Reklama

Reklama

Nieumiarkowanie w emocjach a racja stanu

Prezydent Polski nie poleci do Jerozolimy, by 27 stycznia wziąć udział w Światowym Forum Holocaustu z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Taką decyzję Andrzej Duda podjął po konsultacji z rządem na posiedzeniu Rady Gabinetowej. A głównym jej motywem był program spotkania w Jerozolimie, który zakłada, że będą przemawiać przedstawiciele Izraela, Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji, a nie będzie mógł zabrać głosu przedstawiciel Polski.

W sytuacji, kiedy Rosja ostro atakuje Polskę za 1939 r., zarzucając jej flirt z Hitlerem, a pomijając znaczenie paktu Ribbentrop-Mołotow dla wybuchu wojny, można się spodziewać nowej słownej napaści rosyjskiego prezydenta. Wobec tego uniemożliwienie polskiemu prezydentowi wygłoszenia ewentualnej repliki, uczyniło ten wybór jedynym możliwym. Andrzej Duda nie mógł postąpić inaczej, bo tego wymagała godność państwa polskiego. Zaś jego poniżona godność wpływałaby ujemnie na polskie interesy w świecie.

Reklama

Są takie sytuacje, kiedy - pomimo wszelkich różnic - trzeba się pokazać światu jako wspólnota narodowa. Sprawa tegorocznego Światowego Forum Holocaustu jest właśnie tego rodzaju.

Tymczasem czytam tekst Jana Grabowskiego w "Krytyce Politycznej", którego już sam tytuł sytuuje się w innej logice: "Duda nie ma żadnej moralnej legitymacji do przemawiania w Yad Vaschem". Dalej nie jest lepiej, bo oto dowiadujemy się od Autora, że prezydent Duda zażądał prawa do zabrania głosu "jako rzecznik 'trzech milionów polskich obywateli, którzy zginęli w Holokauście'. Doprecyzujmy to - Duda chciał zabrać głos w imieniu ludzi, którzy do polskiej wspólnoty narodowej nie należeli, których z tej wspólnoty - siłą narodowej prawicy - wykluczono i którzy ginęli w samotności i w opuszczeniu. Trzeba doprawdy wielkiej dozy typowo słowiańskiej hucpy, żeby z takim ciężarem, z jakim nieudolnie mierzy się tu prezydent Duda, w ogóle ważyć się zabierać głos w imieniu żydowskich ofiar Zagłady" (więcej TUTAJ). 

Jest to, zważywszy, że jej autorem jest polski historyk, ważna persona w badaniach historycznych nad Holocaustem i, w tym kontekście, nad stosunkami polsko-żydowskimi w czasie okupacji, wypowiedź zdumiewająca. Zdumiewa mnie w niej to, że Pan Profesor Grabowski odmawia Prezydentowi RP prawa do reprezentowania polskich obywateli, którzy zostali zamordowani podczas Zagłady, ponieważ byli Żydami. Jeśli prezydent Polski nie może przemawiać w ich imieniu i uczcić ich pamięci, to kto może? Co to w ogóle znaczy, że ci nasi współobywatele zostali wykluczeni ze wspólnoty narodowej? Czy wykluczyło ich Państwo Polskie, jego legalne władze, albo ich następcy, w którym to szeregu stoi dziś prezydent Duda? I zdumiewa mnie, że polski, a uznany za granicą, naukowiec krytykuje Prezydenta RP za jego "słowiańską hucpę" przejawiającą się w tym, że Andrzej Duda próbuje mierzyć się z ciężarem pamięci Zagłady. Kto jak kto, ale badacz Holocaustu, powinien być raz na zawsze uodporniony na teorie wyższości rasowej. Jak widać, Pan Profesor Grabowski uważa Słowian za rasę, pod jednym przynajmniej względem - hucpy - niżej stojącą niż nie-Słowianie.    

Można oceniać postawę polskiego prezydenta w sprawach polsko-żydowskich jako chwiejną, czy nieczytelną - taki jest mój pogląd. Można go krytykować za niedostateczną odporność na dyskurs historyczny polskich narodowców - taki też jest mój pogląd. Słowem, można uważać, że polski prezydent powinien lepiej spełniać rolę strażnika pamięci niż ją realnie spełnia.

Ale - na miły Bóg! - w takim momencie każdy musi sobie postawić pytanie, czy jest najpierw posiadaczem pewnej liczby poglądów, czy polskim patriotą. A jeśli polskim patriotą, to musi stać murem za najwyższym przedstawicielem państwa polskiego, nie zaś podkładać mu nogę.

Są ludzie, którzy nigdy, przenigdy nie potrafią się wyzbyć swoich emocji. I wypowiadają je z równą dezynwolturą zarówno u cioci na imieninach, jak i na dyplomatycznym raucie. U niektórych jest to cecha osobnicza, głęboko zakorzeniona, nie do pozbycia się. No trudno, tacy są i nigdy nie będą inni. Skoro jednak nie mogą w żadnej sytuacji pozbyć się owego nieumiarkowania w emocjach, to niech się nie dziwią, że stawia to pod znakiem zapytania ich rzetelność zawodową. Tu: rzetelność historyka, który przecież musi zdobyć się - choćby go i bolało - na dystans wobec przedmiotu swoich badań. Jeśli tego dystansu brakuje, a tym bardziej, gdy się ów brak głośno nazywa cnotą, to nie należy się potem dziwić zarzutom o brak bezstronności.

Roman Graczyk

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy