Reklama

Reklama

​Wiarygodność. Czy Kościół jej nie potrzebuje?

Dziennikarze "Superwizjera" TVN oraz "Rzeczypospolitej" ujawnili, że ks. Andrzej D., oskarżony o przestępstwa seksualne wobec chłopców na początku lat 90., kiedy był dyrektorem szczecińskiego Ogniska Brata Alberta, jest obecnie jedną z najbardziej wpływowych osób w kurii szczecińsko-kamieńskiej.

Ksiądz D. miał się dopuszczać molestowania seksualnego swoich podopiecznych, w tym obcowania płciowego z nimi. Żadna ze spraw, w których odpowiadał, nie zakończyła się skazaniem, ale nie było też uniewinnienia. Niektóre z nich jeszcze trwają, inne przedawniły się.

Reklama

Gdy przyjrzeć się wymiarowi sprawiedliwości na przykładzie postępowań w stosunku do ks. D., można dostrzec analogię ze sprawami generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego. Oskarżenia są zupełnie inne, ale ślamazarność prokuratury i sądów wydają się - i tu, i tam - zmierzać do tego samego: do rozmycia albo wręcz wykluczenia odpowiedzialności.

"Rzeczpospolita" daje jednak przykład jeszcze bardziej bulwersujący ("Nietykalny ksiądz Andrzej D.", 9 kwietnia). W jednej ze spraw przeciwko ks. D. chłopiec, który stał się ofiarą duchownego zeznawał, że doszło do seksu oralnego, ponieważ on był "sparaliżowany strachem". Tymczasem prokuratura umorzyła śledztwo pod pretekstem, że ksiądz nie stosował wobec chłopca gróźb ani przemocy fizycznej. A ponieważ chłopiec miał 16 lat, to uznano, że do stosunku seksualnego doszło za obopólną zgodą.

Pani prokurator, która podjęła tę decyzję, najwyraźniej uznała, że chłopiec, który chciał się dostać do liceum (kierowanego przez ks. D.) i zgodził się na seks z nim, działał bez żadnej presji, że nie był w sytuacji zależności od D.

Gdy się czyta o takiej ekwilibrystyce prawno-logicznej, nóż się w kieszeni otwiera! W jakim my żyjemy państwie?! W takich razach można słusznie pomyśleć, że jest to państwo, które nie broni słabszych, gdy padają ofiarą przestępstw ze strony silniejszych.

Można zasadnie pomyśleć na przykładzie dalszej kariery ks. D., że żyjemy w państwie, w którym władza samorządowa bywa zblatowana z władzą  kościelną w celu ochrony ludzi zdemoralizowanych, a wpływowych. Ks. D., mianowicie, jest teraz szefem Instytutu Medycznego im. Jana Pawła II w Szczecinie. Ów instytut został nader hojnie wyposażony przez szczecińską Radę Miasta, która dała mu nieruchomość wartą 19 mln zł, za kwotę... 19 tys. zł. Miasto współpracuje z Instytutem, jak gdyby ignorując zarzuty wobec jego szefa.

Na stronie Superwizjera TVN  czytamy, że przewodniczący Rady Miasta z okresu, kiedy decydowano o tej de facto darowiźnie, był psychologiem w Ognisku Brata Alberta, gdy miało tam dochodzić do nadużyć seksualnych D.

To nie jest pierwsza tego typu sprawa w polskim Kościele. Wystarczy wspomnieć proboszcza z Tylawy,  skazanego prawomocnym wyrokiem, którego jego ordynariusz, abp Józef Michalik, bronił w zaparte. Wystarczy wspomnieć abpa Juliusza Paetza, który przez wiele lat po ustąpieniu z funkcji metropolity poznańskiego był fetowany na uroczystościach kościelnych, jak gdyby nic się nie stało...

Wszystko to rysuje obraz instytucji, która - mówiąc oględnie - przedkłada bezkarność swoich ludzi nad zadośćuczynienie krzywdom i nad poczucie zwykłej przyzwoitości. Podobnie działa mafia - i nie ma w tym twierdzeniu żadnej złośliwości, jedynie zimny osąd, że i tu, i tam mamy do czynienia z podobnymi mechanizmami zakłamania i zmowy milczenia wewnątrz instytucji dopuszczającej się nadużyć, zaś z mechanizmem pozorowanego dochodzenia sprawiedliwości na zewnątrz (sądy, samorząd ...).

I teraz pytanie: jak się powinni zachować katolicy, którzy nie mają nic wspólnego z pp. Palikotem, Ryfińskim i Urbanem, kiedy w bez wątpienia nienawistnych wobec Kościoła wystąpieniach tych panów padają argumenty z przypadku proboszcza z Tylawy, z przypadku abpa Paetza czy z przypadku ks. D.?

Ksiądz Stanisław Musiał miał zwyczaj mówić w takich razach: "czarne jest czarne".

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy