Reklama

Reklama

Seks i demokracja

Grzegorz Napieralski marzy - podobno - o tym, żeby wreszcie wejść, po najbliższych wyborach parlamentarnych, do rządu ("Rzeczpospolita", 9 lutego). Te marzenia mają jakieś podstawy.

Od wielu już miesięcy dobry wynik Napieralskiego w walce o prezydenturę, w lipcu ubiegłego roku, przekłada się na lepsze notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Potwierdza to także najnowszy sondaż dający SLD 13 proc. (sondaż TNS OBOP, "Gazeta Wyborcza", 9 lutego). Z kim Napieralski miałby (współ)rządzić? - zapytacie. Z kimkolwiek - odpowiada sam zainteresowany. I to dopiero jest problem.

Reklama

Z racji historycznych i światopoglądowych trudno sobie wyobrazić koalicję rządzącą SLD z PiS-em. Ale ponoć Napieralski jej nie wyklucza i w tym celu gotów jest politycznie zrelatywizować spór z PiS-em o wyjaśnienie śmierci Barbary Blidy.

Z kolei z racji gospodarczych i socjalnych nie jest mu blisko do (niby)liberalnej Platformy. Może zamiar wystawienia na listach wyborczych SLD Leszka Millera, tak dobrze ocenianego przez biznes (co jest zresztą rzeczą osobliwą) służy zniwelowaniu różnic obu partii w tych dwóch dziedzinach?

Tak czy inaczej, Napieralski niczego nie wyklucza. 8 lutego mówił o tym w RMF FM: "O koalicjach rozmawia się zawsze po wyborach parlamentarnych" (cytuję za "Rzeczpospolitą" z 9 lutego). Zapamiętajmy to spostrzeżenie, bo ono wiele mówi - nie tylko o SLD i Napieralskim. W przypadku lidera SLD wyraża jego plan polityczny na najbliższe miesiące, który da się streścić słowami: mogę współrządzić z każdym. Ale spostrzeżenie to wyraża także coś o wiele więcej i wiele ważniejszego. Co mianowicie?

To, że "o koalicjach rozmawia się zawsze po wyborach parlamentarnych" jest okolicznością wyborną wprost dla wszystkich liczących się polityków wszystkich partii. Jest - rzec można - rdzeniem tego sposobu uprawiania polityki, jaki znamy w Polsce od 1989 r. I jej zmorą.

Bo cóż to w istocie znaczy, że najważniejsza w demokracji parlamentarnej decyzja polityczna zapada "po" wyborach, a nie "w trakcie" wyborów? Różnica jest zasadnicza, choć nie wszyscy u nas zdają sobie z tego sprawę.

Jeśli ta decyzja zapada zawsze "po", to znaczy, że wyborcy już do tej decyzji w ogóle nie są potrzebni. Zagłosowali, czyli zrobili swoje, a teraz im już dziękujemy. Dawniej napisałoby się: "Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść", ale dzisiaj w dobie tej postaci poprawności politycznej, która odbiera ludziom rozum, już się tak nie napisze.

W każdym razie, obywatele-wyborcy po głosowaniu już nie są potrzebni, bo teraz sztaby partyjne załatwią rzecz między sobą. I mogą rzecz załatwić zupełnie niezależnie od tego, jak ludzie głosowali. Dlatego politycy tak to lubią.

Ten problem nurtował Piłsudskiego przed rokiem 1926. Nurtował go do tego stopnia, że postanowił mu zaradzić na sposób, jaki dobrze znał: organizując zamach stanu. Niech mu ziemia lekką będzie! Ma inne zasługi.

Pokazuję ten przykład w wielkim skrócie (bo inaczej się w tym miejscu nie da), żeby podkreślić, że demokracja oparta na "partyjnictwie", jak mówiono przed wojną (przedwojenne "partyjnictwo" w odróżnieniu od powojennego "partyjniactwa" - te słowa dzieli epoka) prowadzi do jej degeneracji.

Niezależnie od tego, że Marszałek w ogóle nie był miłośnikiem demokracji, miał sporo racji w ocenie tego jej kształtu, jaki u nas zapanował po pierwszej wojnie światowej. Sytuacja pod tym względem po 1989 r. jest - oczywiście - dużo lepsza, ale pewne wady przedwojennego "partyjnictwa" zakorzeniły się na dobre. Na jak długo?

Na długo jeszcze, bo dopokąd nie zrozumiemy, że demokracja parlamentarna nie musi koniecznie wyzuwać obywateli z ich najważniejszego prawa: prawa wskazania, kto ma w kraju rządzić. To kwestia systemu wyborczego.

W systemie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) nie jest możliwa (a już na pewno nie jest możliwa jako trwała tendencja) taka sytuacja, że "o koalicjach rozmawia się zawsze po wyborach parlamentarnych". Przeciwnie, w tym systemie o koalicjach rozmawia się zawsze przed wyborami. Ma to ogromne konsekwencje dla roli obywateli w tym procesie.

Jeśli decyzje zapadają "po", to murzyn, przepraszam, służący może odejść, a jeśli przed, to obywatel jest współgospodarzem swojego kraju, bo jego głos w jakiejś części rozstrzyga nie tylko o tym, jaki jest wynik wyborów, ale jaki rząd powstanie po wyborach.

W krajach, gdzie panuje system JOW, oferta wyborcza jest sformułowana tak, że z góry wiadomo, jak wynik wyborów przełoży się na barwę polityczną rządu. U nas tego nie wiadomo i o to właśnie chodzi politycznym macherom. Pognałbym ich chętnie, gdzie pieprz rośnie. Może nie jak Piłsudski w 1926 roku, bagnetami i karabinami, ale jak np. taki de Gaulle w 1958 systemem JOW.

W Belgii nie stworzono rządu po wyborach, które odbyły się w czerwcu, a mamy, chwalić Boga, luty. Podobno ma temu położyć kres dopiero apel do Belgijek (a właściwie, co jest sednem problemu, do Flamandek i Wallonek), aby odmawiały seksu swoim mężom-politykom do czasu, aż się dogadają.

Z całym szacunkiem dla seksu, ale jeśli ten apel okaże się skuteczny, to czy belgijska demokracja jest w ogóle poważna?

A nasza?

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: 'Rzeczpospolita' | "Rzeczpospolita" | Grzegorz Napieralski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy