Rząd przetrwa, ale...

Wszystko wskazuje na to, że w piątkowym głosowaniu nad konstruktywnym wotum nieufności rząd się obroni, a nawet – co kilka dni temu stało pod znakiem zapytania – że obroni się w osobnym głosowaniu minister Sienkiewicz. Można zapytać, jaki sens mają takie wnioski, gdy z góry wiadomo, że przegrają. Nie jestem zwolennikiem zbyt prostej odpowiedzi, takiej, jaka leje się teraz spod piór dziennikarzy biegnących na pomoc rządowi.

Otóż, w praktyce parlamentarnej zachodnich demokracji, i to tych dobrze urządzonych, obrosłych długą tradycją, tego rodzaju wnioski-demonstracje polityczne również się składa. Po co się to robi, gdy niemożliwe jest (w danym momencie) obalenie rządu?

Po to, żeby podkreślić w debacie publicznej, że rząd nadużył zaufania, przekroczył swoje uprawnienia, popełnił poważne błędy etc.

Reklama

Naturalnie, muszą to być nadużycia i błędy poważniejsze niż te krytykowane na co dzień. Bo przecież opozycja parlamentarna właściwie każdego dnia wytyka rządowi, że ten prowadzi złą politykę - takie jej prawo i taka jej rola.

Gdy jednak rządowi przydarzy się gruba wpadka, trzeba o tym mówić dobitniej niż w trybie codziennej antyrządowej krytyki. Taka wpadka niewątpliwie przydarzyła się rządowi Donalda Tuska w postaci "taśm" - tych od "Sowy" i innych.

Nic dziwnego, że opozycja bije na alarm, a w ramach tego alarmu największa partia opozycyjna składa w Sejmie wniosek o wotum nieufności dla ministra spraw wewnętrznych i wniosek o konstruktywne wotum nieufności dla rządu.

Takie wnioski - mimo że skazane na porażkę w sensie parlamentarnej arytmetyki - są amunicją w politycznej wojnie. Bo polityka w demokracji to rodzaj permanentnej wojny.

Ci, którzy mówią o tym z obrzydzeniem, chyba nie pamiętają, jaki śmiertelny porządek panował w gmachu przy Wiejskiej przed 1989 r. i chyba niezbyt śledzą życie parlamentarne naszych zachodnich, z dawien dawna demokratycznych, partnerów.

PiS nie liczy przecież, że obali tym razem rząd Tuska. Ale liczy - i nie bez racji - że przez to wotum nieufności, choć z góry przegrane, w sposób bardziej wyrazisty niż to możliwe na co dzień, pokaże słabości tego rządu. Z tego punktu widzenia dobrze oceniam wczorajsze wystąpienie sejmowe posła Krzysztofa Szczerskiego (nota bene zupełnie inaczej niż jego wystąpienie przed dwoma tygodniami, które było ogólnikowe i emocjonalne).

Poseł celnie punktował wczoraj rząd, mówiąc, że taśmy pokazały układanie się rządu z bankiem centralnym w sprawie interesów politycznych rządu, że Polska wypadła z grona aktywnych podmiotów politycznych w kwestii ukraińskiej, że rząd wspiera (poprzez reklamy spółek Skarbu Państwa) przychylne mu media.

To wszystko są nie tylko ciężkie, ale i celne zarzuty - "taśmy" to niewątpliwie pokazały, rządowi będzie trudno przekonująco na te zarzuty odpowiedzieć.

Ponadto Szczerski nie używał w swoim wystąpieniu terminu "rząd techniczny", tylko mówił o "nowym polskim rządzie profesora Piotra Glińskiego". Miał rację, bo termin "rząd techniczny" jest dziwacznym konstruktem - Konstytucja nie zna takiego bytu, rząd jest wtedy, kiedy ma absolutną większość w Sejmie i tyle.

Zresztą, niektórzy krytycy PiS-u słusznie zwrócili uwagę, że termin "rząd techniczny" czy "premier techniczny" obniża rangę polityczną prof. Glińskiego. Po co? Jak się chce kogoś prosić om pomoc w polityce, nie należy mu od razu mówić - i to publicznie - "jesteś mniejszy od Prezesa".

Z tych wszystkich powodów uważam przemówienie Szczerskiego za dobrą lekcję demokracji. Myślę, że było dobre dla PiS-u, ale to nie mój problem. Było dobre dla debaty o polskiej polityce, podnosiło jej poziom. Dlatego było warto zgłosić taki wniosek i nawet przegrać głosowanie.

Roman Graczyk 


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy