Reklama

Reklama

Konstytucja to nie jest niewygodny mebel

Być może Jarosław Gowin nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i gdy nowelizacja kodeksu wyborczego wróci z Senatu na początku maja, to on ze swoimi 18 posłami będzie decydował. Z pewnością swoją zagrywką zyskał czas i być może to czas okaże się najważniejszym czynnikiem tej układanki. Bo nawet gdy Sejm odrzuci poprawki (czy veto) Senatu 6 lub 7 maja, na trzy lub dwie doby przed ciszą wyborczą, będzie za późno, by organizować wybory w formule „kopertowej”. Tak więc z punktu widzenia politycznej skuteczności, być może jego (Gowina) będzie jeszcze na wierzchu.

Ale styl, w jakim Pan Premier to rozegrał, nie był najlepszy. Po co było tak bardzo się nadymać w piątek, odwoływać do imponderabiliów, skoro w poniedziałek partia Porozumienie, koniec końców umożliwiła przyjęcie trybu głosowania, jakiego chciało Prawo i Sprawiedliwość? Dla patosu w polityce jest naprawdę bardzo mało miejsca - z pewnością nie ma go tam, gdzie nie stawia się wszystkiego na jedną kartę. Teraz cała politycznie poprawna publiczność, która nienawidzi Gowina z racji jego wyborów światopoglądowych, zyskała dodatkowy - i tym razem prawdziwy - argument przeciwko niemu. W tym sensie, Jarosław Gowin jeszcze bardziej się pogrążył w opinii środowisk, których niegdyś był ulubieńcem, a teraz uchodzi tam za zdrajcę. Trochę na własne życzenie.

Reklama

W całej tej przepychance wokół daty wyborów najważniejsze wydaje mi się jednak co innego: poszanowanie Konstytucji. Konstytucja to nie jest nieustawny mebel, który przesuwa się raz do jednego, raz do drugiego kąta pokoju. Żeby już pozostać przy tej mieszkaniowej metaforze, konstytucja (każda, dlatego piszę ją z małej litery) to są ściany domu. Czyli rama, której nie można przebudować pod wpływem kaprysu jednego tylko mieszkańca, do tego potrzebna jest zgoda wszystkich, a co najmniej znacznej większości. Opuszczając teren metafory, a przechodząc na teren prawa konstytucyjnego - potrzebna jest większość kwalifikowana, pod rządami obecnej Konstytucji (dlatego piszę ją z dużej litery) 2/3 posłów i bezwzględna większość senatorów.

Pomysł, by poprzez zmianę Konstytucji zmieniać jednorazowo kadencję urzędującego prezydenta, jest jak przesuwanie nieustawnego mebla do kąta. Nasza Konstytucja przewiduje sytuacje nadzwyczajne: na wypadek ich zaistnienia należy ogłosić jeden ze stanów nadzwyczajnych, a w jego ramach machina państwowa funkcjonuje w sposób - zgoda - specjalny, ale z zachowaniem podstawowych gwarancji praworządności. Prawa i wolności obywatelskie zostają ograniczone, ale w określonym trybie, w określonym zakresie i w proporcji do rzeczywistych zagrożeń, nigdy na wyrost i nigdy arbitralnie. Konsekwencją wprowadzenia stanu nadzwyczajnego jest odroczenie terminu wyborów. Nie ma innej drogi w praworządnym państwie.

Fakt, że za pół roku czy za rok Prawo i Sprawiedliwość miałoby trudności z wygraniem wyborów. Taki jego pech i trudno. Tak samo jak PiS niezależnie od własnych działań czy zaniechań otrzymało dobrą koniunkturę gospodarczą w 2015 roku. Takie jego szczęście i trudno. Przewracanie teraz do góry nogami porządku konstytucyjnego, mówiąc wprost: łamanie go, dlatego, że partia Pana Prezesa mogłoby w normalnych wyborach stracić urząd prezydenta, jest czymś, co nie mieści się w praworządnych standardach. A jeśli Andrzej Duda zostanie wybrany w trybie "kopertowym", przy frekwencji 30 procent, to nie będzie się już mieścić w standardach demokratycznych.

Wracając do Konstytucji, stanowienie w niej, że Prezydent RP obecnie sprawujący urząd, będzie go sprawował jednorazowo dłużej i drugi raz nie będzie mógł kandydować, to jest myślenie w kategoriach prowizorium. Zaś akt rangi konstytucyjnej nie zna takiego myślenia, z wyjątkiem przepisów przejściowych - a te w naszej Konstytucji już dawno przestały obowiązywać.

Owszem, od strony politycznej to była interesująca oferta, bo to był kompromis między aspiracjami władzy a aspiracjami opozycji, zarazem odpowiednio niwelujący lęki władzy i lęki opozycji. Ale używanie do tego Konstytucji, to traktowanie jej jak środka do bieżącej (choćby i najsłuszniejszej) polityki.

Tego robić nie wolno. Oczywiście w naszym pięknym kraju mało kto to rozumie. Ale jeśli przekracza te zasady polityk, który często - i nadmiernie - odwołuje się do zasad, to już naprawdę jest źle.

Roman Graczyk      

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy