Reklama

Reklama

Wybory i cuda przy urnie

Było tak: najpierw (2015–2016) został "odzyskany" Trybunał Konstytucyjny, potem (2017–2018) została "odzyskana" Krajowa Rada Sądownictwa, potem (2017–2018) była próba "odzyskania" Sądu Najwyższego, co się nie do końca udało, potem (11 stycznia 2018) znowelizowano kodeks wyborczy, na tej podstawie po najbliższych wyborach zmieni się skład PKW, a wczoraj (31 lipca 2019) znowelizowano kodeks wyborczy jeszcze raz, co sprawi, że o ważności wyborów będzie decydować jedna z nowych izb SN, powołanych w 2017 roku. Mamy więc szereg zmian legislacyjnych. Objaśnijmy je nieco, zobaczmy, jaki jest ich polityczny i ustrojowy sens.

Zmiany w Trybunale Konstytucyjnym polegały na niedopuszczeniu do orzekania prawidłowo wybranych sędziów, uznanych za "nie swoich" oraz na wcześniejszym wybraniu, na ich miejsce sędziów "swoich". W rezultacie tych zmian Trybunał utracił w praktyce zdolność do orzekania o niekonstytucyjności ustaw, a już na pewno tych, które rząd uznaje za kluczowe dla swojej polityki. Tym samym Trybunał przestał być dzwonkiem ostrzegawczym w systemie. Odtąd, moim zdaniem, należy mówić o tzw. Trybunale Konstytucyjnym  - i ja się tego trzymam.

Reklama

Zmiany w Krajowej Radzie Sądownictwa polegały na tym, że ogromna większość jej członków jest odtąd wybierana przez Sejm, czyli przez większość parlamentarną, a to oznacza polityczną kontrolę nad Radą. Nowa instytucja nie ma wiele wspólnego za starą. Jej rola ustrojowa zostaje odwrócona. Dawniej stała na straży niezależności sądownictwa i niezawisłości sędziów. Dzisiaj umożliwia władzy politycznej wywieranie wpływu na wymiar sprawiedliwości. Odtąd należy więc mówić o tzw. KRS.

Nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym została częściowo zablokowana przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (pomijam veto prezydenta Dudy, ponieważ miało ono charakter w istocie pozorny), ale skutecznie (jak dotąd) wprowadzono wtedy do SN dwie nowe izby: Izbę Dyscyplinarną oraz Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Interesuje nas tu ta druga. Powołała ją nowo utworzona, kontrolowana przez partię rządzącą tzw. Krajowa Rada Sądownictwa. Nie powinno się mieć wątpliwości, jakich ludzi do tej izby powołała tzw. KRS. Ludzi, o których sądzono, że będą ulegli wobec rządu PiS. Ustrojowo sens tej nowelizacji jest czytelny razem z nowelizacją dokonaną wczoraj - czytaj dwa akapity niżej.

Znaczenie nowelizacji kodeksu wyborczego ze stycznia 2018 polega na tym, że obecna Państwowa Komisja Wyborcza, złożona z sędziów (wskazanych przez prezesów TK, SN i NSA) zmienia skład. Odtąd tylko 2 na 9 jej członków nie będzie powołanych przez większość parlamentarną. Tu przypomnienie: obecnie nie mamy już Trybunału Konstytucyjnego lecz tzw. Trybunał Konstytucyjny, można więc założyć, że i członek PKW wskazany przez prezesa tzw. TK również będzie politycznie sprzyjał Prawu i Sprawiedliwości, a to może władzy dać przewagę nawet 8 na 9. Kompetencje PKW pozostają niezmienione, a są one bardzo poważne. Po pierwsze, PKW ustala wyniki wyborów, po drugie nakłada kary finansowe na partie, które nie przestrzegają rygorów finansowych kampanii. Co do wyników, nigdy po 1989 r. nie było w tej sprawie najmniejszych podejrzeń o stronniczość (sprawa kształtu karty do głosowania, tzw. książeczki z wyborów samorządowych w 2014 r. nie obciąża PKW, lecz ustawodawcę), teraz takie wątpliwości mogą powstać. Co do kar finansowych, w przeszłości PKW nałożyła kary - bardzo dotkliwe - na dwie partie: Polskie Stronnictwo Ludowe i Nowoczesną. Były to kary za niefrasobliwość księgową, nie za twarde oszustwo. Ze względu na dotychczas apolityczny skład PKW te ciężkie sankcje trudno było uznać za opowiadanie się w sporze politycznym. Kiedy jednak także PKW przekształci się w tzw. PKW, rzecz będzie wyglądać inaczej. Łatwo sobie wyobrazić szafowanie karami w stosunku do przeciwników partii Pana Prezesa, zaś łagodne podejście do ewentualnych przewinień Prawa i Sprawiedliwości.      

W końcu dokonana wczoraj nowelizacja kodeksu wyborczego. Polega ona na tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych orzekać będzie o ważności wyborów. Już wiemy - patrz: dwa akapity wyżej - jacy ludzie zasiedlają tę izbę. W powiązaniu z uprawnieniem do orzekania o ważności wyborów, mamy bardzo czytelny rezultat. Ustrojowo rzecz biorąc, jest to bezpiecznik dla władzy PiS-u na wypadek, gdyby kiedyś partia Pana Prezesa przegrała wybory i trzeba byłoby je unieważnić.

Takie oto mamy nowe instytucje odpowiedzialne za proces wyborczy. W ich tworzeniu niebagatelny był udział nowej KRS. Członków nowej izby SN wybrała nowa KRS, a jej członków powołano na podstawie rekomendacji, których autorzy do dzisiaj pozostają nieznani opinii publicznej. Zaś odmowa wykonania wyroku NSA, nakazującego Kancelarii Sejmu ujawnienie tych nazwisk, tylko potwierdza domysły, że kandydatów na członków tzw. KRS zgłaszały osoby politycznie czy służbowo uwikłane na rzecz partii Pana Prezesa (tu: via Pan Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny). Odmowa podania do publicznej wiadomości ich nazwisk, z powołaniem się na stanowisko Urzędu Ochrony Danych Osobowych, jest wybiegiem wprost śmiesznym, przypominającym różne szusy Jerzego Urbana jako rzecznika rządu generała Jaruzelskiego. Przecież rekomendowanie kandydatów do publicznej instytucji nie może być rzeczą tajną, inaczej żyjemy wedle standardów - z przeproszeniem - Azerbejdżanu.

Mamy zatem prawie domknięty system umożliwiający takie przeprowadzenie wyborów, które odbierze im w istocie ich konkurencyjny charakter. Zresztą już od kilku lat konkurencyjność jest nadwątlona, odkąd media publiczne stały się rządowymi w stopniu zbliżonym do tego, co znamy z czasów PRL-u. W takim systemie można wybory wygrywać w nieskończoność, oddziałując propagandowo na wyborców-widzów TVP za pieniądze wszystkich obywateli, także tych, którzy na PiS nie głosują. Ale, co gorsza, można też pozwolić sobie na ich sfałszowanie, a gdy to się nie uda, można ich wyniki unieważnić. Przed wojną (od wyborów w 1928 r.), a także wobec sfałszowanych wyborów z roku 1946, takie machinacje nazywano cudami przy urnie. Do tego wracamy, a w każdym razie mamy już instytucje, które coś takiego pozwalają przeprowadzić - naturalnie, w wariancie soft, bez zsyłania do Berezy Kartuskiej, bez przesłuchań w piwnicach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Nie twierdzę, że tak na pewno będzie. Jednak ciśnie się pod pióro uwaga, że gdyby takich scenariuszy nie rozważano, nie byłoby tych wszystkich zmian legislacyjnych. Bo i po co?

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy