Szariat w Europie?

Kiedy kilkanaście lat temu czytało się ideologiczne wynurzenia islamistów, można było wzruszyć ramionami. Owszem, ich wizja nowego światowego porządku, poddanego rządom Koranu, była całościowa, spójna, ożywiana silną wiarą - zatem spełniała kryteria konieczne do uznania jej za ideologię. Stawała się groźna w tym sensie, że była pewnym intelektualnym narzędziem, które na podatnym gruncie może poczynić Zachodowi poważne szkody. Ale tego gruntu jeszcze wtedy nie było. Dziś już jest.

Wizja Francji jako kalifatu francuskiego, Niemiec jako kalifatu niemieckiego, wizja flagi Państwa Islamskiego łopoczącej nad Bazyliką Świętego Piotra (czy na jej dymiących ruinach) dzisiaj jest już czymś innym. Nawet jeśli nie stanowi zagrożenia, które może spełnić się jutro, musi odtąd być umieszczana bardzo wysoko na liście zagrożeń bezpieczeństwa Zachodu. Świat się zmienił.

Reklama

Zmienił się, co widać chociażby po sekwencji wydarzeń, które zbiegły się w czasie z sobotnimi zamachami islamistycznymi w Kopenhadze. Kiedy Omar El-Hussein strzelał najpierw do duńskiego filmowca, a potem do żydowskiego ochroniarza synagogi, świat obiegały inne informacje, które dobrze się komponują z wydarzeniami w stolicy Danii.

Oto libijska gałąź Państwa Islamskiego przyznała się do egzekucji 21 Koptów pochodzących z Egiptu. We Francji, w departamencie Dolna Nadrenia odkryto profanację około 200 grobów na żydowskim cmentarzu. W Niemczech władze miasta Brunszwik ogłosiły, że w tym roku nie odbędzie się tam tradycyjna parada karnawałowa, ponieważ istnieje groźba zamachu terrorystycznego...

Nie sądzę, żeby ktoś koordynował te wydarzenia. Po prostu, takie lub podobne rzeczy powoli stają się na Zachodzie codziennością. Zamach terrorystyczny islamskiej proweniencji jest dziś czymś innym niż był kilkanaście lat temu, ponieważ inny jest dziś kontekst. Wtedy taki zamach pozostawał izolowanym aktem, bo poza nim życie toczyło się normalnie. Dzisiaj już nie: zamachy się powtarzają, ale i poza nimi mamy wiele zjawisk (niekoniecznie tak drastycznych jak wymienione), które zmieniają stosunek sił.

Twierdzenia niektórych ekspertów od spraw bezpieczeństwa, że nie ma jakościowej różnicy między terroryzmem lewackim z lat 70. (Czerwone Brygady, Frakcja Czerwonej Armii, Baader-Meinhof), a obecnym terroryzmem islamskim, są jakimś nieporozumieniem. Być może nie ma wielkiej różnicy na poziomie technologii zabijania, ale jest inna fundamentalna różnica: w zakresie bazy społecznej.

Terroryści lewaccy nie mieli tej bazy, a przynajmniej nie mieli jej w takim stopniu. Skrajna lewica polityczna - przy wszystkich jej utopijnych pomysłach - zasadniczo nie nawoływała do zabijania. A jeśli już, były to małe grupki, bez realnego poparcia społecznego. Dzisiejsi islamiści słuchają kazań radykalnych imamów w Paryżu, Berlinie czy Brukseli i stamtąd czerpią pierwsze zachęty do wstąpienia na drogę walki o "rządy Boga". A  na przedmieściach francuskich, niemieckich, belgijskich i w ogóle wszystkich zasobnych krajów w Europie Zachodniej mieszkają miliony ludzi spoza Europy, najczęściej muzułmanów, najczęściej mniej czy bardziej zmarginalizowanych  społecznie, zawodowo, kulturowo. To są rozsadniki dżihadu.

Jeśli kilkanaście tysięcy młodych ludzi, obywateli państw zachodnich, walczy dziś w szeregach Państwa Islamskiego w Syrii i w Iraku, to jest wskaźnik, który każe bić na alarm. Bo to już nie są "ludzie stamtąd", to są "ludzie stąd" - współobywatele Francuzów, Niemców, Belgów i innych zachodnich Europejczyków. Obywatele Unii Europejskiej, tak jak Polacy.

To już ostatni dzwonek, żeby zacząć o tym rozmawiać nareszcie poważnie, bez poprawnego politycznie bełkotu, który strasząc rasizmem od 40 lat nie zauważa problemu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy