"Pokłosie" ma prawo

Ubolewam nad tym, co spotkało Pasikowskiego i Stuhra w związku z "Pokłosiem". Z kilku powodów. Po pierwsze, nie mam zaufania do argumentów naganiaczy. Gdy słyszę nagonkę, a priori jakoś mi tu nieładnie pachnie. Po drugie, nie jestem z tych, którzy zalecają opowiadanie historii jako zamiatanie pod dywan - takich lub zgoła innych - wstydliwych spraw. Po trzecie, mówimy o filmie, czyli - było nie było - o dziele sztuki.

A więc: po pierwsze - nagonka. Nie lubię stadnych reakcji, a tym bardziej stadnego myślenia, bo w stadzie wektor myślenia zmierza do zera w miarę jak wektor dobrego samopoczucia zmierza do nieskończoności. Przekrzykiwanie się na patriotyzm nic tu nie zmienia. Bo co, powiemy, że kiepskim patriotą był Skarga czy Mochnacki? Kiepskim patriotą był ks. Musiał, którego miałem zaszczyt znać osobiście?

Reklama

Patriotyzm to coś innego niż to, by zawsze mówić dobrze o swoim narodzie, i ci tu wymienieni mieli odwagę przeciwstawiać się w tej kwestii opinii większości. Nie chodzili w stadzie, myśleli. Zapewne niekiedy błądzili, ale ja już wolę trafić na manowce z kimś samodzielnym niż iść szerokim traktem razem ze wszystkimi. Bo "ze wszystkimi" chodzą także potakiwacze, karierowicze i konformiści. Także tacy, którzy dziś razem "ze wszystkimi" napadają na Stuhra i Pasikowskiego, a kiedyś (jeśli mają dostatecznie dużo lat) napadali na "warchołów z Radomia i Ursusa", a wcześniej na "syjonistów i rewizjonistów". Oczywiście, nie oni nadają ton, oni się tylko przyłączają. A ja jakoś nie lubię tych-co-się-przyłączają.

A więc: po drugie - zamiatanie pod dywan. Wspomniany już ks. Musiał mówił: będziemy lepszymi Polakami, jeśli otwarcie powiemy także o ciemnych plamach w naszej historii. Pasikowski to postanowił powiedzieć w "Pokłosiu", Stuhr to aktorsko odtworzył - ich motywy nie powinny być poddawane w wątpliwość. A są.

Jakoś tak się dziwnie składa, że w Polsce stosunek do historii jest pod pewnym względem taki sam z obu stron polityczno-ideowej barykady. Tak samo niedorzeczny. Jedni (ci od patriotyzmu) mówią: trzeba pokazywać tych, którzy donosili za komuny, ale nie można - tych, którzy zabijali Żydów. Drudzy (ci od otwartości) mówią: trzeba pokazywać tych, którzy zabijali Żydów, ale nie można - tych, którzy donosili za komuny. Czyli hasłem tych pierwszych jest: lustracja - tak, Jedwabne - nie. Hasłem tych drugich: lustracja - nie, Jedwabne - tak. A ja mówię: lustracja -tak, Jedwabne - też tak.

A więc: po trzecie - dzieło sztuki. "Pokłosie" jest filmem fabularnym. Czy ktoś rozumny w Ameryce odsądzał od czci i wiary reżysera "Forrest Gumpa" za to, że armia amerykańska w Wietnamie w jego filmie raczej nie rozdaje małym Wietnamczykom cukierków, tylko robi mniej sympatyczne rzeczy? Historia jest tragiczna, jak i w ogóle nasza egzystencja tutaj. Także amerykańska i także polska, bo obie są ludzkie, czyli skażone ludzką małością, skończonością (chrześcijanin powie: grzechem pierworodnym). Pastelowe filmy, takie które tego tragizmu nie pokazują, też wolno robić, takie jest dobre prawo twórców, żeby uciekać od dojmującej rzeczywistość w psychologizację czy w estetyzację. Ale dajmy też artyście prawo zrobić film zgoła niepastelowy - czarny do bólu, a nawet przeczerniony jak "Pokłosie".

Ten film pokazuje pewną rzeczywistość (zabójstwa Żydów dokonywane przez Polaków po 1941 roku, na terenach które na mocy tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow przypadły Sowietom), która jest ciągle wypierana z masowej świadomości Polaków. Takie jest jego przesłanie. I to pozostanie zasługą Pasikowskiego w historii Polski, nie tylko w historii polskiego kina. I teraz: pytania o pełną adekwatność tego obrazu do rzeczywistości historycznej można stawiać, ale one nie imają się "Pokłosia" jako dzieła sztuki. Nie mają też wpływu na moralne jego przesłanie. Bo jeśli ma ono wstrząsać sumieniami dzisiejszych pokoleń, to bez znaczenia jest tłumaczenie poprzednich pokoleń okolicznościami. Nieprawda, że "wszystko zrozumieć - to wszystko przebaczyć".

Takie obiekcje byłyby uzasadnione, jeśliby się traktowało film Pasikowskiego jako pełny wykład historyczny, jako pretendujący do obiektywizmu opis, jak to naprawdę było w okolicach Łomży po ucieczce Sowietów i wejściu tam Niemców, a więc po 22 czerwca 1941. Ja "Pokłosia" tak nie traktuję. Takiego obiektywizmu wymagać należy od rozpraw historycznych, a i esej historyczny w jakimś stopniu musi się do tego stosować, o czym niewątpliwie zapomniał Gross w swojej ostatniej książce. Jeśli tak, to trzeba powiedzieć, co się stało 17 września 1939 roku i jaka w tym, co się wtedy stało, była rola Żydów. Wiemy, że ich udział w sowieckiej okupacji Polski był nieproporcjonalnie duży. A więc nie tylko obcość religijna, ciemnota i pazerność, ale także całkiem dobre rozeznanie tego, co wtedy - słusznie - nazywano Żydokomuną.

To wszystko prawda, ale dlaczego wymagamy od filmu fabularnego, żeby tak wyważał racje, jak to ma czynić rozprawa naukowa? Ja tego od filmu fabularnego nie wymagam. Bo gdyby takie wymaganie postawić, to nie ostanie się żadne, nawet najwybitniejsze dzieło filmowe oparte na motywach historycznych. Nie ostanie się, bo obiektywizm zabije wizję artystyczną. A to są dwa różne światy.

A zatem: nie mylmy gatunków.

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: tych | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy