Reklama

Reklama

​Moralne wzmożenie i jego polityczne skutki

Obsceniczny gest posłanki Lichockiej jest dla opozycji jak łyk świeżego powietrza, jak światło w tunelu, podtrzymanie gasnącej nadziei na to, że jednak można odwrócić bieg spraw, wydawałoby się dotąd, niemożliwych do odwrócenia. Tak przynajmniej rzeczy się mają w mniemaniu polityków opozycji i jej medialnego zaplecza (zob. np. "Gazeta Wyborcza", "Trzy pułapki kampanii Dudy. Czy 'dobra zmiana' zaczyna się pruć?"). Czy rzeczywiście ten gest - zgoda, że obnażający intencje obozu rządzącego - będzie jak mały kamyk uruchamiający lawinę, nie wiem. Na miejscu polityków opozycji i jej medialnego zaplecza zachowywałbym większą powściągliwość, ale też, ponieważ żyję w naszym pięknym kraju już dość długo, nie dziwię się takiej diagnozie.

Nie dziwię się jej, ponieważ w Polsce dziennikarstwo polityczne w tradycyjnym rozumieniu jest w zaniku, a zastąpiło je dziennikarstwo zaangażowane. Gdy np. słucham dyskusji o sytuacji politycznej, mam nieodparte wrażenie, że jestem na naradzie sztabu partyjnego - tej czy innej partii. Dyskusje te w zasadzie nie opisują faktów, lecz próbują odpowiadać na wciąż to samo pytanie: co zrobić, żeby nasza strona sporu politycznego zyskała, zaś żeby strona przeciwna straciła. Te narady sztabowe nie są jednak profesjonalne, nawet jako narady sztabowe. W prawdziwych naradach sztabowych prowadzi się bowiem symulacje, w których "nasi" natrafiają na niespodziewane problemy i muszą je rozwiązywać w warunkach stresu, zaś "nie-nasi" zyskują nieoczekiwane bonusy. Takie założenia gier sztabowych sprawiają, że przynajmniej polityczne rzemiosło coś zyskuje. W rzeczywistych dyskusjach politycznych jednak tak się nie dzieje. Biorą w nich udział entuzjaści (bo nawet nie prawdziwi, zimno kalkulujący, sztabowcy) udający dziennikarzy i pławią się we własnym, ideowo jakże słusznym, sosie.

Reklama

Pragnienie powodzenia "naszych" jest tak duże, że wyczekuje się na każdy sygnał karmiący to pragnienie. Dlatego taka rzecz jak obsceniczny gest posłanki Lichockiej, jest dla entuzjastów udających dziennikarzy jak manna z nieba. Rzucają się na nią jak głodne psy na miskę strawy. I zaczynają snuć marzenia. Analiza nie jest ich ulubionym zajęciem, za to marzycielstwo, owszem, w nim się spełniają.

Postawmy sprawę na ostrzu noża. Czy Andrzej Duda, a z nim Prawo i Sprawiedliwość może przegrać? Może. Czy takie sytuacje, jak nieprzystojne zachowanie Joanny Lichockiej, szkodzi kampanii Dudy? Szkodzi. Ale czy zwycięstwo opozycji jest teraz w zasięgu ręki? Oczywiście nie. Czy Andrzej Duda i PiS nie mają żadnych atutów? Oczywiście mają. Nawet w sprawie tak wydawałoby się niewygodnej jak przekazanie 2 mld zł na TVP zamiast na onkologię, obóz rządzący ma pewne atuty, których z pewnością użyje. TVP nie redukuje się do kanałów (dez)informacyjnych, a rząd planuje wydać w ciągu 10 lat aż 5 mld zł na walkę z rakiem w ramach Narodowej Strategii Onkologicznej. Jasne, że sejmowe głosowanie w miniony czwartek, okraszone występem p. Lichockiej, było wizerunkową porażką rządu i jego kandydata w nadchodzących wyborach.

Ale ten rząd ma, jak wiemy, wyjątkową odporność na wizerunkowe porażki, a nawet więcej: na realne afery. Jeśli na koniec Andrzej Duda przegra te wybory, to palec p. Lichockiej przejdzie do historii, jak kiedyś przeszła do historii pustoszejąca lodówka ze spotu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli Andrzej Duda wygra - na co, jak dotąd, wskazuje więcej przesłanek - to palec Pani Posłanki zostanie zapomniany.

Entuzjaści opozycji w mediach, wbrew swoim intencjom, nie przyczyniają się do wzrostu notowań kandydatów opozycji, a szczególnie Pani Marszałek, której przeważnie są zwolennikami. Działają usypiająco i demobilizująco. W sumie efekt jest taki jak w przypadku facebookowych memów p. Jandy - politycznie szkodzą tym, którym chcą pomagać.

Roman Graczyk 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje