Reklama

Reklama

Czy mamy jakiś naprawdę wspólny interes?

Jestem przekonany, że odpowiedź na tak postawione pytanie jest twierdząca. Nawet oczywista. Tak, mamy wspólny interes. Wszystko jedno, czy nazwiemy go narodowym, czy obywatelskim. Jestem też przekonany, że możemy się o istnieniu tego wspólnego interesu już wkrótce bardzo wyraźnie i nawet boleśnie przekonać. Wolałbym jednak byśmy byli mądrzy przed szkodą i zanim sytuacja epidemiczna, a potem gospodarcza skomplikuje się jeszcze bardziej, spróbowali sytuacją polityczną i społeczną nie dokładać sobie problemów. Do pokonania epidemii i wyjścia z kryzysu potrzebujemy zimnych głów, dyscypliny, odpowiedzialności i konsekwencji. Nie okładania się sztachetami.

Zacznijmy od wprowadzanych właśnie dodatkowych ograniczeń poruszania się. Ja wiem, że niektóre przepisy są dwuznaczne, nieprecyzyjne, nie dość prawnie umocowane. Mogą się wydawać sztuczne albo nawet absurdalne. Nie pochwalam w działaniach państwa żadnej bylejakości. Ale przecież dla nikogo nie powinno być niespodzianką po co one są. Intencja jest jasna. Mają nas zniechęcić do wałęsania się poza domem. I tyle. Jeśli już decydujemy się na tak silne wygaszenie gospodarki - a nie mam wrażenia, że rząd jakoś szczególnie musi to na obywatelach wymuszać - to przyłóżmy się na jakiś czas, kolejne dwa, trzy tygodnie, by na tyle epidemię wygasić, na ile to możliwe. To jest wspólny interes. Im lepiej nam się to uda, tym szybciej wrócimy do choć częściowej normalności, otworzymy szkoły i uczelnie, uruchomimy gospodarkę, odbudujemy formę fizyczną, rozluźnimy nadwyrężoną psychikę. Dajmy sobie szansę. A po drodze doceńmy to, że w tej konkretnej sprawie jesteśmy dość zjednoczeni i myślimy podobnie.

Reklama

Świadomie nie chcę w tym tygodniu kolejny raz dyskutować o wyborach prezydenckich. Jak napisałem dwa tygodnie temu uważam, że się 10 maja nie odbędą. I nadal tak uważam. Owszem, głosowanie korespondencyjne dla wszystkich mogłoby zmniejszyć ewentualne ryzyko i otworzyć pewną szansę, wydaje mi się jednak, że na to po prostu jest za mało czasu. I w tej chwili to naprawdę nie jest najważniejsze.

Podobnie jak nie są najważniejsze kontrowersje wokół egzaminów. Ponieważ opozycji zależy na przełożeniu wyborów prezydenckich, za wszelką cenę musi udowodnić, że nic w kraju nie może odbywać się normalnie. I powiedzmy szczerze, że teraz to nie jest tak trudne do udowodnienia. Egzaminy ósmoklasistów i matury nie powinny być jednak przedmiotem kontrowersji. O ile nie mam złudzeń, że te egzaminy da się przeprowadzić w szkołach, nie widzę problemu, by spróbować je przeprowadzić zdalnie. Ja wiem, że to nie to samo, ja wiem, że to może nie działać, ale od tego są trwające właśnie testy, by to sprawdzić i - być może - poprawić. Ja wiem, że MEN zastrzega się, że to nie jest wstęp do zdalnych egzaminów, ale umówmy się, że nie byłoby w tym w obecnych warunkach nic złego. Egzaminy przeprowadzane w domach nie byłyby dla nikogo zagrożeniem, ci którzy z różnych przyczyn nie mają możliwości w nich uczestniczyć byliby w jakiś sposób klasyfikowani na podstawie ocen. Mamy niż demograficzny, uczelnie mogą przyjąć kandydatów bez szczególnego odsiewu, szkoły średnie też sobie po ubiegłorocznych doświadczeniach poradzą. A opozycja? W tej akurat sprawie, po poparciu wbrew interesom uczniów ubiegłorocznych strajków nauczycieli, ma w ręku ograniczony zestaw argumentów. I lepiej, żeby nie próbowała z nich korzystać. Nie wypada.

Myślę, że coraz więcej z nas koncentruje się przede wszystkim na sprawach codziennych. Zdrowie, praca, dzieci, rodzice, dziadkowie, zakupy, pieniądze, to jest najważniejsze. Dużo ważniejsze niż polityka. Ale ta polityka oczywiście na to wszystko wpływa. Dla tych, którzy więc o polityce nie przestają myśleć, nie przestają jej przeżywać, proponuję prosty myślowy eksperyment. Proszę sobie wyobrazić, że sytuacja jest taka, jaka jest, ale u władzy jest rząd koalicji PO-PSL. Ja wiem, że wtedy byłoby na pewno "inaczej", ale dla potrzeb tego eksperymentu myślowego proszę założyć, że jest jak jest i wyobrazić sobie, że rządzą nie ci sami "tamci" lub "nasi". Spróbujmy sobie wyobrazić, że to prezydent z PO ma się wkrótce ubiegać o reelekcję. Jak wtedy komentowalibyśmy stan państwa, decyzje rządu, perspektywę wyborów? Wzywalibyśmy do obywatelskiego nieposłuszeństwa, czy nieulegania panice? Czy jesteśmy w stanie mentalnie zamienić się miejscami, oderwać się od przekleństwa "moralności Kalego" i popatrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy?

I jeszcze pomocnicze pytanie. Czy w tej godzinie próby, z punktu widzenia naszego zdrowia i zdrowia naszych najbliższych, z punktu widzenia naszych miejsc pracy i naszych pieniędzy, czulibyśmy się pewniej, spokojniej, gdyby u władzy byli teraz prezydent Bronisław Komorowski, premier Ewa Kopacz i minister zdrowia Bartosz Arłukowicz? Nie zachęcam do żadnych głośnych deklaracji, niczego nie sugeruję, sam nie odpowiadam, zachęcam tylko by się nad tym w swoim własnym sercu zastanowić. I udzielić sobie samemu odpowiedzi. Po cichu...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy