Reklama

Reklama

Pamięć i współczesność, których - po równo - nie potrafimy udźwignąć

Przemówienie Mariana Turskiego, wygłoszone podczas obchodów 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz, jest nie do zignorowania. Świadczą o tym oklaski prezydenta Andrzeja Dudy. Wprawdzie niemrawo, ale jednak, Prezydent RP także, jak niemal wszyscy uczestnicy tej uroczystości, wyrażał Turskiemu szacunek. Może uznał, że skoro wszyscy klaszczą, jemu nie wypada postąpić inaczej? Być może. Ale właśnie fakt, że świat cywilizowany, obecny w osobach swoich przedstawicieli w wielkim namiocie w Oświęcimiu, wyrażał Turskiemu uznanie za jego słowa, jest tym, czego polska polityka nie może zignorować.

Oczywiście, jest niebagatelna różnica pomiędzy "nie może zignorować", a "nie zignoruje" - pierwsze jest oceną, drugie jest przewidywaniem faktów, które nastąpią lub nie. W każdym razie to napięcie między opinią cywilizowanego świata a polską polityką jest godne odnotowania. Ono opisuje margines manewru polskiej polityki. Czy skończy się tak, jako to było dwa lata temu w sprawie niefortunnej nowelizacji ustawy o IPN -  nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Polska znalazła się na ławie oskarżonych za jej działania zmieniające ustrój sądownictwa - a poprzez to w zmieniające ustrój państwa tout court. Bo przecież to do tych działań odnosił się, nie wprost, ale niechybnie, były więzień KL Auschwitz-Birkenau.

Reklama

Marian Turski uczynił iunctim pomiędzy nierespektowaniem praw mniejszości a totalitarnym porządkiem. Czy mamy tu do czynienia z automatyzmem? Oczywiście nie. Gdyby tak było, większość państw europejskich w latach 30. zbudowałaby obozy śmierci, a jak wiemy uczyniły to tylko nazistowskie Niemcy i - w wersji bez krematoriów, ale z katorżniczą pracą - Związek Sowiecki. Zatem rozumnym będzie przyjąć, że Turski miał na myśli tyle, że systemowe pogwałcenie praw mniejszości stwarza warunki, w których możliwe jest budowanie totalitaryzmu. Inaczej: tylko ustrój, w którym prawa mniejszości są respektowane, jest realną zaporą przed totalitarnym zagrożeniem. Jeszcze inaczej: liberalne demokracje, dopokąd pozostają sobą, nie przedzierzgają się w totalitaryzm, a autokracje - owszem.  

Gdy porównamy dwa przemówienia z uroczystości w Auschwitz: byłego więźnia Mariana Turskiego i aktualnego Prezydenta RP Andrzeja Dudy, dostrzeżemy uderzającą różnicę. Marian Turski, mimo swoich osobistych przeżyć sprzed 75 lat, w zasadzie nie mówił o przeszłości, lecz o współczesnych zagrożeniach dla wolności. Andrzej Duda, mimo łaski późnego urodzenia, skupiał się na przeszłości, czyniąc się strażnikiem prawdy historycznej o Holocauście.

Turski stał się w tych dniach ikoną Polski antyPiS-owskiej. Duda jest kandydatem PiS-u w nadchodzących wyborach prezydenckich, siłą rzeczy więc uosabia PiS-owski projekt przebudowy Polski. Dwa wrogie sobie (a nie tylko politycznie przeciwstawne) obozy wymachują tymi nazwiskami jak maczugami. I tak już - nie mam złudzeń - pozostanie do maja. AntyPiS pod sztandarem z wizerunkiem Turskiego będzie głosił, że do 2015 r. Polska była wzorcową demokracją, aż przyszedł ten ponury Kaczor z usłużnym Dudą i wszystko zniszczyli. Otóż, to nieprawda, że Polska była wzorcową demokracją. Gdyby tak było, nie wydarzyłaby się warszawska złodziejska reprywatyzacja kamienic, dokonana przecież w majestacie prawa. I nie wydarzyłoby się parę innych złowrogich rzeczy. Ale prawda, że PiS buduje system, który nie tylko nie uleczy tych schorzeń, lecz pogorszy sytuację. Bo jeśli sądy będą się opierać na "swoich" sędziach, jak to niedawno przyznał w Senacie (lajk za szczerość) Pan Minister Ziobro, to zaistnieją podobne i gorsze dewiacje wymiaru sprawiedliwości, jak to było w przypadku 130-latków odzyskujących kamienice.

Jak to się ma do straszliwej żydowsko-niemiecko-polskiej historii? Tak, jak pokazał Marian Turski. Ale i tak, czego Turski taktownie nie powiedział, że upraszczanie obrazu przeszłości bierze się z tego samego źródła co upraszczanie obrazu teraźniejszości.

Polska panicznie oczekuje uznania od świata za jej postawę w czasie II wojny światowej - ma po temu powody, a przykłady polskiej chwały (Pilecki, Karski) wymienił w swoim oświęcimskim przemówieniu prezydent Duda. Ale historia żadnego narodu nie składa się z doświadczeń li tylko chwalebnych. Co się tyczy lat 1939 - 1945, w tym Zagłady, to Jedwabne wydarzyło się przed Shoah, a Kielce po niej. A to znaczy, że polska pamięć tego strasznego czasu nie da się zredukować do dumy z Pileckiego i z Karskiego. Sądzę, że Polska nigdy nie otrzyma tej satysfakcji od świata, jakiej oczekuje, dopóki nie będzie potrafiła mówić o swojej historii w sposób niewybiórczy.

Willy Brandt nie uklęknąłby w 1970 r. przed pomnikiem Getta Warszawskiego, gdyby rozumował w kategoriach li tylko niemieckiej chwały. Mimo że był kanclerzem demokratycznych Niemiec, w jakiś sposób wziął odpowiedzialność za haniebne czyny swoich rodaków służących III Rzeszy. Jacques Chirac nie uznałby w 1995 r. odpowiedzialności Francji za obławę w Vel d’Hiv, gdyby rozumował li tylko w kategoriach francuskiej chwały. Mimo że był prezydentem demokratycznej Francji, wziął w jakiś sposób odpowiedzialność za haniebne czyny swoich rodaków służących Vichy.

Nie twierdzę, że Polska ma taki sam bagaż odpowiedzialności historycznej do rozliczenia, chodzi mi o ten rodzaj pamięci, na który zdobyli się Brandt i Chirac. To postawa, która wyklucza mit narodu złożonego z samych bohaterów.

Polska polityka wszystkich opcji, nie tylko PiS, musi się tego nauczyć. A nie nauczy się tego - to już moje odczytanie Mariana Turskiego i to akurat dotyczy obecnie rządzących - jeśli wpierw nie uzna, że zdobycie władzy politycznej nie oznacza zdobycia władzy zmieniania reguł.

Roman Graczyk       

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne