Reklama

Reklama

Tertium non datur?

Słyszę - nie od byle kogo, bo od Pawła Śpiewaka - że w Polsce rodzi się faszyzm. Dokładnie w Białymstoku, gdzie łysi o byczych karkach, ale za to pod sztandarami chrześcijańskimi, obrzucili w minioną sobotę manifestantów LGBT butelkami z moczem i wyzwiskami, tudzież dopuścili się w stosunku do niektórych z nich do przemocy fizycznej.

Jeśli nadchodzi faszyzm - myślę - to znaczy, że nie można stać z boku, trzeba coś zrobić. Ale co? Mówią mi, że muszę się opowiedzieć: albo jestem z tymi, którzy w Białymstoku obrażali i bili, albo z tym, którzy byli obrażani i bici. Ale jaki to jest wybór? Przecież do szpiku kości nie chcę być z półgłówkami o byczych karkach, a to znaczy, że z automatu muszę być z tymi - jak powiedział Paweł Śpiewak - młodymi, sympatycznymi ludźmi spod tęczowej flagi.

Reklama

Zwracam uwagę na słowo "muszę", bo ono pokazuje, że wybór jest pozorny i że mamy tu do czynienia z szantażem emocjonalnym i moralnym. "Kto nie jest z nami, jest przeciw nam" - powiedział kiedyś towarzysz Gomułka, a teraz to samo słyszę od różnych ludzi, czy to postępowych, czy to naiwnych, dających się nabrać na ów szantaż i mnie z kolei zmuszających do dokonania wyboru jedynie - jak mi dają do zrozumienia - słusznego, jedynie godnego ludzi przyzwoitych.

Otóż, nie - nie zamierzam. Jasne, że gdyby tylko chodziło o sposób zachowania (no, może jeszcze o szerokość horyzontów) to bliżej mi do tych spod tęczowej flagi. Jasne, że nie można akceptować chamstwa i brutalności, nawet (a może tym bardziej), gdy są przebrane w chrześcijański strój. Ci od tęczy zachowują się pod tym względem normalnie, więc w tym sensie, owszem, jestem z nimi, ich wybieram. Ale przecież tym, którzy mi mówią, że tertium non datur, nie o to tylko chodzi. I nie o to im najbardziej chodzi. Jeśli mówią mi, że muszę się opowiedzieć, to zmierzają do tego, żebym zaakceptował przesłanie tych sympatycznych młodych ludzi. No więc oświadczam, że ani myślę.

Pod względem przesłania obie strony białostockiej konfrontacji są siebie warte. I obie są poprzebierane. Ci o byczych karkach udają, że są chrześcijanami. A ci spod tęczowej flagi udają, że domagają się tylko tolerancji dla swoich seksualnych upodobań, podczas gdy w rzeczywistości domagają się mojej akceptacji i dla tych upodobań, i dla swojej genderowej filozofii człowieka.

Przykro mi, ale tego nie mogę wam dać, Moi Drodzy. I przypuszczam, że ogromna większość poczciwców, którzy dają się nabierać na ów emocjonalny i moralny szantaż, też tego - w głębi serca i rozumu - dać wam nie może, tyle że otumaniona polityczną poprawnością ględzi coś, że love is love i takie tam. Zawracanie gitary - mawiał w takich razach mój Dziadek. Skąd mu się wzięła ta gitara, nie wiem, ale wiem o co mu chodziło (w języku mojego Dziadka: o co mu się rozchodziło). O to, żeby mówić o istocie rzeczy, a nie o dekoracjach.

Otóż tolerancja polega na tym, że godzimy się znosić koło siebie, w swoim towarzystwie, bo ja wiem, we wspólnym państwie ludzi, których poglądów czy postaw głęboko nie podzielamy. Ludzi, których poglądy i postawy są nam głęboko obce, czasem wstrętne. Jedynie dlatego tolerancja jest cnotą w pluralistycznym porządku, że - w imię pewnych ważnych dla tego porządku wartości - głosi potrzebę ustępstwa, kompromisu, zgody na wspólną obecność właśnie z ludźmi tak bardzo od nas innymi. Gdybyśmy wewnętrznie akceptowali ich poglądy czy ich styl życia, gdybyśmy wewnętrznie nie mieli z tym żadnego problemu, jaka w końcu byłaby nasza zasługa, nas - ludzi szczycących się tolerancją?

Dlatego nie należy mylić tolerancji z akceptacją. I nie należy świadomie nazywać akceptacji tolerancją - a to właśnie robią owi sympatyczni młodzieńcy i sympatyczne dziewczyny spod tęczowej flagi. Naprawdę nie chcę nikogo urazić, ale sami się prosicie, Moi Drodzy, gdy jeździcie (no jasne, że nie w Białymstoku, ale gdzieś w Amsterdamie, jak najbardziej) na tych swoich platformach, w tych swoich stringach i obłapiacie się w sposób, który jako tępy katol muszę nazwać lubieżnym. Otóż, pod tęczową flagą oprócz sympatycznych chłopców i sympatycznych dziewczyn stoją też, niemniej sympatyczne osoby płci neutralnej oraz, oczywiście, niewątpliwie sympatyczne, osoby po zmianie płci. Czy ja mam coś do tych osób? Nic do nich nie mam, jeśli po prostu tak im powiedziały ich własne geny. To się czasem zdarza, wiem. I myślę, że w takich razach nie ma co zawracać Wisły kijem. Jeśli Anna Grodzka poczuła się w którymś momencie kobietą, chociaż urodziła się mężczyzną, to - myślę - dobrze zrobiła, że doprowadziła rzecz do końca. W tym sensie nic także do was, Moi Drodzy Transseksualiści, nie mam.

Ale mam wiele do tych z was LGBT-owców, którzy mi mówią, że zawsze orientacja seksualna i tożsamość płciowa jest kwestią wyboru, a biologia nie ma tu nic do rzeczy. Mylicie się głęboko, bo prawie zawsze jest odwrotnie. To, że tylko niewielki odsetek ludzkości jest nieheteroseksualny nie jest niczyją zasługa, ani winą, ale tak po prostu jest. A tylko niewielki - jak sądzę - promil ludzkości nie ma głęboko osadzonej tożsamości płciowej. I znowu nie chodzi o proporcje, bo nie z nich wynika racja, czy brak racji.

Chodzi o to, żeby nie stawiać wszystkiego na głowie z powodu myślowej aberracji jakiegoś ułamka od tego odsetka i ułamka od tego promila. Bo jeśli moim wnukom (których jeszcze nie mam) za kilka czy kilkanaście lat będą mówić w przedszkolu i w szkole, nie chyłkiem-boczkiem, tylko ex cathedra, że to nie szkodzi, że są w tym momencie dziewczynkami/chłopcami, bo zawsze mogą to przemyśleć i zmienić płeć, to ja dziękuję, wysiadam z tego pociągu. Bo to jest pociąg zmierzający do unicestwienia cywilizacji ludzkiej. Nie mówię, że koniec tylko naszej, polskiej, swojskiej, pszeniczno-buraczanej cywilizacji spod płaczącej wierzby, tej od Sarmacji, od insurekcji i od Jana Pawła II, ale jakiejkolwiek, która ma jeszcze ludzki wymiar.

Taki program (a po drodze "małżeństwa" homoseksualne i in vitro dla wszystkich to będzie małe piwo) jest na horyzoncie tego ruchu. Tak więc, jakkolwiek moja tolerancja jest ogromna, to moja akceptacja dla tego ekstremalnego programu jest zerowa. Tak mam i choćby w imię tolerancji uprzejmie proszę, aby mnie nie przymuszać do "wolności jako uświadomionej konieczności wyboru LGBT". Bo, owszem, jest trzecie wyjście, wystarczy pomyśleć. 

A pożytecznym idiotom, którzy dają się nabierać na hasło "kto nie jest z nami, jest przeciw nam", życzę, żeby czasem policzyli do dziesięciu, zanim znowu się przyłączą do jedynie słusznych wyzwoleńczych postulatów.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne