"Państwo sezonowe"

Pisałem tu przed tygodniem, że model rządów Jarosława Kaczyńskiego najbardziej przypomina czasy sanacji (1926 -1939). Wielu krytyków PiS-u podważa to porównanie, uważając, że jest ono dla PiS-u zbyt nobilitujące. Jak to - pytają - Kaczyński ma w czymkolwiek przypominać Piłsudskiego? Myślę, że słabo znają historię, bo gdyby wiedzieli, jak dalece wskrzesiciel wolnej Polski łamał po 1926 roku prawo i dobry obyczaj, nie byliby tą analogią tak zdziwieni.

Wymieniłem wtedy dwie cechy wspólne rządów Kaczyńskiego z rządami Piłsudskiego: istnienie w polskiej polityce osoby nr 1, która pociąga za sznurki zza kulis oraz rozmontowywanie systemu rządów prawa w rękawiczkach. Nie wymieniłem, z braku miejsca, cechy trzeciej, a bardzo ważnej: ideologii naprawy państwa po latach jego deprawowania. Piłsudski mówił o sanacji, dziś Kaczyński nie używa tego słowa, ale używa wielu słów, które oznaczają w gruncie rzeczy to samo: trzeba nie tylko posprzątać po rządach poprzedniej ekipy, bo takie sprzątanie jest częścią normalnej wymiany ekip rządzących, lecz trzeba też gruntownie przebudować system, usadowić go na nowych, moralnie nieskażonych podstawach.

Reklama

Zanim Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy, nieraz wskazywałem, że Polska po 1989 popełniła niemałe zaniechania, które uczyniły naszą budowlę państwową moralnie kruchą. Mówiąc najkrócej, kompromis z siłami starego porządku (konieczny w lecie 1989) poszedł za daleko, stąd moralny fundament nowej Polski stał się nieoczywisty. To, że doktryna państwowa nie za bardzo rozróżniała, co jest żywą tradycją III RP, a co nią nie jest, sprawiało pewien zamęt. Czy tą tradycją były postawy opozycji antykomunistycznej, czy może postawa generała Jaruzelskiego, któremu urządzono państwowy pogrzeb z honorami? Nie było to jasne, a powinno było być.

W tym więc sensie uważałem dojście PiS-u do władzy za szansę na wyklarowanie owej doktryny państwowej w tym zakresie. Bo jeśli państwo czci "żołnierzy wyklętych", to nie może równocześnie, bez popadania w schizofrenię, czcić generała Jaruzelskiego.

Ale co się stało za rządów PiS-u? Oprócz tego wyklarowania, które oceniam pozytywnie, nastąpił demontaż - na razie pewnych elementów - instytucji państwa prawa. Koronnym przykładem może tu być Trybunał Konstytucyjny. Dziś władza bezwstydnie przyznaje już, że cała ta, trwająca rok, operacja, miała jeden cel: uczynić Trybunał niezdolnym do sprzeciwiania się polityce rządu. W pełni zgadzam się z ta oceną, od początku pisałem, że "operacja Trybunał" do tego w istocie zmierza. Tyle tylko, że taki sąd konstytucyjny nie mieści się w definicji instytucji kontroli konstytucyjności prawa w europejskiej kulturze prawnej. Dawny Trybunał miał z pewnością wady, ale zamiast te wady wyeliminować, zachowując jego generalną funkcję, prezes Kaczyński zarządził zniszczenie tej funkcji. Tak się stało i mamy w efekcie Trybunał-atrapę. Nie wiadomo, po co on teraz jest, skoro odtąd, pod rządami sędzi Julii Przyłębskiej i w tym składzie (a przecież przewaga sędziów z nominacji PiS-u będzie się tylko zwiększać) nie potrafi skutecznie orzec niezgodności z Konstytucją jakiejkolwiek ustawy uchwalonej przez PiS-owką większość parlamentarną?  

Pani prezes Przyłębska ("Minęła 20-ta", TVP-Info, 28 grudnia), podobnie jak pan profesor Zybertowicz oceniają, że problem Trybunału został rozwiązany. Tak też zapewne ocenia sytuację większość Polaków, skoro ostatnie sondaże (Millward Brown i CBOS z 22 grudnia 2016) zgodnie dają rządzącej partii 35 proc. głosów wyborczego poparcia. Bo taka jest - niestety - smutna prawda o świadomości Polaków. Ważniejsze jest to, "żeby było co do garnka włożyć" niż to, żeby legislacja nie była podporządkowana arbitralności władzy. Generalnie tak zawsze było i tylko od czasu do czasu udawało się jakimś idealistom zmobilizować masowe społeczne poparcie dla ich "abstrakcyjnych" postulatów. Kiedy Jacek Kuroń dowiedział się, 17 czy 18 sierpnia 1980, że w Stoczni Gdańskiej powstał MKS, a jednym z jego żądań jest uwolnienie więźniów politycznych, nie posiadał się z radości, ale i ze zdziwienia - to był  właśnie jeden z tych nader rzadkich w naszych dziejach momentów, kiedy "prosty lud" uznał pewne inteligenckie zachcianki, za swoje. Dziś - najwyraźniej - "prosty lud" nie ma takiej świadomości: istnienie, bądź nie, realnej kontroli konstytucyjności ustaw, nie wydaje mu się ważne.

Może to się kiedyś zmieni, a może nie - zobaczymy. Jednak w sytuacji, gdy normalizacyjna polityka PiS-u utrzymuje wysokie społeczne poparcie, opozycja łapie się przysłowiowej brzytwy. I tu mamy problem.

Bo to prawda, że zagrywka marszałka Kuchcińskiego z przeniesieniem posiedzenia Sejmu do Sali Kolumnowej jest niebezpiecznym precedensem, ponieważ mogłaby w przyszłości prowadzić do uchwalenia czegokolwiek jako obowiązującego prawa (nb. podobnie uchwalono w 1935 r. Konstytucję Kwietniową). Ale prawdą jest również i to, że blokowanie obrad Sejmu może się przerodzić w jakąś współczesną odmianę liberum veto. W tym sensie można powiedzieć, że choć PiS ponosi winę za rozpętanie obecnego kryzysu parlamentarnego, to opozycja ponosi odpowiedzialność za jego nadmierne eskalowanie. Co jest nadmierne - zapytacie? Bolesna prawda jest taka, że nadmierne jest wszystko, co Rosja wykorzysta, żeby przekonać Zachód, że Polska jest - znowu - "państwem sezonowym", którego nie warto traktować jako części zachodniej cywilizacji.

Sytuacja jest więc poważniejsza, niżby się mogło na pozór wydawać.

Roman Graczyk 

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje