Reklama

Reklama

A teraz w Bieszczady

Przez ostatnie dwa lata tak wiele razy przychodziło nam pisać o wyborach, kampaniach, prognozach, nadziejach czy rozczarowaniach, że oczekiwanie na chwilę, w której wydaje się, że na kolejne trzy lata mamy wybory z głowy, nie mogło dłużyć się bardziej. Spieszmy się korzystać z tej chwili, póki trwa. Jeszcze tylko ostateczne podsumowanie - posprzątanie segregatora z programami wyborczymi - i... można jechać na wakacje. Choćby w Bieszczady, gdzie może się wkrótce zebrać niemało zachwyconych albo zrezygnowanych wyborców, porozdzielanych oczywiście na gminy, gdzie wygrali ich faworyci. Może się gdzieś mimo wszystko spotkają, zobaczą w sobie ludzi...

Co do remanentu to po pierwsze, wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że sondaże wskazujące na większe szanse w drugiej turze na zwycięstwo Szymona Hołowni, czy Władysława Kosiniaka-Kamysza, mogły trafnie przewidywać emocje wyborców. Jeśli Rafał Trzaskowski przegrał z Andrzejem Dudą tak nieznacznie, może się okazać, że z tamtymi dwoma to urzędujący prezydent by przegrał. Histeria Platformy wokół wyborów majowych i ostateczna zmiana kandydata mogły kosztować Zjednoczoną Prawicę sporo nerwów, ale ostatecznie dać jej zwycięstwo. Nie pierwszy raz widać, że Platforma, myśląc wyłącznie o sobie, zapomniała o staczającej się w autorytaryzm Polsce. A może - co bardzo prawdopodobne - po prostu sama nie wierzyła w to, co o tym autorytaryzmie mówi.

Reklama

Tak czy inaczej, zabawnie brzmią wyrzuty wobec Hołowni, Kosiniaka, czy Biedronia, że nie pospieszyli w II turze z pomocą Trzaskowskiemu. Platforma twierdzi, że wybory nie były uczciwe, ale ci panowie mogą się czuć oszukani właśnie przez PO. Zmiana kandydata w trakcie kampanii to nowa jakość w polityce. To prawda, że warunki były niezwykłe i wątpliwości wobec możliwości przeprowadzenia głosowania w maju uzasadnione, ale fakt, że partia opozycyjna, której kandydat/ka się nie sprawdza, może praktycznie storpedować proces wyborczy, nie powinien budzić naszego zachwytu. Kiedyś podobnie, choć przy innej okazji, może przecież postąpić partia rządząca. I co wtedy?

Chyba coraz szersze jest przekonanie, że to mogły być już ostatnie takie wybory. Spór PO - PiS wciąż jeszcze rozpala wyborców do białości i nie można wykluczyć, że kolejne konwulsje przyniesie w podwójnych wyborach jesienią 2023 roku, ale coraz wyraźniej widać, że rosnąca grupa wyborców jest już myślami poza nim. Jedni są już tym szczękościskiem naprawdę zmęczeni, inni - przeważnie ci młodsi - nie rozumieją już emocji 2005, 2007 czy 2010 roku. I te emocje nie bardzo już ich obchodzą.

Kolejne próby stworzenia czegoś poza duopolem głównych partii nie porażają skutecznością, zobaczymy dopiero, czy stowarzyszenie "Polska 2050", okaże się trwalsze niż Kukiz'15 czy Nowoczesna. Wszyscy chyba już jednak wiedzą, że jeśli Prawo i Sprawiedliwość chce pozostać u władzy za trzy lata, musi w jakiś sposób wymyślić się na nowo. Znaleźć nowy sposób przyciągania, zwłaszcza młodych wyborców. Więcej tego samego już nie wystarczy. Równocześnie wcale nie jest powiedziane, że pokoleniowa zmiana wśród wyborców, w razie porażki PiS, da zwycięstwo akurat przedstawicielom obecnej opozycji.

Wybory 2018, 2019 i teraz 2020 roku dały Zjednoczonej Prawicy kolejną kadencję niemal monopolistycznej władzy. W tej chwili to oznacza pracę nad wyprowadzeniem Polski z koronawirusowego kryzysu. To na swój sposób sprawiedliwe, bo obecnie rządzący powinni skonsumować skutki swoich działań od początku epidemii. Uważałem, że to nie jest dobry czas na kohabitację, szczególnie z tak jastrzębim kandydatem opozycji, jak Rafał Trzaskowski, ale teraz pełnia władzy oznacza pełnię odpowiedzialności. Zjednoczona Prawica będzie miała okazję pokazać, czy po wyborach zajmie się ratowaniem gospodarki i wzmacnianiem służby zdrowia, czy wojną podjazdową we własnych szeregach. Czy całkowicie schowa się za parawanem propagandy, czy spróbuje wyjść z ofertą dla tych, którzy jej nie ufają i nie lubią? Ja wiem, że znaczna część elektoratu opozycji po prostu nie chce PiS-u lubić i nie chce PiS-owi ufać, ale to nie oznacza, że nie należy się starać.

Ja wiem, że wielu przedstawicieli naszych elit, zarówno tych niezmiernie wpływowych i opiniotwórczych, jak też tych znanych tylko z tego, że są znani, prędzej zje własny kapelusz niż przyzna obecnie rządzącym rację w jakiejkolwiek sprawie, ale trzeba coś zrobić, by te osoby mogły nawiązać kontakt z rzeczywistością. Zalew frustracji z ich strony w żaden sposób krajowi nie służy i trzeba próbować to przełamać. Nikt poza Zjednoczoną Prawicą nie jest w stanie tego zrobić. Jeśli potrzeba do tego zmiany stylu rządzenia, większej cierpliwości, a może po prostu większego profesjonalizmu, może warto się nim wykazać. I to jak najszybciej.

Kontrast wieczorów wyborczych prezydenta RP i prezydenta Warszawy nie mógłby być większy. I podobnie jak wielu innych obywateli chciałbym znać odpowiedź na pytanie, w czym Rafałowi Trzaskowskiemu i jego zwolennikom przeszkadzają biało-czerwone flagi. Znam sprytne tłumaczenie Pawła Kowala, że nieważne co się pokazuje na zewnątrz, ważne co jest w środku, ale w tym konkretnym przypadku nie da się tym niczego wyjaśnić. Sądząc po tym, jak szczegółowo PO tropiła przykłady pojawiania się i znikania po 2015 roku flag unijnych w instytucjach państwowych, doskonale wiemy, że, owszem, przywiązuje do tego bardzo dużą wagę. Więc jak to jest z biało-czerwonymi barwami? Nie pasują do wyborów prezydenta?

Nie liczę na odpowiedź. W ogóle najchętniej bym o politykach zapomniał. Dobrze byłoby, gdybyśmy wszyscy mogli teraz choć na chwilę zostawić władzę i opozycję, odpocząć, zresetować się, bo sezon - także polityczny i czeka nas niełatwy. Zbyt wiele na świecie się dzieje. I zbyt wiele z tego, co się dzieje, istotnie nas dotyczy. Warto byłoby zdobyć odrobinę świeżego spojrzenia. Miłych wakacji.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje