Włochy - Komisja i polskie Schadenfreude

Komisja Europejska zażądała we wtorek od rządu włoskiego skorygowania projektu budżetu na 2019 r., a rząd włoski odpowiedział, że ani myśli dostosować się do tego żądania.

Komisja korzysta tu z prawa, które zostało jej przyznane po wielkim kryzysie finansowym z przełomu pierwszej i drugiej dekady naszego wieku. Wszystko zaczęło się za oceanem od upadku amerykańskiego banku, a potem przerodziło się w kryzys finansowy szeregu państw europejskich - najpierw Islandii, która nie jest członkiem Unii, a następnie Grecji, która jest członkiem UE i strefy euro, co dało okazję do "efektu domina". Z powodu silnych powiązań tych gospodarek (ale przede wszystkim z powodu ich słabych fundamentów) kryzys rozlał się szeroko, obejmując m. in.: Irlandię, Hiszpanię, Portugalię i Włochy.

Reklama

Tamten kryzys wstrząsnął fundamentami światowej gospodarki do tego stopnia, że pod znakiem zapytania znalazło się samo przetrwanie strefy euro. Stąd Unia podjęła w następstwie tego kryzysu cały szereg decyzji ratunkowych dla strefy - doraźnych i długofalowych. Wśród tych drugich jest właśnie prawo Komisji do prewencyjnego ingerowania w projekty budżetów państw członkowskich. O ile Komisja uzna, że planowany budżet krajowy grozi stabilności gospodarczej tego kraju (a w konsekwencji i całej strefy) może zażądać wprowadzenia stosownych korekt, a wskazany rząd kraju ma obowiązek dostosować się. Tego uprawnienia nie należy mylić z wcześniej już obowiązującą barierą maksymalnego deficytu budżetowego 3 proc. Różnica polega na tym, że przed kryzysem nie istniał mechanizm prewencyjny. Jeśli owa bariera 3 proc. została faktycznie przekroczona, Komisja miała prawo zastosować sankcje finansowe (dodajmy: nie zastosowała ich w swoim czasie ani wobec Francji, ani wobec Niemiec). Po kryzysie uznano, że groźba ukarania ex post to za mało, że trzeba ingerować i - w razie potrzeby - karać, zanim mleko się rozleje. Taki jest właśnie obecny przypadek Włoch.

Rząd włoski hardo odpowiada, że nie ustąpi, powołując się na dwa argumenty. Po pierwsze, budżet jest taki, bo tak chcieli włoscy wyborcy, głosując na partie, które tworzą od czerwca tego roku rządzącą koalicję: Ligę i Ruch Pięciu Gwiazd. Po drugie, niech się Komisja zajmie Francją, która planuje na przyszły rok deficyt 2,8 proc., podczas gdy Włochy tylko 2,4.

Napięcie pomiędzy Włochami a Unią tradycyjnie cieszy polskich eurofobów i eurosceptyków. Tak jak cieszyło ich kiedyś napięcie między Wielką Brytanią, a Unią, a potem także decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu Unii. Ślad tej postawy mogliśmy zauważyć także w przedwczorajszej wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy w Berlinie. Im więcej Unia ma kłopotów, tym lepiej, uważają polscy erofobowie i eurosceptycy - w tym polskie sfery rządzące. W ramach takiego nastawienia - naturalnie - przyjmuje się stanowisko rządu włoskiego i użyte przezeń argumenty ze zrozumieniem, a nawet z sympatią.

No dobrze, każdy ma swój rozum. O ile rządowi jego rozum każe zacierać ręce z powodu rosnących problemów Unii, o tyle mój podpowiada mi dwie rzeczy: 1) Włosi się mylą; 2) Polska, stawiając na osłabienie Unii, zakłada sobie stryczek na szyję.

Włosi się mylą, powiadając, że ich budżet jest wyrazem suwerenności ludu. Mylą się, ponieważ programy obu zwycięskich partii były przeciwstawne, a złożone razem wywołują właśnie ów gwałtowny wzrost deficytu (poprzedni rząd zakładał deficyt na poziomie 0,8 proc.). Liga proponowała w kampanii wyborczej, w marcu tego roku, podatek liniowy i amnestię dla przestępstw fiskalnych, natomiast Ruch - wycofanie się z liberalnej reformy emerytalnej i powszechny zasiłek. Partie te zwalczały się wzajemnie, zaś ich programy były biegunowo różne. Z pewnością wyborcy, którzy głosowali na Ligę nie chcieli realizacji programu Ruchu, zaś ci, którzy głosowali na Ruch, nie chcieli realizacji programu Ligi. A jednak po wyborach, obie zwalczające się partie utworzyły wspólny rząd. To tak jak gdyby w Polsce PiS utworzyło wspólny rząd z SLD Czego zatem chcieli Włosi? Jedni programu liberalnego w gospodarce, drudzy programu socjalistycznego. Dostali oba, zaś ich połączenie dało efekt rozsadzający budżet.

Włosi mylą się także, powołując się na wyższy deficyt Francji. Komisja nie analizuje sytuacji jednoczynnikowo (sama wysokość deficytu budżetowego), ale bada, jaka jest jego struktura i jak się on ma do średnioterminowych perspektyw dla gospodarki danego kraju, szczególnie w kontekście obniżenia długu publicznego. Otóż, Francja poczyniła za prezydentury Macrona poważne reformy strukturalne, które zwiększają konkurencyjność jej gospodarki, a wskutek tego prognozy jej deficytu na następny (2020) rok są na poziomie 1,8 proc., podczas gdy dla Włoch - na poziomie 2.1 proc. Co ważniejsze jednak, prognozy długu publicznego dla Francji na 2020 r. to 97 proc., a dla Włoch - 128 proc. Przypomnijmy, że bariera ostrożnościowa przyjęta przez UE dla długu publicznego to 60 proc. A Francja, owszem, przekracza ją bardzo, ale uzdrowiła podstawy swojej gospodarki i z wolna zmierza do tego celu. Włochy nie dokończyły reform strukturalnych z czasów rządu Maro Montiego, a teraz rozmontowują je - stąd słabe rokowania dla ich gospodarki na najbliższe lata, ich dług publiczny nie spadnie w najbliższych latach znacząco, utrzymując stale wysokie ryzyko załamania gospodarczego. Wreszcie rzecz najważniejsza: jeśli Włochy, trzecia gospodarka Unii, przestaną być zdolne do obsługi swego zadłużenia, to choroba może się rozlać na inne kraje. Komisja jest w tej sprawie strażnikiem stabilizacji i wzrostu dla wszystkich członków strefy, w tym także dla Włoch. Jeśli doszłoby do kryzysu w strefie euro, podobnego do tego z lat 2009 -2012, szanse na ożywienie wzrostu we Włoszech spadłyby praktycznie do zera.

Ale wróćmy do Polski i jej sfer rządzących. To, że Polska ma niekiedy rozbieżne interesy ze swoimi partnerami z Unii (np. z Niemcami w sprawie Nord Stream) to fakt i jest oczywiste, że musimy się bić o swoje. Ale jeśli Polska, jej elity polityczne, a szczególnie jej sfery rządzące, nie rozumie, że Komisja, z definicji jest rzecznikiem interesów słabszych w Unii wobec silniejszych, to znaczy, że porusza się po obszarze instytucji europejskich po omacku. A jeśli Polska nie rozumie, że osłabienie (a, nie daj Boże!, upadek) Unii naraża nas na wessanie przez strefę wpływów Rosji, to znaczy że sama pracuje na swoją zgubę. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje