Reklama

Reklama

Wałęsa, czyli polski problem

Pisałem kiedyś, gdy Komitety Obrony Demokracji stawiały dopiero pierwsze kroki, że mam z nimi kłopot. Bo niby hasła obrony Trybunału Konstytucyjnego i podobne - słuszne, ale całość jakoś nie była mi sympatyczna.

Graczyk: KOD-y: Pryncypia i towarzystwo

Reklama

Nie była sympatyczna z powodu stylu (besserwisersko-lemingowego) i z powodu towarzystwa (salonowego). Pisałem wtedy, że skoro twarzami tego ruchu są pp. Monika Płatek, Daniel Olbrychski, Roman Giertych i Tomasz Lis, to ja dziękuję, postoję.

Nie przypuszczałem jednak wtedy, że KOD-y posuną się do moralnego samobójstwa. A tak się stało za przyczyną papierów z domu gen. Kiszczaka, które potwierdzają dawno już udowodnioną agenturalną działalność Lecha Wałęsy, a które - nie wiedzieć czemu - dla KOD-ów są jakimś certyfikatem prawości Wałęsy.

Mogę chyba powiedzieć, że moje intuicje w pełni się potwierdziły, a nawet że potwierdziły się ponadspodziewanie: KOD-y okazały się zgromadzeniem ludzi zaczadzonych jakąś surrealistyczną ideologią obrony donosicielstwa. Szkoda, bo byli tam (i pewnie wciąż jeszcze są) ludzie mili i ogólnie niegłupi. Ale jednak ludzie - trzeba to powiedzieć - w pewnych sprawach dramatycznie głupi albo skrajnie cyniczni.

Bo naprawdę trzeba było w 2008 roku przeczytać książkę Cenckiewicza i Gontarczyka, zamiast bez czytania przyłączać się do chóru moralnego oburzenia. A tak niestety wtedy zrobiło wielu ludzi z gruntu poczciwych, ale powodowanych zaufaniem (nadmiernym) do rozmaitych "autorytetów moralnych".

Owe "autorytety", wespół z niektórymi - pożal się Boże! - historykami, dobrze wiedząc, jak się sprawy mają, zarzekały się, że Cenckiewicz i Gontarczyk  czynią Wałęsie krzywdę. No i dziś KOD-owcy powtarzają tę starą śpiewkę, tyle że robią to już w innej sytuacji.

Dziś dokumenty, o których Cenckiewicz i Gontarczyk pisali, że istniały, ale zostały celowo zniszczone (np. przez Wałęsę, który jako prezydent wypożyczył z UOP akta, a oddał je niekompletne) odnalazły się. Nie ma w tym nic cudownego - każdy, kto zna specyfikę pracy SB, wie, że dokumenty sporządzano "na dzień dobry" w kilku kopiach, Wałęsa zniszczył jakąś kopię papierów, których oryginał (teczka personalna i teczka pracy TW "Bolek) Kiszczak wyniósł z MSW zapewne w 1990 r., kiedy był odwoływany z funkcji szefa resortu.

No więc szeregowi KOD-owcy mają inne pobudki obrony "dobrego imienia" Wałęsy, a KOD-owscy macherzy inne, ale skutek dla moralności publicznej jest taki sam. To tak, jak gdyby publicznie powiedzieć, że można oszukiwać, zdradzać kolegów za pieniądze, a potem latami na ten temat kłamać - nic się nie stało, Polacy! Powiada się bowiem, że późniejsze zasługi Wałęsy unieważniają jego okres donosicielski. To ciekawa doktryna moralności, czekam na dalsze jej intelektualne rozwinięcia.

Równie ciekawe są dwa inne argumenty obrońców "dobrego imienia" Wałęsy.

Pierwszy głosi, że papiery z szafy Kiszczaka są na rękę Kaczyńskiemu. Dla obrońców "dobrego imienia" donośność tego argumentu jest taka, że nawet nie próbują wykazywać istnienia związku między niewinnością czy "dobrym imieniem" Wałęsy, a interesem Kaczyńskiego. Uznają, że skoro Kaczyński ma interes, to sprawa jest udowodniona. Logika powalająca.

Drugi argument powiada, że przywołując postać TW "Bolka" niszczymy dumę z naszych osiągnięć: i z drogi do wolności (1980-89), i z samej wolności (1989-2016). Ciekawe, że argumentują tak często ludzie, którzy domagają się prawdy na temat Jedwabnego i nie widzą w tym postulacie sprzeczności z domaganiem się ochrony dobrego imienia Polski. Uważam, że w tej sprawie mają rację, bo nie da się budować dobrego imienia na kłamstwie. Ani dobrego imienia Polski, ani "dobrego imienia" Lecha Wałęsy.

Dlaczego to drugie dobre imię biorę w cudzysłów? Bo Wałęsa z powodu swojej pyszałkowatości, krętactwa, obrażania uczciwych ludzi nie zasługuje na dobre imię. Jest to małego formatu człowiek, którego Historia wyniosła bardzo wysoko, a on na tej wysokości dostał moralnego zawrotu głowy i tak mu zostało do dziś.

Owszem, był Lech Wałęsa symbolem polskiej drogi do wolności (a skoro był, to i jest, bądźmy konsekwentni). Ale wcześniej donosił za pieniądze na kolegów, a potem był tak dramatycznie złym prezydentem, że niech nas Pan Bóg przed takimi na przyszłość obroni.

Tak na marginesie: wielu ludzi, którzy dziś tworzą doktrynę obrony Wałęsy jako obrony dumy z naszych dokonań, wtedy - w latach 1990-1995 - zdecydowanie gromiło (znowu słusznie) niekompetencję i nieodpowiedzialność Wałęsy. Na to też są papiery, i to najzupełniej jawne, a do tego jeszcze najzupełniej "słuszne" dla KOD-owców (np. roczniki "Gazety Wyborczej").

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje