Reklama

Reklama

LGBT. Wszystko, albo... może jednak coś?

W sprawach związanych z postulatami środowiska LGBT zaczyna rządzić w Polsce logika "wszystko, albo nic", szkodliwa i dla samych tych osób, i dla życia publicznego w ogóle. Wydarzenia w Białymstoku absolutnie nie powinny były mieć miejsca i nie powinny być teraz wykorzystywane do rozpalania sporu, który do niczego dobrego nie prowadzi. Jakakolwiek przemoc, nie tylko fizyczna, jest niedopuszczalna i co do tego nie może być żadnych wątpliwości, mimo logiki kampanii wyborczej powinniśmy jednak teraz starać się wyciszyć emocje, zanim doprowadzimy do stanu, z którego ciężko się będzie cofnąć.

Potrzebujemy dziś chłodnych głów, by ideologicznych i politycznych sporów nie zamieniać w falę niechęci wobec ludzi, którzy są od nas inni. Potrzebujemy rozsądku, by uzasadniony sprzeciw wobec przejawów publicznej obsceny, czy naruszania uczuć religijnych nie zamienił się w personalne ataki. Niezgoda na to, by środowisku LGBT dać wszystko, czego oczekuje, nie oznacza, że nie należy mu się nic, nie daje żadnego pretekstu, by tym osobom okazywać negatywne uczucia. Drażnią mnie słowa o rzekomej "dusznej atmosferze" w Polsce, irytują twierdzenia, że odradza się tu jakiś faszyzm, ale przecież mogę zrozumieć, że mniejszość z natury rzeczy czuje się mniej komfortowo i większość nie powinna jej życia utrudniać.

Reklama

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że osoby LGBT po Białymstoku, ale nie tylko, czują się dziś stygmatyzowane. W ramach akcji #jestemLGBT same tak twierdzą. Tyle, że niekoniecznie ma to jakikolwiek bezpośredni związek z ich orientacją. Ot, dostały się - w części na własne życzenie - w młyny politycznego konfliktu, który od lat dzieli u nas nawet rodziny i przyjaciół, który "nie bierze jeńców". Przygniatająca większość osób nieLGBT nie budzi się rano z myślą komu z LGBT by dziś dokuczyć. Generalnie cudza orientacja seksualna ich po prostu nie obchodzi. I tak jest normalnie. Ale jeśli ktoś ustawia się po drugiej stronie politycznego sporu, jeśli jeszcze atakuje ważne dla większości wartości i symbole, musi się liczyć z reakcją. Ot, cała tajemnica. Zachęcałem już do wstrzymywania akcji i reakcji, nadal to podtrzymuję.

Podtrzymuję też to, co pisałem w tekście sprzed niemal dokładnie czterech lat, z 2 lipca 2015 roku, po wyborach prezydenckich, ale jeszcze przed wyborami parlamentarnymi. Byłem wtedy przekonany, że PiS może i powinien w tej sprawie dążyć do kompromisu. Pozwolę sobie na dłuższy cytat:

"Jeśli w Polsce jesienią rzeczywiście dojdzie do zmiany władzy takiej, na jaką się zanosi, problemy osób homoseksualnych nie będą zapewne postrzegane jako te najważniejsze. Mimo to uważam, że ewentualny nowy rząd nie powinien od debaty na ich temat uciekać. A jeśli po obu stronach będzie wola kompromisu, wiele będzie można osiągnąć. Także w sprawie związków partnerskich. Słowo kompromis jest tu najistotniejsze, obie strony sporu musiałyby bowiem z czegoś zrezygnować. Katolicka większość z woli niezauważania problemów, w najlepszym razie ich marginalizacji, homoseksualna mniejszość ze skłonności do ich mnożenia i rozdmuchiwania, wreszcie postępowania zgodnie z zasadą ruchomego horyzontu (czyli najpierw związki partnerskie, potem małżeństwa, potem adopcja dzieci, potem...)."

Konserwatywne obawy o skutki tęczowej rewolucji nie są wyłącznie wynikiem prostego "nie, bo nie". Jakkolwiek dziwnie by to dla liberalnych środowisk nie brzmiało, wiele w nich szczerego zatroskania choćby o losy rodziny, wypychanej ze swej roli, odczuwającej presję z różnych stron, choćby ekonomiczną, czy obyczajową. Każde osłabienie instytucji rodziny, do którego działania światowego homolobby w czytelny sposób prowadzą, szkodzi bowiem nam wszystkim. I to akurat większość z nas, poza może najbardziej rozpalonymi rzecznikami postępu dla samego postępu, jest w stanie uznać.

Inaczej, niż w USA, czy Wielkiej Brytanii, krajach, które chętnie nawracają nas na tolerancję, we współczesnej Polsce homoseksualizm nigdy nie był karany. Nie tylko nie mamy więc obowiązku przed nikim się tłumaczyć, ale spokojnie możemy się zastanowić, co sami mamy do zaoferowania. Może właśnie jakiś rozsądny kompromis. Jeśli naprawdę chodzi o rozwiązanie podstawowych życiowych problemów, a nie wykorzystywanie ich jako pretekstu na przykład do walki z Kościołem, związki partnerskie tylko dla osób homoseksualnych mogłyby być jakimś wyjściem. Jeśli środowiska LGBT byłyby gotowe na nich poprzestać...

Fakt, że w obliczu rosnących, nie tylko islamskich, zagrożeń świat zachodni zajmuje się homoseksualnymi związkami, nie jest optymistyczny, ale to rzeczywistość, na którą nie ma sensu się obrażać. Być może nie jest za późno, by wyciągnąć z tego wnioski i na naszym własnym podwórku, minimalizować skutki nadciągających kolejnych podziałów. Owszem, jedna strona może się spodziewać, że tej rewolucji nic już nie zatrzyma i za chwilę otrzyma wszystko, druga może z kolei liczyć na to, że to moda, która jak każda w końcu przeminie, a wtedy uda się utrzymać status quo... Może jednak zamiast czekać, co się wydarzy, warto spróbować znaleźć naszą własną drogę? Dlaczego nie miałaby okazać się najlepsza?"

Pozwoliłem sobie na takie przydługie powtórzenie z prostego powodu. Praktycznie ani jednego słowa bym w tym tekście po latach nie zmienił. Dziś jesteśmy oczywiście mądrzejsi i wiemy, że żadnego postępu w tej debacie nie osiągnięto, strony pozostają w swoich okopach, nawet się radykalizują. Mimo to uważam, że PiS, po ewentualnej jesiennej wygranej, powinien się sprawą zająć. Kompromis i pewne zawieszenie broni jest nam potrzebne. To nie jest bowiem kwestia sporu z grupą tęczowych aktywistów, której zapędy ktoś chce powstrzymać, to kwestia bezpieczeństwa i pewnego komfortu istotnej grupy współobywateli. Osobiście nie mam wątpliwości, że ich sprawy są pretekstem do rozpalania wojny kulturowej, że mają posłużyć do wymuszenia politycznej poprawności, ale to dalej nie zmienia faktu, że jako ludzie i współobywatele, jak my wszyscy, zasługują na szacunek. Możemy polemizować, spierać się, nie zgadzać na ich małżeństwa i adopcje obcych dzieci, protestować wobec prowokacji, ale musimy to uznać. I tego się trzymać.

Wiem, że Kościół stanowczo wypowiada się przeciwko jakiejkolwiek formie związków partnerskich, ale pozwolę sobie na uwagę, że w tej sprawie, jako instytucja, ma wiele do zrobienia we własnych szeregach. Państwo może wybrać inną drogę. Zrobiło tak kiedyś w sprawie rozwodów. Wiem, że do wyborów, szczególnie w obliczu najnowszych, niechętnych postulatom LGBT wyników badań opinii publicznej, żadnej próby kompromisu nie będzie, namawiam jednak obie strony do wyciszania emocji i niegrania tą kartą w kampanii. Właśnie w imię wzajemnego szacunku, także dla tych przedstawicieli środowiska LGBT, którzy chcą mieć po prostu święty spokój. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy