Trump i jego wątła wiara w NATO?

Donald Trump odleciał dziś z Brukseli do Londynu, skąd za kilka dni poleci do Helsinek na spotkanie z Władimirem Putinem. Wydawać by się mogło, że spośród tych trzech ważnych spotkań przywódcy wolnego świata najważniejsze jest pierwsze, ponieważ dotyczy ono sojuszników i to skupionych w najsilniejszym sojuszu militarnym świata, a ponadto spotkanie to odbywa się w okresie niemałych, a wielokierunkowych, zagrożeń dla bezpieczeństwa Zachodu. Otóż, tak chyba nie jest.

Nie tylko sam prezydent USA, w różnych wypowiedziach jeszcze przed odlotem do Europy (np. w tweetach, któremu to zajęciu oddaje się z niezwykłą pasją), dał wyraz innej hierarchii ważności. Istotniejsze jest to, że inna hierarchia ważności potwierdziła się podczas wczorajszo-dzisiejszego spotkania w Brukseli. Nie chodzi o to, że prezydent USA był krytyczny wobec swoich sojuszników (Niemiec, Belgii i Hiszpanii), nie chodzi o to, że był wobec nich wymagający (dopominał się o większy ich udział w finansowaniu Sojuszu) - to są rzeczy normalne w stosunkach między państwami, także państwami zaprzyjaźnionymi. Problem leży w tym, że Trump nie przywiązuje wielkiej wagi do samego istnienia NATO. Podobnie jak - powiedzmy to, ujmując rzecz dyplomatycznie - nie przywiązuje wielkiej wagi do Światowej Organizacji Handlu, do porozumienia COP 21, do Międzynarodowego Trybunału Karnego, do Organizacji Narodów Zjednoczonych, do porozumienia nuklearnego z Iranem, a w końcu do Unii Europejskiej, której - z natury rzeczy - Stany Zjednoczone nie są członkiem, ale stosunek największego mocarstwa Zachodu do tej wspólnoty, obejmującej większość państw europejskich, wiele mówi o wyobrażeniu porządku światowego, jaki USA mają. A to już są rzeczy superważne, przewyższające swoim znaczeniem i chwilowe humory amerykańskiego prezydenta, i jego stałe, a osobliwe maniery.

Reklama

Te humory i te maniery niewiele by nie znaczyły, gdyby polityka obecnego prezydenta USA sytuowała się mniej więcej w linii jego poprzedników, poczynając od Roosvelta, a na Obamie kończąc. 14 sierpnia 1941 prezydent Franklin Delano Roosvelt, podpisując z premierem Wielkiej Brytanii Winstonem Churchillem Kartę Atlantycką, postawił na zaangażowanie Ameryki w sprawę bezpieczeństwa Europy. I ta linia była realizowana, mniej czy bardziej chętnie, przez wszystkich amerykańskich prezydentów przez 75 lat. Długo. Na tyle długo, że można było się do niej przyzwyczaić, a nawet przyjąć ją za stały punkt odniesienia stosunków międzynarodowych. Kilka lat po klęsce III Rzeszy to zaangażowanie, wobec wyłonienia się zagrożenia sowieckiego, przybrało instytucjonalną postać NATO. Po 1949 r. zaangażowanie USA w Europie i - mówiąc wprost - w obronę Europy przed zagrożeniem militarnym, najpierw sowieckim, a potem rosyjskim, wydawało się niewzruszonym fundamentem powojennego ładu międzynarodowego. Tyle że po rozpadzie ZSRR zainteresowanie Amerykanów obroną Europy wyraźnie zmalało. Pewne symptomy skłonności izolacjonistycznych były do zaobserwowania za prezydentury George’a W. Busha i za prezydentury Obamy, chociaż druga kadencja Obamy odznaczała się istotną korektą kursu - po aneksji Krymu i agresji Rosji na Ukrainę. Jednak za Trumpa myślenie izolacjonistyczne znowu przybrało na sile: jest bardziej całościowe i bardziej konsekwentne. Może to zastanawiać, bo przecież zagrożenie ze strony Rosji jest realne i nie maleje, a jednak prezydent Trump - przynajmniej swoimi gestami i dyplomacją tweetów - robi wrażenie, jak gdyby jego przekonanie o groźbie ze strony Rosji nie było silnie ugruntowane. Generalnie zaś Trump, przez kilka już podjętych, a fundamentalnie ważnych decyzji (Irak, cła, stosunek do brexitu) pokazał, że jego hasło z kampanii wyborczej, America first, przyobleka się w ciało polityki coraz to bardziej izolacjonistycznej. Donald Trump zdaje się uważać, że cały wypracowany po 1945 r. system uregulowań w stosunkach międzynarodowych jest dobry dla słabych, ale zbędny dla silnych, Ameryka zaś jako najsilniejsza nie ma żadnego powodu wchodzić w te uregulowania, które dają korzyści innym, zaś USA tylko wiążą ręce.

Tę liniię polityki zagranicznej Trumpa widać już teraz, w połowie jego kadencji, wyraźnie. Tak wyraźnie, że Europa nie może dłużej udawać, że da się ten problem jakoś zagadać, odwlec w czasie decyzje stawiające na samodzielność. Dłużej tego udawać nie można.  

Wprawdzie na zakończonym dziś szczycie NATO udało się uzgodnić kilka ważnych spraw (reforma systemu dowodzenia, projekt 4 x 30 - polegający na zwiększeniu zdolności mobilizacyjnych Sojuszu na wypadek zagrożenia, porozumienie z Unią w sprawie kontroli ruchu lotniczego w okresie przemieszczania się po Europie dużych ilości wojsk NATO), ale pożyteczne te reformy nie pomogą NATO, jeśli nie będzie w nim ducha kooperacji. A nie będzie tego ducha bez silnego przekonania wszystkich 29 członków organizacji o tym, że jest ona potrzebna. Zaś najważniejsze, by takie przekonanie miały USA - a to właśnie wydaje się, za prezydentury Trumpa, coraz bardziej wątpliwe.

Techniczno-organizacyjne wzmocnienie NATO jest raczej pozorne, wobec jego egzystencjalnego kryzysu. Dla Polski to nie są dobre wiadomości. Szczególnie dla Polski pod rządami PiS-u, który trzyma się Ameryki, jak zahukane dziecko matczynej spódnicy.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje