Reklama

Reklama

Między gorszym a mniej złym

Dyskomfort w polityce to rzecz codzienna. Bardzo często zdarza się, że w wyborach – jak się to mówi – nie mamy na kogo głosować, a jednak głosujemy na kandydata mniej złego. W ogóle wybór mniejszego zła jest bodaj częstszą sytuacją w polityce od wyboru większego dobra.

Tak też sprawy się mają z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Wybory w formule wyłącznie korespondencyjnej to otwarcie pola do fałszowania wyników, nie mówiąc już o pomniejszych nadużyciach. Jest szansa, że do nich nie dojdzie, bo partii rządzącej nie uda się przekupić/zastraszyć dostatecznie dużo posłów Porozumienia. Jeśli jednak Jarosławowi Gowinowi zabrakłoby szabel w krytycznym momencie głosowania w sprawie obalenia poprawek lub veta Senatu do "ustawy kopertowej", to wówczas mielibyśmy do czynienia z wielką niewiadomą: sfałszują czy nie sfałszują? Jednak sam fakt, że instytucjonalna obudowa nie daje gwarancji uczciwego liczenia głosów byłby, w mojej opinii, decydującym argumentem na rzecz bojkotu. I, na użytek tego tekstu, zakładam, że w takim wypadku opozycja, a przynajmniej jej główne siły, wezwie do bojkotu.

Reklama

Jeśli jednak Gowinowi wystarczyłoby szabel, to wrócilibyśmy do hipotezy wyborów 10 maja w trybie tradycyjnym. To już za kilka dni, Polska będzie wtedy w pełni epidemii, czy władza  poważy się na to, żeby w tych warunkach przeprowadzać operację wymagającą przemieszczania się milionów ludzi? Wszelkie racjonalne myślenie powinno taką możliwość wykluczyć. Ale czy na pewno możemy stawiać tu na racjonalność? Dlaczego ogłoszono otwarcie żłobków i przedszkoli od 6 maja, skoro akurat małym dzieciom nie da się narzucić reżimu sanitarnego tak jak w przypadku dorosłych? Czy nie jest to próba stworzenia pozorów, że życie wraca do normy, a zatem że 10 maja można iść głosować? Zwracam uwagę, że alternatywne terminy 17 lub 23 maja byłyby (pomijając już wątpliwości konstytucyjne, które zawiera opinia Sądu Najwyższego) w dyspozycji Pani Marszałek Sejmu tylko po uchwaleniu "ustawy kopertowej", a tu mówimy o hipotezie jej odrzucenia. Czyli bez "ustawy kopertowej" mamy wybory 10 maja. I co wtedy?

Rząd może się jeszcze cofnąć, wprowadzając jeden ze stanów nadzwyczajnych przewidzianych w Konstytucji i legalnie przesuwając datę wyborów o 90 dni od momentu zakończenia tegoż stanu. Czy epidemia będzie za kilka miesięcy w fazie schyłkowej? Czy możliwa będzie kampania wyborcza dla wszystkich kandydatów, a nie jak obecnie faktycznie tylko dla kandydata prezydenta? Po wyjaśnieniu tych wątpliwości, czyli po uzyskaniu gwarancji, że te późno-letnie albo jesienne wybory będą rzeczywiście konkurencyjne, opozycja mogłaby na taki wariant przystać. I tak powinna zrobić, żeby nie pogłębiać fatalnego wrażenia, że się boi stanąć do rywalizacji.

Na razie jednak nie ma tej propozycji na stole. Jest ciągle - po prawdopodobnym odrzuceniu "ustawy kopertowej" - propozycja głosowania 10 maja w tradycyjnym trybie. Każdy będzie musiał sam podjąć decyzję, ale wielu będzie czekało na wskazówki polityków, z którymi sympatyzują. Zwolennicy PiS, jakkolwiek i ich zapał słabnie, w większości pójdą do urn, bo to tego wzywa "ich" partia. Zwolennicy opozycji dziś w większości nie wiedzą, do czego wzywa "ich" partia, czy "ich" kandydat.

To jest diabelski zakład. Jeśli zwolennicy opozycji pójdą głosować, to zalegitymizują radykalną nierówność tych wyborów, którą stworzyła specyfika czasu epidemii. A liderzy opozycji wzywając do głosowania, obiektywnie narażą pewną liczbę ludzi na zachorowanie, część zaś z nich na śmierć. Opozycja musiałaby zamówić solidne badanie na temat tego, jaka część jej zwolenników w takiej sytuacji gotowa byłaby podjąć ryzyko. Ale jeśli głosować pójdą niemal wyłącznie zwolennicy władzy, to Andrzej Duda wygra, zdobywając w pierwszej turze np. 60 proc. głosów. A co by było, gdyby opozycja wezwała do głosowania już w pierwszej turze na jednego, wspólnie uzgodnionego, kandydata? Wtedy zwycięstwo urzędującego prezydenta wcale nie byłoby przesądzone.

W takim wypadku opozycja dalej legitymizowałaby wspomnianą wyżej nierówność szans. Ale skoro ta nierówność nie uniemożliwiałaby sukcesu wspólnemu kandydatowi, to czy taka strategia nie byłaby najmniej złą? W 1989 r. opozycja przystąpiła do wyborów kontraktowych, mimo uzasadnionych wahań. Wiedząc, że wybory są z góry ustawione, bo dają ludziom władzy 65 proc. mandatów w Sejmie, zdecydowała się wziąć w nich udział, bo zakładała, że objęcie większej części z pozostałej puli 35 proc. uruchomi dynamikę polityczną, w której komuniści za jakiś czas i tak będą musieli oddać władzę. Wtedy to rozumowanie sprawdziło się z naddatkiem. Jeśli teraz strategia mobilizacji na rzecz wspólnego kandydata przyniosłaby jego zwycięstwo, to też uruchamiałoby nową dynamikę polityczną.

Z tych powodów - mimo bardzo poważnych wątpliwości - może warto?

Roman Graczyk 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje