Reklama

Reklama

Kłopoty Rokity, czyli zwycięstwo plastiku

Pamiętam, był rok 1987 albo 1988, zamieściliśmy w „Tygodniku Powszechnym” wyrok sądu. Nie byle jaki wyrok. Jan Maria Rokita, opozycjonista, działacz ruchu „Wolność i Pokój” pozywał Milicję Obywatelską o bezprawne zatrzymanie w maju 1986, a Sąd Najwyższy przyznawał mu rację: tak, zatrzymanie było bezprawne.

Sprawa była precedensowa. W Polsce Ludowej nie było zwyczaju skarżenia (czy pozywania w sprawach cywilnych) władzy przez obywateli. Nie było takiego zwyczaju, bo takie sprawy były z góry przegrane. A jeśli czasem trafił się śmiałek, to jego oskarżenie prywatne (czy pozew) często w ogóle nie było przez sądy rozpatrywane. Szczególnie, gdy oskarżonym (pozwanym) miało być zbrojne ramię władzy - jak w tym przypadku.

Reklama

Rokita pozywał - formalnie - Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Krakowie, czyli Milicję Obywatelską, ale faktycznie Służbę Bezpieczeństwa. SB działała wtedy formalnie w strukturach MO, ale faktycznie "ogon kręcił psem", a już na pewno w sprawach politycznych. Otóż, było oczywiste, że w kwestii zatrzymania Rokity w maju 1986 decyzje podejmowali oficerowie SB.

Były to czasy, gdy komunizm w Polsce mocno się już zachwiał. Gdyby tak nie było, Rokita by nie wygrał, to jasne. Pod koniec lat 80-tych władza robiła różne liberalne gesty (np. w 1988 r. utworzono urząd Rzecznika Praw Obywatelskich), chcąc choć trochę pokazać się na Zachodzie, jako dyktatura z ludzką twarzą. Władza była do tego zmuszona i oporem społecznym, i dramatyczną sytuacją gospodarki, i małą już wtedy skłonnością Zachodu do finansowania polskiego deficytu.

W każdym razie krok Rokity był zuchwały i kiedy ostatecznie wygrał, stanowiło to nie lada sensację. "Tygodnik" mógł drukować ten wyrok, wraz z obszernym uzasadnieniem, ponieważ wyroki sądów z mocy prawa nie podlegały cenzurze - taka namiastka państwa prawa w państwie policyjnym, którą "Tygodnik" umiał wykorzystać.

Krok Rokity był zuchwały i odtąd ten młody człowiek z Krakowa zwrócił na siebie uwagę opozycyjnej śmietanki. Wkrótce Historia przyspieszyła, przyszły wybory kontraktowe, Rokita został posłem OKP i zaraz na jednym z pierwszych posiedzeń Sejmu wyróżnił się błyskotliwym wykazaniem, jaką w istocie większością został wybrany na prezydenta gen. Jaruzelski. Wtedy też był zuchwały. I tak, zuchwałość stała się jego przepustką do wielkiej polityki. Kariera Rokity była z pewnością pełna zakrętów, ale nie ulega wątpliwości, że na tych zakrętach widać było, że to jest facet z innej, wyższej, ligi.

Błyszczał intelektualnie, co oczywista, ale także błyszczał odwagą, skłonnością do kroków niekonwencjonalnych, nie-stadnych. 

Na początku III RP, kiedy Rokita odgrywał w polskiej polityce ważną rolę, wydawało mi się, że tacy jak on zuchwalcy stopniowo zasiedlą naszą demokrację. Pamiętałem bowiem dobrze czasy komuny, te wszystkie niby-organizacje studenckie, niby-partie i niby-parlament opanowane przez niby-działaczy, niby-polityków i niby-posłów. Więc tacy jak Rokita byli żywym dowodem, że można mieć nadzieję, iż tamte szmatławe czasy już nie wrócą. Mówiłem sobie w duchu "nigdy więcej!" i sądziłem, że budujemy system, który niejako strukturalnie eliminuje miernoty i potakiwaczy.

Ale Rokita bardzo krótko był ulubieńcem "salonu". Owszem, Geremek, Mazowiecki czy Michnik, byli pod wrażeniem jego erudycji i elokwencji, ale szybko to wrażenie ustąpiło miejsca innemu: ten młodziak za często zadawał kłopotliwe pytania, za często też samodzielnie na nie odpowiadał, a nie tak działały Unia Demokratyczna i Unia Wolności. One działały (przynajmniej do czasu Balcerowcza) na zasadzie okadzania swoich ojców-założycieli. Rokita zaczął przeszkadzać. Później było SKL i doszlusowanie do Platformy, która była mniej hieratyczna. Ale i w Platformie Rokita przeszkadzał, zatem jego odejście z powodów osobistych w roku 2007 przyjęto tam z ulgą.

Dziś nie mówię już sobie w duchu "nigdy więcej!", bo to nie ma najmniejszego sensu w sytuacji, gdy plastikowi politycy wygryźli prawie wszystkich ludzi, którym w polityce chodzi o coś więcej, niż o zdobycie i utrzymanie władzy. Jan Rokita wypadł z polityki nieprzypadkowo - nie pasował do plastikowego paradygmatu.

Nie znam dokumentacji procesu Kornatowski-Rokita, ale moje obywatelskie poczucie sprawiedliwości cierpi. W końcu Rokita nazwał, jak nazwał, Kornatowskiego, bo opierał się na ustaleniach sejmowej komisji z 1989 r., zaakceptowanych przez plenum izby. To nie jest takie znowu nic. No więc jeśli szef tej komisji twierdzi, że pan Kornatowski nie powinien być z powodu swojej przeszłości w PRL szefem policji w III RP, to taki finał tej sprawy, cokolwiek dziwi. Rokita wypowiedział opinię, do której miał praw jako szef komisji nadzwyczajnej do zbadania przestępstw stanu wojennego. Sąd uznał, że ponieważ w sprawie Kornatowskiego umorzono postępowanie karne, to opinia Rokity jest nieuzasadniona, ergo uznał - jak rozumiem, w całości - roszczenie cywilne Kornatowskiego. Coś mi w tym mechanizmie sądowym nie pasuje.

Oczywiście nie pasuje tym bardziej, że człowiek został w majestacie prawa zrujnowany za wypowiadanie opinii, do której miał podstawy. Ale już sama zasada, na której oparto to orzeczenie wydaje mi się być sprzeczna ze zdrowy rozsądkiem.

W każdym razie efekt tego rodzaju wyroków będzie taki, że ostatni ludzie, działający w polskiej polityce z wyższych pobudek, wyjdą z niej. Zostaną same plastiki.

O to wam chodziło?

Roman Graczyk

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne