Reklama

Reklama

I co my na to NATO?

Z dużej chmury mały deszcz, tak chyba można określić - i to w pozytywnym sensie - doniesienia ze szczytu Paktu Północnoatlantyckiego w Londynie. Przez kilka tygodni żyliśmy w cieniu zbierającej się burzy, ze świadomością szybko rosnących w NATO podziałów i perspektywy niemal otwartego sporu. Nic takiego nie nastąpiło. Aktualizację planów obrony Polski i Państw Bałtyckich przyjęto bez sprzeciwu Turcji. Przywódcy państw Sojuszu nie ukrywali różnic zdań, trochę się nawet na siebie nawzajem poobrażali, ale ostatecznie nic fundamentalnie złego się nie wydarzyło. Dla nas to był udany szczyt. Można odetchnąć z ulgą? Owszem, choć nie do końca.

Informacja kancelarii prezydenta Litwy o tym, że Turcja ostatecznie nie żądała niczego w zamian za akceptacje dla planów obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii, jest oczywiście dobrą wiadomością, tyle że nie będzie w stanie zatrzeć wcześniejszego wrażenia, że Ankara mogła postawić weto. Moim zdaniem, po tej groźbie Sojusz nie jest już tym samym, czym wydawał się być wcześniej. Pewne tabu zostało przełamane. Sytuacja, w której Turcja w swoim w dużej mierze jednak wewnętrznym sporze z Kurdami, który obiektywnie jej suwerenności nie zagraża, mogła rzucić choćby sugestię, że jest gotowa zakwestionować solidarność w obronie państw realnie zagrożonych na flance wschodniej, wydawała się wcześniej nie do pomyślenia. Teraz już się taka nie wydaje.

Reklama

Ten przypadek każe uważniej przyglądać się mechanizmom, które rządzą działaniami Sojuszu, szczególnie w zakresie Artykułu 5. Do tej pory mieliśmy do czynienia z obawami co do woli wszystkich członków NATO, by w razie potrzeby stanąć w obronie zagrożonych sojuszników, teraz możemy się zastanawiać nad zagrożeniem, że takie działania zostaną przez kogoś zablokowane. W Londynie udało się ten kryzys zażegnać, przekonamy się zapewne niedługo za jaką cenę. Agencja Reutera zauważyła i jako pilną rozesłała wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy, że turecki punkt widzenia musi być w debatach NATO brany pod uwagę. To zdanie pewnie będzie miało jakieś konsekwencje.

Po londyńskich obradach można chyba na jakiś czas zrezygnować z pisania, że Sojusz przeżywa ciężkie chwile, ale z pewnością nie można nie zauważać, że przeżywa chwile ważne. Decyzja o kontynuacji procesu wzmacniania wschodniej flanki ma dla nas znaczenie kluczowe, ale przecież sporów w Sojuszu nie kończy. Tym razem Stany Zjednoczone i Niemcy powstrzymały nieco nadmiernie rozgrzaną wyobraźnię prezydenta Francji, ale niebezpiecznych z naszego punktu widzenia koncepcji nowej architektury bezpieczeństwa jeszcze ostatecznie nie zakopano. Do tego wciąż daleko. Mimo wszystko jednak świat zobaczył lepszą wersję szczytu NATO niż przed rokiem i to powód do ostrożnego optymizmu.

Polska musi być jednak wciąż bardzo aktywnym i zręcznym uczestnikiem rozmów o przyszłości Sojuszu, musi działać na rzecz jego trwałości, nie rezygnując równocześnie ze starań o budowę szczególnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Rozmawiać musimy z każdym, z kim się da. Z tego względu pracę na rzecz naszego bezpieczeństwa powinny zgodnie wykonać wszystkie siły polityczne w naszym kraju. I to niezależnie od prezydenckiej kampanii wyborczej. Nie ma wątpliwości, że wyniki szczytu wzmacniają pozycję prezydenta Andrzeja Dudy, który może je firmować własnym nazwiskiem, oczekiwałbym jednak, że temat nie stanie się areną gorących przedwyborczych sporów. 

W tej złożonej materii poprzednicy, zarówno z Lewicy, jak i Platformy Obywatelskiej mogą się powołać na pewne sukcesy, za tych pierwszych braliśmy udział w misjach w Iraku i Afganistanie, za tych drugich podnieśliśmy wydatki obronne do postulowanego przez NATO poziomu i zyskaliśmy pierwsze zapewnienia prezydenta Baracka Obamy w sprawie zwiększonej obecności Sojuszu u nas. Idźmy dalej tą drogą. Mam zresztą wrażenie, że opozycja szybko zda sobie sprawę, że w tej akurat kwestii gra na kontrę wobec linii urzędującego prezydenta raczej się jej nie opłaci. I słusznie.

Kolejna sprawa to budowa realnych możliwości obronnych naszego kraju. Jestem entuzjastą Obrony Terytorialnej, nie mam nic przeciwko szkoleniom strzeleckim, ale bez konkretnych możliwości naszego przemysłu zbrojeniowego, bez innowacyjnej pracy w dziedzinie nowoczesnych technologii, nie osiągniemy minimum obronnej samowystarczalności, który jest nam absolutnie potrzebny. Czas na dyskusje, międzyresortowe przeciąganie liny, kompetencyjne spory się już skończył. Pora to zrozumieć i zabrać się do roboty. Polskie programy zbrojeniowe mają efektowne nazwy, pora na ich efektywne zdolności, by nas bronić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje