Platforma strzela sobie w stopę

Ten, kto podpowiedział prezydentowi Komorowskiemu woltę w sprawie JOW-ów, być może pogrążył go wyborczo, ale na pewno przyszył mu łatkę populisty. I z tą łatką Pan Prezydent odejdzie z urzędu. Gdyby Bronisław Komorowski ostatecznie wygrał, ocaliłby urząd kosztem cnoty, a tak: nie ma urzędu, nie ma też i cnoty.

Jak pamiętamy, prezydent kandydat w obliczu porażki w pierwszej turze złożył nazajutrz desperacką propozycję rozpisania referendum, w którym Polacy zostaną zapytani o trzy sprawy: czy chcą wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, czy chcą likwidacji finansowania partii politycznych z budżetu państwa oraz czy chcą wprowadzenia zasady, że w sporach podatnika z fiskusem wątpliwości są rozstrzygane na korzyść obywatela.

Reklama

Na pozór, proponuje się nam same korzystne zmiany. No właśnie - na pozór tylko.  Bo wszystko to jest populizm najczystszej wody i urzędujący prezydent, którego doradcą był Tadeusz Mazowiecki, i który szczycił się tym, że jest Mazowieckiego uczniem i ideowym spadkobiercą, wykonał ruch, którego tamten nigdy, przenigdy by nie zrobił.

Oczywiście, delikatną jest rzeczą mówić za zmarłego, ale wiedząc o nim co nieco, pozwalam sobie na to, bo czego jak czego, ale takich tanich chwytów Mazowiecki wystrzegał się jak ognia. Myślę, że przewraca się w grobie oglądając ten numer swojego ucznia. Ale zostawmy Pana Premiera, a skupmy się na meritum...

Propozycja Komorowskiego, która tymczasem została potwierdzona i już wiemy na pewno, że referendum odbędzie się 6 września, jest populizmem czystej wody z kilku powodów.

Po pierwsze dlatego, że każde referendum, z wyjątkiem tych w sprawach lokalnych i zrozumiałych dla przeciętnego obywatela, może być tylko targowiskiem demagogii i obłudy. Jakoś wszyscy rozumieją, dlaczego nie należy demokratycznie rozstrzygać tego, czy robić, czy nie, operację serca pacjentowi XY, a tu jakby nie rozumieli. A to jest to samo. To znaczy, że problem wymaga wiedzy równie specjalistycznej, chociaż oczywiście z zupełnie innej branży.

Ordynacje wyborcze są nader skomplikowanym mechanizmem - o sposób ich funkcjonowania, o ich skutki dla reprezentatywności opinii grup interesów, dla ustrukturyzowania sceny politycznej, dla sprawności rządzenia, dla stopnia "rozliczalności" rządzących można wieść długie spory. Ale mogą je - jeśli rozmowa ma być serio - prowadzić tylko ludzie, którzy na tej problematyce zjedli zęby. A i tak nie będzie zgody, bo nauki społeczne nie są fizyką. Tu nie da się wszystkiego policzyć, zawsze w tych wyliczeniach pozostanie pewien margines niepewności.

Nie mam wątpliwości co do tego, że spora część polskich parlamentarzystów nie jest dość kompetentna, żeby o tym rozmawiać i decydować. Na szczęście mamy dobry (tak, tak!) zwyczaj dyscypliny partyjnej, więc debata i decyzja Sejmu i Senatu na ten temat jest możliwa. Oczywiście, niebagatelną rolę odegrają tu czynniki czysto polityczne. Ale one odegrają jeszcze większą role w debacie referendalnej, zaś natura tej instytucji sprawi, że debata nieuchronnie przerodzi się w populizm. Padną w tej debacie najdziwniejsze argumenty. Mało tego, nawet politycy mający kompetencje w tej materii (dodam, że nieliczni) będą używać raczej argumentów głupich niż mądrych, bo wiedzą, że mądrymi trafią do kilku promili Polaków, którzy jarzą, o co w tym w ogóle chodzi, a głupimi do wielokrotnie większej liczby.

Po drugie referendum z 6 września jest populizmem dlatego, że JOW-y przestały być sprawą gardłową odkąd scena polityczna składa się z kilku dużych partii. Doszliśmy w tej tendencji nawet do pewnej przesady, ale to nie JOW-y są lekarstwem na ten eksces. Przeciwnie, one go utrwalą (jeszcze bardziej spolaryzują scenę polityczną).

Gardłowałem za tym rozwiązaniem jakieś 20 lat temu, kiedy mogło ono uzdrowić ówczesne defekty polskiej polityki - dziś tych defektów już nie ma. Owszem, wprowadzają JOW-y innego rodzaju relację między wyborcami a wybranymi - to jest pewna wartość. Ale czy w polskich warunkach doprowadzą do uniezależnienia się wybitnych kandydatów od aparatów partyjnych, to jest wielce wątpliwe.

Polak potrafi. U nas nie działają mechanizmy polityczne, które działają w starych demokracjach, a to z powodu naszej kapuścianej, posttotalitarnej jeszcze kultury politycznej. Trzeba sobie to uczciwie powiedzieć i nie obiecywać skołowanym ludziom gruszek na wierzbie.

Krótko mówiąc: JOW-y mają swoje wady i swoje zalety, lecz z pewnością nie jest to w dzisiejszych warunkach żaden cudowny wynalazek, który uzdrowi z dnia na dzień polską politykę. Sugerowanie, że tak będzie, jest po prostu nieuczciwe. Kto jak kto, ale Bronisław Komorowski doskonale to wie, jego słynna wolta z piątku na poniedziałek świadczy tylko o tym, że porzucił trzymanie się zasad dla próby utrzymania urzędu.

Po trzecie, wyborcy Platformy dość wyraźnie widzą te wszystkie płycizny myślenia i to oszustwo. Jest ono tak daleko posunięte, że nawet moje ulubione Radio TOK FM dało temu jednogłośnie wyraz w dzisiejszej porannej rozmowie komentatorów (Jerzy Baczyński, Radosław Markowski, Paweł Wroński). Bądź co bądź wśród wyborców Platformy jest trochę inteligentów, którzy cokolwiek rozumieją. A ci, co nie rozumieją, posłuchają Baczyńskiego, Markowskiego i Wrońskiego, którzy zgodnie uznali, że całe to referendum to taki humbug, że nie honor tego nie powiedzieć.

W innych pytaniach referendalnych sprawy nie mają się wiele lepiej, ale o tym może innym razem.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje