Reklama

Reklama

Szymon Hołownia przeszkadza skrajnościom

Jesienią wielu komentatorów polityki, niekiedy wpływowych, wysuwało pomysł "obywatelskiego kandydata" na prezydenta. U podstaw tego pomysłu stały różne powody, ale główny był taki, że partie polityczne wyalienowały się od problemów zwykłych ludzi i wystawiają do walki o fotel prezydencki kandydatów w tym sensie niewiarygodnych. Gdyby znaleźć kogoś wiarygodnego spoza polityki, ludzie by na niego głosowali – twierdzono.

Kiedy Szymon Hołownia ogłosił zamiar kandydowania, ci sami komentatorzy orzekli, że to jakieś nieporozumienie. Równocześnie mówiono, że gdyby do rywalizacji stanęła Olga Tokarczuk, to, owszem, byłaby ona "kandydatem obywatelskim", co się zowie. Dlaczego nie zmierzono wtedy Hołowni i Tokarczuk jedną miarą?

Reklama

Dlatego, że Hołownia ma inne poglądy niż Tokarczuk. O ile on jest za ekologią, która nie kłóci się z chrześcijaństwem, o tyle ona proponuje ekologię, która byłaby zburzeniem tradycyjnego porządku (człowiek nie jest "koroną stworzenia"). O ile on chciałby przywrócenia zrównoważonych stosunków między państwem a Kościołem, o tyle ona chciałaby powolnego wyrugowania Kościoła nie tylko z przestrzeni publicznej, ale w ogóle z życia Polaków - także z ich życia najzupełniej prywatnego.

Dlatego dla Jacka Żakowskiego, który jest twarzą tego nurtu, Szymon Hołownia-kandydat to "człowiek znikąd", wnoszący do polskiej polityki niebezpieczeństwo chaosu, ale Olga Tokarczuk, która wcale nie ma większego doświadczenia politycznego niż Hołownia, to ratunek dla Polski.

Hołownia przeszkadza lewicy i skrajnej lewicy, wszelkiego rodzaju progresistom, bo dla nich jest polskim tradycjonalistą, chwalcą polskiego zaścianka. Ale Hołownia przeszkadza też innym. Bo dla prawicy i skrajnej prawicy jest nie dość tradycyjny i - szczególnie - nie dość katolicki. Dla nich Hołownia ma tę wadę, że nie głosi jednoznacznie katolickiego programu. Kandydat mówi, że prywatnie jest przeciwko aborcji, ale jako prezydent utrzymałby obecnie obowiązującą ustawę. To denerwuje te kręgi katolików, które uważają, że w Polsce należy (z powodów religijnych i moralnych) i można (ze względów politycznych) wprowadzić pełny zakaz aborcji. Co się tyczy względów religijnych, to jest kwestia łaski wiary lub jej braku, co się tyczy względów moralnych, uważam, że w zasadzie mają rację, ale gdy chodzi o politykę, to jest ona sztuką realizowania wartości w miarę możliwości. A te zasadniczo wyznacza zakres moralnego consensusu w społeczeństwie. Otóż, z pewnością nie ma dziś wśród Polaków zgody na całkowity zakaz aborcji. Podobnie jak nie ma wśród nich zgody na jej pełną liberalizację.

Tu dochodzimy do problemu roli prezydenta. W polskim systemie konstytucyjnym nie jest on figurą rządzącą, raczej bezpiecznikiem przeciwko wynaturzaniu demokratycznych instytucji. Prezydent ma w swoim ręku tylko jedną broń atomową: veto ustawodawcze. Reszta to, z grubsza rzecz ujmując, współudział w decyzjach i reprezentowanie Polski. Nie jest to mało, ale nie jest to też rządzenie państwem. Natomiast rola bezpiecznika może mieć znaczenie. I wiemy, że będzie mieć ogromne znaczenie polityczne, jeśli w maju wygra dowolny kandydat antyPiS-u, włącznie z Hołownią.

Z punktu widzenia PiS-u i jego kandydata Hołownia jest kłopotliwy, bo odbiera Andrzejowi Dudzie część jego wyborców. PiS wolałby mieć w drugiej turze do czynienia z Małgorzatą Kidawa-Błońską. Z punktu widzenia antyPiS-u ważne jest, który z kandydatów miałby największe szanse w drugiej turze. Na razie widać tylko pierwszą turę i jest nie do uniknięcia rywalizacja pomiędzy kandydatami antyPiS-u. Ale po niej przyjdzie tura druga i należałoby myśleć, jak się ma pierwsza tura do drugiej.

Co antyPiS-owi przyszłoby z tego, że w drugiej turze znalazłaby się Małgorzata Kidawa-Błońska? Jasne, że w takim wypadku przywódcy opozycji nawoływaliby do masowego głosowania na nią. Ale liczyłoby się tylko to, jaki byłby transfer głosów między elektoratami, a to u nas zawsze szwankuje. Z tego punktu widzenia wejście do drugiej tury Hołowni (nie twierdzę, że tam będzie, snuję hipotezy) dawałoby szanse na lepszy bilans transferu głosów. No, chyba że heroldzi postępu również wtedy głosiliby, że Hołownia to chaos, a ich jeremiady znajdowałyby posłuch.

Kto w polityce nie umie wybierać, kto nie umie rozróżniać między horyzontem swoich wartości a drogą ich realizacji, ten na koniec przegrywa.

Roman Graczyk     

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy