadczyć skutecznie pomoc humanitarną". Czy to są słowa przywódcy państwa, które chlubi się swoją tradycją walk wolnościowych, owym słynnym "za wolność naszą i waszą"? W praktyce Polska mówi Libijczykom: jeśli ważniejsi od nas nie zdecydują się wam pomóc, my nie kiwniemy palcem w bucie, by podważyć prawo Kadafiego do dorzynania was.

Dowiedz się więcej na temat: Muammar Kaddafi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama